Edward Kłosiński nie żyje

Był jednym z naszych najwybitniejszych operatorów filmowych, współtwórcą sukcesu polskiego kina lat 70. i 80. Zmarł w sobotę. Miał 65 lat
"Ziemia obiecana", "Iluminacja", "Człowiek z marmuru", "Barwy ochronne", "Panny z Wilka", "Bez znieczulenia", "Wodzirej", "Człowiek z żelaza", "Matka Królów", "Kronika wypadków miłosnych", "Dekalog 2", "Trzy kolory: biały", "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową", "Wszyscy jesteśmy Chrystusami". Wszystkie te wybitne filmy zawdzięczają swój kształt operatorowi Edwardowi Kłosińskiemu.

Robił zdjęcia do ponad 70 filmów polskich i zagranicznych, głównie niemieckich.

Andrzej Wajda, Krzysztof Zanussi, Krzysztof Kieślowski, Feliks Falk, Janusz Zaorski, Marek Koterski i Jerzy Stuhr znajdowali w nim artystycznego partnera. Łączył cechy wielkiego profesjonalisty i artysty, wykształconego na malarstwie Vermeera, Rembrandta, Hoppera.

- Film bywa sztuką - mówił w dokumencie Grzegorza Skurskiego. - Rzadko, ale bywa. Dlatego to zajęcie jest takie fascynujące. Można mu się oddawać do dziewięćdziesiątki, bo póki możemy chodzić, możemy pracować. Każdy film właściwie robi się od początku, od zera. To mnie właśnie fascynuje, bo staję zawsze przed nowym problemem, który trzeba rozwiązać - mówił.

W młodości rzucił malarstwo dla filmu. Zamiast na ASP poszedł do łódzkiej szkoły filmowej. "Malowanie to samotność, a ja byłem osobą towarzyską i pociągała mnie praca w zespole".

Współpraca reżysera z Edwardem Kłosińskim zaczynała się już na etapie scenariusza. "Chcę wiedzieć, dlaczego scena ma przebiegać tak, a nie inaczej, pytam, czy możliwe są inne rozwiązania, proponuję własne. Bez tego nie mógłbym w pełni zaangażować się w realizację" - mówił w 1994 w wywiadzie Bożeny Janickiej. Światło, ruch kamery, przemienność scen jasnych i ciemnych, dobór wnętrz i plenerów, wszystko, co tworzy styl filmu, "rodzi się w zdjęciach". Chodzi nie tylko o wygląd kadru - także o sposób poruszania się aktora, o to, jak wygląda sylwetka Krystyny Jandy w "Człowieku z marmuru" czy Jerzego Stuhra w "Wodzireju". Operator ma na to wpływ, jeśli od początku wczuje się w sens filmu i zrozumie, że "ważniejszy jest dobry film niż piękne zdjęcia".

Miał wielki wkład w sukces polskiej kinematografii lat 70. Czasem z lekceważeniem przywołuje się hasło "kina moralnego niepokoju" - a przecież ówczesna kinematografia miała coś, czego dzisiejsi filmowcy mogą jej tylko zazdrościć: to było kino myślącego obrazu. Obraz był dla Kłosińskiego "wypadkową treści, myśli". Jako epitafium dla moralnego niepokoju traktował swoją pracę przy "Białym" Kieślowskiego - gorzkiej komedii, pokazującej, że korupcja i złodziejstwo, które uważaliśmy za przywarę naszego systemu, jest cechą całego współczesnego świata.

Kreując świat wspólnie z reżyserem, Kłosiński dbał o logikę tej kreacji. Nie wysuwał się na pierwszy plan, służył całości. W genialnej "Ziemi obiecanej" - gdzie był jednym z trzech operatorów, którym Wajda dał niezwykłą swobodę - pokazywał świat rozedrgany, tętniący życiem, pazernością.

W "Pannach z Wilka" - utracony świat polskiego dworu, pełen harmonii, melancholijnej pogody. W "Kronice wypadków miłosnych" - wyidealizowany przez pamięć kraj lat dziecinnych. W "Matce Królów" - świat stalinowski, czarno-biały, stylizowany na dawne kroniki.

Jedną z przyczyn świetności tamtego kina było partnerstwo reżysera i operatora. Pod tym względem kino polskie odbiegało od normy światowej, gdzie operator jest zwykle wykonawcą. Wiązało się to jednak nie tyle z wygórowanymi ambicjami naszych operatorów, ile z pewną słabością reżyserów, którzy "mają idee, gorzej jest u nich z myśleniem obrazami". Stąd tak wielkie przywiązanie Kłosińskiego do Wajdy, obdarzonego wyobraźnią plastyczną.

Zaczynał u niego jako szwenkier w "Brzezinie" (1970) - naraził się wówczas niemal na wyrzucenie z planu za popełnienie jakichś błędów. Po dziesięciu latach, gdy kręcili razem "Człowieka z żelaza", Kłosiński był pełnym partnerem reżysera, obdarzonym najwyższym zaufaniem. Janicka przytacza kapitalną anegdotę z planu tego filmu, pokazującą specyficznie polski "duch tworzenia, pewną dozę improwizacji, nieodpowiedzialności", który potrafi dać wspaniałe rezultaty. - Po miesiącu zdjęć do "Człowieka z żelaza" - opowiada Kłosiński - doznałem olśnienia, że bohaterem filmu mógłby być dziennikarz z komunistycznej francuskiej gazety próbujący zrozumieć, co dzieje się w Polsce. Nie mieści mu się w głowie, że klasa robotnicza występuje przeciwko władzy, która opiera się na robotnikach. Zaczyna zadawać podstawowe pytania. Wajdzie ten pomysł niebywale się spodobał. Można by w ten sposób uzasadnić dramaturgicznie wszystko, co w tym filmie musiało być powiedziane wprost. Ale rezultat miesiąca pracy trzeba by wyrzucić do kosza. I Wajda był prawie gotów to zrobić! Nie udało się z przyczyn od nas niezależnych.

Ostatnio mieli znów pracować we troje - Wajda, Kłosiński, Janda - przy filmie "Tatarak" według opowiadania Iwaszkiewicza.

Dwadzieścia siedem lat małżeństwa Kłosińskiego i Jandy, jak zaświadczają przyjaciele, samo w sobie stanowi niezwykłą historię miłosną: od poznania się na planie "Człowieka z marmuru" do zbudowania wspólnie, dzięki ofiarności Kłosińskiego, Teatru Polonia.

"Nigdy mnie nie zawiódł. Ten człowiek nie ma słabości" - napisała Krystyna Janda w swoim blogu.