Największe komputerowe nonsensy w filmach

Sporządzamy dziś zestawienie największych mitów komputerowych, którymi karmią się bez opamiętania filmy i telewizja. Większość z nich powstała w czasach kręcenia pierwszych "Supermanów" czy "2001 Odysei kosmicznej" i jest bezlitośnie eksploatowana do dziś. Proszę wyciągać chipsy, światła gasną, zaczynamy.
Materiałów do stworzenia podsumowania radosnej twórczości Holywood jest aż nadto. Zasługuje na nie dojrzewający nastoletni haker, włamujący się do rządowych systemów komputerowych ze swojego Commodore 64 z interfejsem przypominającym WordPada. Należy się ono również droidowi, bardziej skomplikowanej wersji robota, który pojmuje każde wypowiedziane słowo i wzmacnia odpowiedzi ironią, żeby być lepiej zrozumianym.

Komputer ma wszelkie podstawy do zaskarżenia Hollywood o zniesławienie.

1. Interfejs użytkownika nie poprawił się od 1982 roku

Przytłaczająca większość pecetów na świecie chodzi pod kontrolą Windows oprócz... tych na szklanym ekranie. Tutaj typowy system jeszcze nie doczekał się graficznego interfejsu. Na przykład dalej tkwi w świecie zer i jedynek, które hulają w najlepsze po wyświetlaczach. Ciekawe, który z komputerowych geniuszy będzie w stanie odczytać i rozszyfrować w locie przewijające się sekwencje liczb binarnych.

Odpowiedź na to pytanie dała Sandra Bullock w ciężko skretyniałym filmie "Sieć" z 1995 roku. W mgnieniu oka jej ekran zapełnia się przypadkowymi liczbami, następny wypełniony jest ikonami wielkości książki, wreszcie na ekran wpełza krzyczący napis, w którym wykorzystano czcionkę o wielkości 58-punktów. Jaki? Oczywiście "Unauthorized access"!



Ta scena również wpisuje się w obowiązujące w Hollywood złote reguły. Każdy font musi być co najmniej pięciocentymetrowej wielkości, aby kamera mogła najechać ponad ramieniem piszącego i odczytać jego pocztę. Oczywiście z powodu tak dużych liter mieści się na ekranie nie więcej słów niż tuzin. To może też tłumaczyć, dlaczego każdy aktor pisze na klawiaturze tak szybko.

2. Maszyny z logo Apple są wszędzie

Udział komputerów Apple w realnym rynku nie przekracza 10 procent, ale w filmach wynosi ponad 98 procent. Sięgałby stu, gdyby nie wielkie systemy mainframe. W filmach Maki są absolutnie wszędzie i wcale nie zawsze tak przyjacielskie, za jakie uchodzą w realnym życiu.

Zapomnij o reklamach przedstawiających komputery Apple'a jako wolne od złośliwego oprogramowania. W "Dniu niepodległości" Jeff Goldblum jakoś daje sobie radę z wysłaniem wirusa na obcy statek kosmiczny, wykorzystując do tego modem swojego PowerBooka. Przypuszczalnie na statku nie pracował Norton Interplanetary Security Suite 2003.

Nawet urządzenia peryferyjne Apple'a grają złowieszcze role. Harrison Ford podłącza przewody do iPoda, żeby wykraść szczegółowe dane osobowe klientów banku chociaż ten drobiazg obsługuje tylko multimedia. Mógłby zanucić: "Tysiąc piosenek czy tysiąc kont, nie widać żadnej różnicy". Ktoś mógłby zauważyć, że musi mieć przeraźliwy bałagan na swojej liście odtwarzania.

3. Komputery zawsze mają podejrzane zamiary

Można zacytować wiele gróźb wypowiadanych przez komputery pod adresem człowieka, ale dotąd to czysta konfabulacja. Oprócz laptopów z bateriami od firmy Sony żaden inny komputer nie ma zamiaru zmiatać ludzkości z powierzchni ziemi.

