"Szokujący obraz polskiej rzeczywistości". Historia linczu we Włodowie już w kinach

Najbardziej poruszający polski film od czasu "Długu" - zapowiadają dystrybutorzy. Dziś do kin wszedł "Lincz", film nakręcony na podstawie głośnych wydarzeń we Włodowie, której bezradni mieszkańcy postanowili dokonać samosądu na terroryzującym wieś bandycie.
Tą historią w 2005 r. żyła cała Polska. Okoliczne wsie i mieszkańców Włodowa terroryzował 60-letni Józef C., recydywista, który pół swojego życia spędził za kratkami. Napadał staruszki, matki, ich dzieci. Jego łupem padały emerytury, renty i okoliczne sklepy.

Pewnego lipcowego dnia funkcjonariusze z komisariatu w Dobrym Mieście otrzymują telefon - przestraszeni mieszkańcy informują policjantów, że po ulicach biega bandyta z maczetą. Policja otrzymuje zgłoszenie trzykrotnie. Ale nikt nie interweniuje. Gdy mężczyzna rani jedną osobę, mieszkańcy Włodowa postanawiają wziąć sprawę we własne ręce. Dochodzi do samosądu - mężczyźni z łomem, szpadlami i kijami atakują Józefa C., zadając mu śmiertelne obrażenia. Policja na miejsca zdarzenia przyjeżdża dopiero kilka godzin później.

Pierwsza myśl: to dobry materiał na polski western

Wydarzenia we Włodowie odbiły się szerokim echem w polskich mediach i stały się początkiem dyskusji na temat granic samoobrony. W morderstwo zamieszanych było sześciu miejscowych. Głównymi oskarżonymi byli trzej bracia, skazani przez sąd na cztery lata więzienia. Uczestnicy samosądu ostatecznie zostali ułaskawieni przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale tragedia do dziś wzbudza emocje. Historia stała się inspiracją dla reżysera Krzysztofa Łukaszewicza, który postanowił na jej podstawie nakręcić swój debiutancki film. Samosąd we Włodowie został również przedstawiony w dwóch odcinkach w serialu "Pitbull".



- Pierwsza myśl była taka, że to dobry materiał na polski western. Głęboka prowincja, odludzie, bandzior, nieudolny szeryf i garść sprawiedliwych farmerów. Dopiero później, w miarę zapoznawania się ze sprawą, okazało się, jak wielki ciężar społeczny i etyczny ten temat niesie za sobą - mówił Łukaszewicz w rozmowie z "Gazetą Wyborczą". - Jest w tym wszystkim też pytanie, jak daleko można przekroczyć granice obrony koniecznej.

"Lincz" pokazywany był na 29. Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych "Młodzi i Film", gdzie zdobył główną nagrodę za "szokujący obraz polskiej rzeczywistości" i "ukazanie słabości państwa w obronie zagrożonej jednostki". Reżyser pokazał również swój debiut w domu jednego z trzech braci, którzy zostali skazani za zabójstwo recydywisty.

Niech ta historia wyczuli ludzi na wołanie o pomoc

Reżyser "Linczu" podkreśla, że choć film jest inspirowany zdarzeniami z Włodowa, to wciąż pozostaje fabułą. Podczas pisania scenariusza Łukaszewicz posiłkował się materiałami prasowymi, kontaktował się z obrońcami i uczestnikami tamtych wydarzeń.

- Liczę, że ta historia da do myślenia wszystkim instytucjom, administracji i służbom, żeby były bardziej wyczulone na wołanie o pomoc z daleka - mówi.

Na pytanie, czy nie obawia się tego, że film stanie się usprawiedliwieniem dla osób, którzy znajdą się w podobnej sytuacji, reżyser odpowiedział w wywiadzie: - Nie sądzę. "Lincz" ukazuje też ogromne koszty, z jakimi muszą się zmagać ludzie, którzy wzięli sprawiedliwość we własne ręce. Ich życie po tym już nigdy nie będzie takie samo.

"Łukaszewicz mierzył wysoko, ale przestrzelił" - przeczytaj recenzję "Linczu" w "Gazecie Co Jest Grane" >>