Kolejna muzyczna sensacja z Islandii. Posłuchajcie Of Monsters and Men

Islandia - państwo zamieszkiwane przez zaledwie 320 tys. osób, a mimo to regularnie dostarcza nam kolejnych świetnych artystów. Wszystko wskazuje na to, że na horyzoncie pojawiła się następna gwiazda, która obok Björk i Sigur Rós na dłużej zagości w świadomości słuchaczy: Of Monsters and Men.
Jak to się dzieje, że właśnie na Islandii powstaje tyle zespołów, które potrafią oczarować międzynarodową publiczność? Björk i Sigur Rós to tylko najbardziej jaskrawe przykłady tego zjawiska. Fani muzyki kojarzą również m.in. m m, GusGus, FM Belfast, Hjaltalin, a ostatnio Of Monsters and Men, najnowszy towar eksportowy tej zagubionej gdzieś na wodach Atlantyku wysepki.

Kristján Páll Kristjánsson, gitarzysta tego ostatniego, rozmawiał z nami przed kilkoma dniami i ma na ten temat swoją teorię: - Islandia to rzeczywiście mała, odizolowana wyspa. Ludzie po prostu muszą być kreatywni, bo nie ma tam zbyt wielu rzeczy do roboty - mówi.

- Turyści raczej nie mają problemu z tym, żeby robić coś ciekawego, ale mieszkańcy, którzy siedzą tam cały czas, muszą się znacznie bardziej postarać. Wielu z nich próbuje właśnie z muzyką i sztuką - dodaje.

100 tys. wyświetleń? To 1/3 populacji Islandii!

Nie jest też wcale tak, że Islandczycy upodobali sobie tylko jeden gatunek muzyczny. Tych, o dziwo, rozbrzmiewa na wyspie całkiem sporo.

Kristjánsson: - Na Islandii jest tak, że wszyscy się znają, więc naprawdę nie możesz kopiować innych. Musisz być oryginalny. Jeśli będziesz do kogoś naprawdę podobny, to ludzie cię nie polubią. Na przykład mamy tylko jeden albo dwa zespoły grające reggae, tak jakby to właśnie one miały wyłączne prawa do grania reggae - opowiada.

Of Monsters and Men porównywani są do m.in. Mumford & Sons, Edward Sharpe & The Magnetic Zeros, a nawet Arcade Fire, więc najwyraźniej zdobywają dla siebie w tej chwili prawa do grania folk-rocka. Za uzasadnienie powinno wystarczyć ponad dwieście tysięcy egzemplarzy debiutu "My Head Is an Animal" sprzedanych tylko w Stanach Zjednoczonych, numer 6 na liście Billboardu i numer 3 na UK Album Charts w Wielkiej Brytanii.

Ich singiel, "Little Talks" grany był zarówno przez komercyjne, jak i niezależne rozgłośnie radiowe. Wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy, że ten zaraźliwy utwór, wyśpiewany przed dwa ciepłe głosy Nanny i Raggiego, powstał ponad dwa lata temu na mroźnej Islandii. Na YouTube klip ma w tej chwili już ponad dwadzieścia trzy miliony wyświetleń.



Międzynarodowe zamieszanie wokół Of Monsters and Men zaczęło się od kameralnego klipu z akustyczną wersją utworu "Little Talks", który zarejestrowało radio KEXP z Seattle. To było podczas festiwalu Iceland Airwaves w październiku 2010. - Pamiętam, że widziałem ten klip, gdy miał 100 tysięcy wyświetleń i już wtedy wydawało mi się to wspaniałe, bo tyle ludzi to 1/3 populacji Islandii! - wspomina gitarzysta kapeli. - Gdy zajrzałem tam kilka dni temu, miało już jakieś trzy miliony, więc wciąż jestem naprawdę zdziwiony.

