Coldplay dał popis! Tłumy szalały na Narodowym

Tłumy na Stadionie Narodowym oszalały, gdy na scenie pojawił się brytyjski zespół Coldplay. - You are the best crowd we ever played for - przywitał fanów Chris Martin, wokalista zespołu.
Muzyka na Stadionie Narodowym zabrzmiała krótko po godz. 19. - Thank you so much for having me, I've never been here before - mówiła wokalistka Charli XCX, występująca jako pierwszy support Coldplay. Muzykę, którą wykonuje, określa się mianem "electric blue". Według urbandictionary.com "electric blue" to emocja, której ludzie doświadczali w latach 80., podobna do dzisiejszego emo, tylko że zamiast "pisania blogów" i "podcinania sobie żył" wyrażała się w "tańczeniu do power ballad".

Po niej na scenie zameldowała się energiczna Marina & the Diamonds, walijska piosenkarka greckiego pochodzenia. Zaśpiewała szybki, zadziorny utwór "Bubble Gum Bitch". Newwave'owy kawałek przywodzi na myśl piosenki The Sounds. - I'm sorry I don't speak any Polish. Maybe next time I come here I will - żartowała nieco konwencjonalnie Marina między piosenkami.

Publiczność nieco się rozgrzała, ale dopiero o 21.05 wybuchła prawdziwa euforia. Najpierw była patetyczna orkiestrowa muzyka z filmu "Back to the Future" i wizualizacje - koncentryczne, kolorowe kręgi pulsujące w rytm basów na telebimach. Potem na scenie pojawił się Coldplay, a wraz z nim istna feeria świateł: reflektorów, fajerwerków i skoordynowanych z muzyką błyszczących xylobandów, specjalnych opasek noszonych przez wszystkich widzów na przegubach dłoni. Muzycy zagrali "Mylo Xyloto" - tytułowy utwór z najnowszej płyty. Aplauzom nie było końca, krzyki i piski nieomal nie zagłuszyły muzyków.



Morze confetti

Następne było "In My Place", a stadion zalało morze confetti. Chris Martin zaśpiewał ostatnie sylaby "In My Place" na leżąco, z błogim uśmiechem na ustach. - Do-bry wie-czór - powiedział z silnym brytyjskim akcentem - I promise we're gonna make it the best f...cking concert we ever played - obiecał, gdy opadło confetti. - And I have a feeling you are the best crowd we ever played for - dodał, a tłum odpowiedział euforycznym rykiem. Po utworach z najnowszego albumu muzycy z Coldplay wykonali dwie starsze poprockowe balladki "The Scientist" i "Yellow". Na koniec prawie dwugodzinnego koncertu rozbłysły sztuczne ognie.

Na koncercie ludzi było sporo, ale bez dzikich tłumów: widzowie zajmowali ok. 2/3 płyty głównej i ok. połowy miejsc siedzących. Organizacyjnie impreza wypadła bardzo profesjonalnie: zarówno, jeśli chodzi o szybkie, sprawne wejście na stadion, jak i o nagłośnienie, wizualizacje, pirotechnikę etc.

Muzycznie Coldplay niczym nie zaskoczył: rzetelnie wykonał dawne hity im zdaniem wielu fanów, nieco gorsze piosenki z nowego albumu. Według miłośników zespołu Chrisa Martina każda piosenka Coldplay to osobny wszechświat, ale "obiektywnemu" słuchaczowi wydają się one dość monotonne, utrzymane w podobnej tonacji, oparte na klasycznych rozwiązaniach aranżacyjnych, w ten sam sposób smutno-wesołe, nostalgiczno-energiczne. Głównym atutem Coldplay jest wyrazisty własny styl oraz szczerość i zaangażowanie, z jaką wykonują proste, wpadające w ucho ballady. To, co naprawdę robi wrażenie na koncertach grupy, to świetna relacja lidera Chrisa Martina z publicznością oraz oprawa: pirotechnika, światła, wizualizacje, confetti. Świetny pomysł z xylobandami, świecącymi obrączkami, oraz kolorowymi balonami podbijanymi do góry przez publiczność. Takie elementy czynią z widzów koncertu jego współtwórców. To jednak nic nowego: popularna praktyka na różnego rodzaju imprezach: od performansów Yoko Ono po koncerty gwiazd muzyki pop.

W deszczu bez dachu



Fani zbierali się pod Stadionem Narodowym już od rana. Przyjechali ludzie z całej Polski i nie tylko. Mimo chwilami rzęsistego deszczu (organizator koncertu nie zdecydował się na zamknięcie dachu stadionu) pod stadionem było wesoło. - Fanami Coldplay zostaliśmy dopiero podczas koncertu grupy na Open'erze, któremu towarzyszyła niesamowita oprawa, relacja z publicznością, gorąca atmosfera - opowiadali czekający przed wejściem na znajomych Kuba i Agnieszka ze Śląska.

- Coldplay towarzyszył nam przez cały związek - tłumaczyły Ania i Gabriela z Warszawy. - Ostatnia płyta jest kiepska. Najlepsza była pierwsza i trzecia: "X&Y". Coldplay czasem podnosi na duchu, czasem wprawia w nostalgię, a najczęściej cię "przeprasza". - Właśnie spełnia się nasz sen! - krzyczały podczas koncertu wzruszone Nina ze Słowenii i Kasia z Poznania.