Przed werdyktem Cannes 2011: faworyci zawiedli, szykuje się filmowa niespodzianka

Przed dzisiejszą ceremonią zamknięcia 64. festiwalu filmowego w Cannes pewne jest tylko jedno: faworyci zawiedli. Malick rozczarował, von Trier pogrążył się w skandalu, Almodovar nie zachwycił. Do kogo więc powędruje dziś Złota Palma?
Biorąc pod uwagę historię niespodzianek i zaskakujących werdyktów w Cannes, przewidywanie werdyktu jury może być ryzykowne. Weźmy chociaż rok 1994, kiedy to cały filmowy świat przekonany był, że najlepszym filmem z pewnością zostanie uznany "Czerwony" Krzysztofa Kieślowskiego, a zwycięzcą okazał się Quentin Tarantino z "Pulp Fiction". Ale w tym roku przewidywanie jest trudniejsze również z innego powodu - wszyscy faworyci rozczarowali.

Gwizdy, zawód i skandal

Pierwszy z nich, najbardziej oczekiwany film konkursu (głównie z uwagi na długie odstępy pomiędzy kolejnymi filmami reżysera Terrence'a Malicka), to "Drzewo życia" z gwiazdorską obsadą (Sean Penn i Brad Pitt). Miał być epicką opowieścią o stworzeniu świata, wizualnym poematem o życiu i śmierci. Skończyło się na konsternacji i gwizdach na widowni, choć niektórzy krytycy upierają się, że to jedyny kandydat zasługujący na Złotą Palmę.

Wielu wskazywało również na niecierpliwie oczekiwany dreszczowiec Pedro Almodovara "Skóra, w której żyję" z Antonio Banderasem w roli głównej. "Nowoczesna wersja Frankensteina" jak ją nazwali krytycy pozostawiła jednak publiczność dość obojętną.

Zupełnie inne emocje towarzyszyły premierze "Melancholii" Lars von Triera. Film o końcu świata zebrał entuzjastyczne recenzje i już wydawało się, że nareszcie mamy prawdziwego faworyta do Złotej Palmy. Do czasu, gdy podczas konferencji głos zabrał sam reżyser i komentarzami o Hitlerze i nazizmie zbulwersował i wprawił wszystkich w osłupienie. Po wyrzuceniu von Triera z Cannes, jego film pozostał w konkursie, ale mało kto wierzy, że jury pod przewodnictwem Roberta de Niro odważy się przyznać mu główną nagrodę.

Rockman, papież, czy czyściciel butów?

Po kiepskich recenzjach i skandalach z faworytami w roli głównej pojawia się nadzieja dla bardziej niszowych filmów i mniej znanych reżyserów.

W piątek długi aplauz i świetne recenzje zebrał inny film z Seanem Pennem w roli głównej - "This must be the place" włoskiego reżysera Paolo Sorrentino. Penn brawurowo zagrał podstarzałego rockmana o aparycji i makijażu Roberta Smitha z "The Cure", który postanawia wytropić esesmana - oprawcę jego ojca z Oświęcimia. "Piękny", "wzruszający", "zasługujący na Złotą Palmę" - takie opinie o filmie pojawiały się najczęściej.

W grze pozostaje też film z polskim akcentem: włoska tragikomedia "Habemus Papam - mamy papieża" Nanniego Morettiego, w której gra Jerzy Stuhr. Już przed premierą filmu - historii papieża, który gnębiony przez depresję chce uciec z Watykanu jeszcze przed rozpoczęciem papieskiej posługi - cieszył się on ogromnym zainteresowaniem mediów. Spodziewano się filmowego skandalu, a okazało się, że subtelnie zadane przez reżysera uniwersalne pytania wzruszyły i krytyków i dziennikarzy w Cannes.

Na Złotą Palmę po fali pozytywnych recenzji filmu "Hawr" może też liczyć jego fiński reżyser Aki Kaurismaki. Film o byłym artyście, który zarabiając na życie jako czyściciel butów spotyka chłopca-imigranta i postanawia go przygarnąć, został oceniony jako najlepiej oddający ducha naszych czasów, pokazujący prawdziwe problemy trawiące Europę, a przede wszystkim prawdziwą wiarę w ludzi.