Ale to nie hamuje fantazji scenarzystów, którzy zakładają, że odpowiednio mocna maszyna nieuchronnie zyska świadomość i będzie mogła się odkuć za wszystkie krzywdy. Terminator, Superman III, bohater "Matriksa" - oni wszyscy powstrzymują komputery, które chcą chwycić nas za gardło.



Oczywiście nie zamierzamy twierdzić, że krzemowi bad boys są niereformowalni. To stało się na przykład w filmie "Gry wojenne" (1983), kiedy komputer zdał sobie sprawę z groźby porażki i z machiny nakręcającej wojnę stał się orędownikiem pokoju. Więc następnym razem, kiedy twój pecet stanie się nadmiernie impertynencki, odpal "Pasjansa" i naucz gagatka trochę cierpliwości.

4. Kamery mogą pokazać nawet to, co jadłeś na śniadanie

Zwykłe kamery CCTV nie dają wystarczająco ostrego obrazu, żeby można było rozpoznać małe dziecko z większej odległości. Ale w większości filmów nie stanowi to żadnego problemu. Wygląda na to, że komputery ich twórców są wyposażone w standardowy algorytm zwany "poprawiaj". Jest bardzo dobry, bo z zamazanego piksela zmienia obraz w prawdziwą żyletę i nietrudno rozpoznać twarz podejrzanego.

Zazwyczaj poprawianie postępuje powoli, segment za segmentem, najlepiej z charakterystycznym pikaniem lub buczeniem. Najpierw odtwarza się nos, potem oczy i brwi, fachowo budując napięcie aż do momentu kulminacji, kiedy pojawia się cała twarz i każdy może zobaczyć, że mordercą jest ten śmieciarz, który opuścił nielegalnie Meksyk cztery minuty temu.

Nagrodę Akademii za najbardziej fantastyczną sekwencję związaną z kamerowaniem przyznajemy obrazowi "Wróg publiczny". Pracownicy agencji bezpieczeństwa przeglądają materiał filmowy nagrany z dużej odległości, przedstawiający Willa Smitha w sklepie z damską bielizną. Chodzi o stwierdzenie, czy urządzenie, którego szukają znajduje się w jego torbie. Will stoi i zasłania tę torbę, więc agenci zatrzymują obraz i obracają sobie scenę tak, jakby to był trójwymiarowy model. W ten sposób otwiera im się widok na torbę i jej wnętrze. Nie do wiary!

5. Robotom nadaje się najbardziej śmieszne kształty

Hollywood nie ma problemu ze zbyt dużą liczbą humanoidalnych robotów, ale ich wygląd często nasuwa dziwne kojarzenia. Na przykład metalowe nogi C-3PO powodują, że chodzi jak zniewieściały kelner. Widać w tym wyraźnie zainspirowanie "żeńskim" robotem o imieniu Maria z przedwojennego "Metropolis". Ale nie będziemy aż tak wyrozumiali, oceniając inne roboty.

Na myśl przychodzi natychmiast serial Doktor Kto w którym w roli najważniejszego wroga obsadzono indywiduum, które radziło sobie z elektronicznymi zamkami testując miliardy kombinacji na sekundę ale nie było w stanie przekroczyć progu, oraz K-9, najwyraźniej wymyślony gdzieś na asteroidzie w pobliżu Tytana w roku 5000 i dziwnie przypominający projekt tego samego Daleksa w formie metalowego pudełka na łyżworolkach.

George Lucas także nie wyciągnął wniosków z ograniczeń Daleksa, produkując następnego potworka, czyli R2-D2 z "Wojen gwiezdnych". Co prawda, jest powód takiego wyglądu - otwory w R2 pasują do X-winga starfightera Luke'a. Ale trzeba mieć niezwykle bujną wyobraźnię, aby uwierzyć, że te małe kółka będą się toczyć po pustyni Tatooine bez problemów z piaskiem. Gdyby jeszcze Lucas zdecydował się na gąsienicowy bieżnik, zdolny poruszać robota w każdym terenie, i wygląd modlącej się modliszki - kupilibyśmy jego pomysł, wróciłby Johnny 5 i wszystko zostało wybaczone.

