Faith No More - moc była z nimi! Mogą grać nawet na bałałajkach [RELACJA]

Fenomenalny koncert. Tylko dwa słowa, ale najlepiej oddają to, czego byliśmy świadkami w środową noc. To był również teatr jednego aktora: wokalista Faith No More Mike Patton śpiewał, charczał, walczył z komarami, dyrygował publicznością... No, działo się.
W przeciwieństwie do poprzednich wielkich poznańskich koncertów - wspomnijmy tylko Nine Inch Nails, Radiohead, Portishead - tym razem oczekiwania nie były wielkie. Nikt po Faith No More nie spodziewał się występu epokowego - mieli po prostu zagrać dobrze. Bo przecież od dawna nie nagrywają już nowych piosenek, bo przecież po reaktywacji grali już w Polsce na Open'erze.

Amerykanie wywiązali się ze swojego zadania z nawiązką: koncert był bardzo dobry, miejscami fenomenalny. A niespożyta energia Mike'a Pattona, jego doskonała forma wokalna i aktorskie wstawki niczym z jakiegoś dobrego broadwayowskiego musicalu sprawiły, że niemal dwie godziny z Faith No More nad Maltą przemknęły zadziwiająco szybko.

Klimat jak u Lyncha, także z panem prezydentem

Scena tonęła w bieli, a wszechobecne kwiaty, stojące między muzykami, wzmacniaczami i na podestach, sprawiały, że atmosfera koncertu przypominała film Davida Lyncha. To wrażenie wzmogło jeszcze pierwsze wyjście na scenę Pattona podczas otwierającego koncert "Woodpecker From Mars": ubrany w kapelusz, z fikuśną laską w lewej dłoni i ognistym, lekko szalonym wzrokiem wyglądał niczym postać żywcem wyjęta z dzieł amerykańskiego reżysera. A kiedy jeszcze zaczął śpiewać "Delilah" z repertuaru Toma Jonesa, wrażenie było pełne.

Chwilę wcześniej w lynchowski nastrój wpisał się prezydent Poznania Ryszard Grobelny, który w iście surrealistycznym stylu pojawił się na scenie, by otworzyć koncert. Trochę to było irytujące, trochę śmieszne i w sumie bardzo w ironicznym stylu Faith No More - w końcu piosenka, podczas której prezydent miał swoje rockowe pięć minut nosi tytuł "Dzięcioł z Marsa".

Riffy się zestarzały, ale Patton wciąż jary

A muzyka? Przyznajmy, te dźwięki troszkę się zestarzały, riffy ciut zgrzytają i, co zrozumiałe, nie brzmią już tak świeżo jak dwie dekady temu. Ale jak się ma w swoim składzie Mike'a Pattona, można grać nawet na bałałajkach, a efekt i tak będzie piorunujący. Czego on nie robił: charczał, wrzeszczał, walczył z komarami, dyrygował szaloną orkiestrą złożoną z publiczności i reszty zespołu, no i doskonale śpiewał. Czysto, z mocą batalionu czołgów - wydaje mi się, że wokalista Faith No More był w o wiele lepszej formie wokalnej niż podczas ostatniej wizyty zespołu w Polsce.

Publiczność była zachwycona, dostała dokładnie to, czego chciała. Już początek koncertu sprawił, że w zasadzie wszyscy leżeliśmy na deskach: "Midlife Crisis", "Ricochet", "From Out Of Nowhere", "Evidence" - taka składanka, zagrana na najwyższych obrotach musiała powalić każdego. A kiedy w "Evidence" Patton zaczął śpiewać po polsku (choć przyznajmy, w rzeczywistości brzmiało to jak język chiński z silnym włoskim akcentem), nikt nie miał już więcej życzeń.

Koncert zakończył się na drugim bisie. Kazali na niego czekać bardzo długo, wiele osób było już przy wyjściu, jednak kiedy na scenie pojawił się Patton ze słowami "czuć dziś wieczorem miłość w powietrzu", tłum sprintem ruszył z powrotem pod scenę. A z głośników popłynęło "This Guy's in Love With You", przebój sprzed 45 lat autorstwa amerykańskiego kompozytora Burta Bacharacha. Na koniec dostaliśmy fantastyczną wersję "Why Do You Bother?", w którą Patton wplótł rapowane fragmenty z "Niggas in Paris" Jaya-Z i Keny'ego Westa. To była dobra noc.

Trzeba też wspomnieć o koncercie zespołu Muchy - poznańska kapela zagrała w środę przed gwiazdą wieczoru swój najlepszy koncert od lat. Wydają nową płytę 11 września - zdaje się, że jest na co czekać.