Blisko 20 lat walczył, by udowodnić swoją niewinność. Niezwykła historia Rubina Cartera

17 maja 1967 roku w podrzędnym barze Laffayet w Paterson doszło do strzelaniny, w wyniku której śmierć ponieśli trzej biali mężczyźni. Krótko po tym zdarzeniu aresztowano Rubina Cartera, czarnoskórego boksera, który później został za tę zbrodnię bezpodstawnie skazany na dożywocie.


"Here comes the story about Hurricane" - to słowa refrenu znanego, natychmiast wpadającego w ucho protest songu Boba Dylana, który amerykański muzyk napisał w 1975 roku. Był on reakcją na tragiczny los Rubina "Huragana" Cartera - aspirującego czarnoskórego pięściarza, który bez jednoznacznych dowodów winy oskarżony został o potrójne morderstwo i wtrącony do więzienia, gdzie spędził dużą część swojego życia. Historia Cartera, opisana zresztą przez niego samego w autobiograficznej książce "The Sixteenth Round", posłużyła w 1999 roku cenionemu hollywoodzkiemu reżyserowi Normanowi Jewisonowi za materiał do biograficznego filmu "Huragan". Filmu, o którym - nie tylko za sprawą prestiżowych nagród - głośno było na całym świecie.

Trudne dzieciństwo i młodość spędzona w więzieniu

Historia Cartera pełna jest niedomówień i niejasności. Urodzony w Paterson w stanie New Jersey, w wielodzietnej rodzinie, gdzie alkohol zastępował czułość, sprawiał problemy od małego. Szybko wylądował w placówce wychowawczej, którą po osiągnięciu pełnoletności, z małą przerwą na pobyt w wojsku, zamienił na więzienie. Odsiadywał za drobne kradzieże, napad z bronią w ręku, rzekome szmuglowanie broni.

Carter z pewnością dał się zapamiętać, a trzeba mieć na uwadze, że w Ameryce przełomu lat 50. i 60. nie trzeba było do tego wiele. A w tym wszystkim był jeszcze boks, doskonalony w dużej mierze właśnie za kratkami. Mimo niezbyt imponujących warunków fizycznych pokazywał duży talent, czego potwierdzeniem były kolejne walki (ostatecznie na zawodowym ringu stoczył ich 40, z tego 27 wygrał). W momencie, w którym wchodził na bokserskie salony, zdarzyło się coś, co zaważyło na całym jego późniejszym życiu.





Jeden dzień, który zmienił wszystko

17 maja 1967 roku w podrzędnym barze Laffayet w Paterson doszło do strzelaniny, w wyniku której śmierć ponieśli trzej biali mężczyźni. Krótko po tym zdarzeniu policja zatrzymała Rubina Cartera i towarzyszącego mu Johna Artisa. Choć świadkowie, a byli nimi dwaj drobni włamywacze, nie rozpoznali ich jako sprawców, a badanie wariografem nie potwierdziło kłamstwa, Carter i Artis niemalże od początku potraktowani zostali, jakby byli winni. Kilka miesięcy później, po tym jak świadkowie z niewyjaśnionych przyczyn zdecydowali się zmienić zeznania, zostali oni aresztowani. Na podstawie procesu poszlakowego uznano ich za winnych i skazano na podwójne dożywocie.

Kontrowersyjny proces oraz werdykt wydany - jak przekonywano - w oparciu o uprzedzenia rasowe wywołały falę protestów w Stanach Zjednoczonych, a za Carterem wstawiały się znane osobistości, ze słynnym bokserem Muhammadem Alim na czele. Na niewiele się to zdało, ponieważ kolejne apelacje Cartera były sukcesywnie odrzucane, aż do 1985 roku, kiedy sędzia federalny H. Lee Sarokin uchylił wyrok wobec boksera. Cztery lata później Rubin "Huragan" Carter został raz na zawsze oczyszczony z zarzutów.



Walka z bezwzględnym systemem

Nie ma wątpliwości, po której ze stron staje w swoim filmie Norman Jewison. Reżyser znany ze znakomitych musicali takich, jak "Skrzypek na dachu" (1971) czy "Jesus Christ Superstar" (1973), w swojej bogatej filmografii ma też inny obraz mierzący się z problemem rasizmu. Jest nim laureat pięciu Oscarów "W upalną noc", zrealizowany, co ciekawe, w 1967 roku (!), z Sidneyem Poitier, jednym z najwybitniejszych afroamerykańskich aktorów w roli głównej. A że historia lubi płatać figle, z odtwórcą postaci Rubina Cartera w "Huraganie", Denzelem Washingtonem, łączy go zabawne wspomnienie.

W 2002 roku Poitier podczas dorocznej ceremonii Amerykańskiej Akademii Filmowej odbierał honorowego Oscara. Na tej samej gali, za pierwszoplanową rolę w filmie "Dzień próby" Antoine'a Fuquy, statuetkę otrzymał właśnie Washington ku wielkiej radości doświadczonego aktora. Jedne z pierwszych słów skierował w kierunku Poitier: "Od lat się z tobą ścigam, podążam po twoich śladach. W końcu dostałem to co ty. I to tej samej nocy".

Washington, gdy dostał propozycję zagrania tytułowej roli w "Huraganie", był już jednym z najpopularniejszych aktorów w Hollywood. Miał na swoim koncie Oscara za drugoplanową rolę w filmie "Chwała" z 1989 roku i aż trzy aktorskie nominacje. Co więcej, wykreowanie postaci Rubina Cartera, obok Złotego Globu i berlińskiego Srebrnego Niedźwiedzia, przyniosło mu kolejną oscarową szansę (ostatecznie musiał uznać wyższość Kevina Spacey za rolę w "American Beauty").

Przygotowania do roli zawodowego boksera pod okiem osobistego trenera zajęły mu blisko rok. Ale wydaje się, że to nie o zbudowanie muskulatury czy fizyczne wyrzeczenia w filmie Jewisona chodziło. "Huragan" niewiele ma bowiem wspólnego z "Rockym" Johna Avildsena czy "Wściekłym bykiem" Martina Scorsese. Tutaj walka toczy się przede wszystkim poza ringiem. Stanowiąc jedynie wycinek z życia Cartera, który toczył ją na różnych frontach de facto przez całe swoje życie. Aż do 2014 roku, kiedy 76-letni były bokser, będący wyrzutem sumienia amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, po długiej walce z chorobą zmarł na raka prostaty.