6. Hasła

Swój domowy pecet możesz zabezpieczyć hasłem "kicia", bo tak nazwałeś swojego najstarszego kota, ale wojskowi raczej nie stosują takich haseł do ochrony skomputeryzowanych systemów sterowania bronią. Nie stosują?... Akurat!

Stosują i to bez przerwy. W serialu "24 godziny" odgadnięcie pojedynczego kodu wejściowego wyłączyło cały system antyterrorystyczny w ciągu pięciu sekund. W naszych ulubionych "Wojnach gwiezdnych" włamano się do komputera obsługującego cały nuklearny arsenał Ameryki, ponieważ programista wykorzystał imię swego syna w roli hasła. Każdy dostawca poczty internetowej wzdrygnie się na wieść o takim niechlujstwie.

Nawet paranormalni agenci wybierają całkiem zwyczajne hasła. W epizodzie serialu "Z archiwum X" z 1994 roku skrupulatny i ostrożny Mulder wpisuje "TRUSTNO1". Nie powinno nas zdziwić, że pięcioletni dyslektyk jest w stanie złamać coś takiego. W "Matrix: Reaktywacja" Trinity włamuje się do komputera elektrowni za pomocą podobnie prostego ciągu "Z1ON0101".



Wszystko przebija parodia Mela Brooksa z 1987 pod tytułem "Kosmiczne jaja". Tarcza ochronna wokół planety Druida została otwarta za pomocą hasła "12345". Prawda, że wygląda, jak zaszyfrowane 2048-bitowym kluczem?

7. Komputer bez pudła rozpoznaje głos

Ten artykuł nie będzie podziękowaniem dla autorów programów do rozpoznawania mowy na przykład za pojawienie się na ekranie polecenia Select all | Delete, kiedy ktoś bezmyślnie powiedział "yes, yes" do filiżanki herbaty. Nie da się ukryć, że technologia ma pewne osiągnięcia, ale daleko jej do stanu, jaki widzimy w niektórych filmach.

Jesteśmy pewni, że Michael Knight nigdy nie zwracał się do swego komputera K.I.T.T.-a słowami "wind down the window", licząc na rozwiązanie tej łamigłówki. Podobnie jak kapitan Piccard nigdy przypadkowo nie skierował "Enterprise" na kurs kolizyjny z Księżycem, chociaż mówił do swoich komputerów w sposób całkowicie niezrozumiały dla średniego peceta.

Ale najlepszego przykładu dostarczają niezawodne "Gwiezdne wojny". Wielojęzyczny android C-3PO potrafi tłumaczyć przytłumiony warkot Wookieech. I to wszystko wiele lat temu.

8. Aerobik jest łatwiejszy niż używanie myszy.

Na zakończenie wątpliwość, którą uważamy za bardzo istotną, zwłaszcza gdy chodzi o sterowanie skromnym, nabiurkowym pecetem. Nauka pisania bez patrzenia na klawiaturę może zabrać kilka tygodni, ale sterowanie aplikacjami i grami za pomocą myszy da się opanować w kilka minut. Z tej perspektywy zrozumienie, dlaczego Hollywood namawia nas do porzucenia wypróbowanej i przetestowanej metody na rzecz technologii opartej na gestach przekracza nasze możliwości.

Za przykład weźmy "Raport mniejszości". Tom Cruise chce zobaczyć mały fragment nagranego wcześniej wideo. Normalnie załadowalibyśmy plik i kliknęli przycisk Play. Ale nie Tom. Załadowanie wideo zabiera mu pięć minut i wymaga pląsów macareny, zanim uda się przewinąć plik.

Łatwiej jest machać rękami niż kliknąć myszką, czyli kadr z filmu

W kolejnych Matriksach wykonuje się tę czynność podobnie, aczkolwiek w odrobinę wytworniejszy sposób. Kto wymyślił, że ciągłe wstawanie i wymachiwanie ramionami obok peceta może być skuteczniejsze niż siedzenie i korzystanie z urządzenia wielkości dłoni?

No kto, przyznać się?

Marek Czapelski