Wśród tysięcy osób, które jako pierwsze oglądały to wideo, byli między innymi kolejni muzyczni szefowie rozgłośni z USA, którzy włączali "Little Talks" do swoich playlist. Tempo, w jakim grupa zdobywała kolejnych fanów, jest naprawdę imponujące.

- Gdy zaczynaliśmy ten zespół, byliśmy po prostu przyjaciółmi, którzy grają razem. Nie wiedzieliśmy nawet, czy chcemy nagrać płytę - opowiada Kristjánsson. - Po nagraniu dwóch piosenek, zdecydowaliśmy się wydać je na singlu. Potem potoczyło się to dosyć szybko, a gdy wydaliśmy płytę, w ogóle wymknęło nam się z rąk. Okazało się, że są ludzie, którzy kochają naszą muzykę. W końcu jesteśmy dosyć młodym zespołem i wiele rzeczy przydarzyło nam się w bardzo krótkim czasie. Nie mamy nawet możliwości, żeby odetchnąć.



Potrafimy być czasem nieznośni

Czas na odpoczynek pewnie nie przyjdzie zbyt szybko, ponieważ trasy koncertowe Of Monsters and Men mają już zaplanowane do końca lata przyszłego roku. Regularnie przemierzają Europę i Stany Zjednoczone, co nie zmienia faktu, że występy na żywo wciąż dostarczają im wielu emocji.

- Najbardziej niesamowitym przeżyciem wciąż pozostaje dla mnie wychodzenie na scenę i granie dla tysięcy ludzi - przyznaje Kristján. - Zdarzyło nam się już to kilka razy, głównie na festiwalach w Stanach Zjednoczonych, np. na Lollapaloozie, gdzie oglądało nas piętnaście tysięcy osób - to zawsze pozostanie dla mnie ważnym przeżyciem. Widziałem, że ludzie, którzy wcześniej oglądali innych artystów, zaczęli się schodzić ze wszystkich stron, gdy my zaczęliśmy grać. Natomiast gdy skończyliśmy, wszyscy sobie poszli, a to oznaczało, że oni naprawdę przyszli nas zobaczyć! - śmieje się gitarzysta.

Jednak dla młodego zespołu, który wcześniej nie miał doświadczeń z długimi trasami koncertowymi, może to być również dosyć trudne: - W tej chwili nie byliśmy w domu od dwóch i pół miesiąca. Tęsknimy za naszymi rodzinami, czasami jest naprawdę ciężko. Na szczęście wszyscy w zespole jesteśmy przyjaciółmi, więc jakoś sobie z tym radzimy.

Nawet Nanna Brynd~s Hilmarsdóttir, wokalistka, a do niedawna jedyna kobieta w sześcioosobowym zespole, podobno nie narzeka. - Teraz dołączyła do niej nasza trębaczka, która mieszka z Nanną w pokoju, gdy zatrzymujemy się w hotelach, więc my, faceci, nie męczymy jej aż tak bardzo - twierdzi Kristjánsson. - Chociaż faktycznie, potrafimy być czasem nieznośni.

"Dociera do nas dużo sygnałów z Polski"

Problem z tak gęsto wypełnionym kalendarzem jest jeszcze jeden - brak czasu na tworzenie nowego materiału. W Polsce i Stanach album "My Head Is an Animal" ukazał się kwietniu 2012 roku, ale faktyczna premiera krążka na Islandii odbyła się rok temu, a wielu fanów zna wszystkie utwory Of Monsters and Men z koncertów i nagrań na YouTube.

Kristján przyznaje, że zespół powoli zaczyna myśleć o nowych piosenkach: - Trudno jest komponować w drodze, ale coraz bardziej się do tego przyzwyczajamy i każdy stara się tworzyć nowe rzeczy. Tak naprawdę potrzebujemy trochę wolnego czasu, jeśli mamy zrobić coś naprawdę dobrego. Pewnie skończy się tak, jak przy poprzednim albumie: zamkniemy się gdzieś i spędzimy sporo czasu na próbach i wspólnym graniu - zapowiada.



W tym momencie jeszcze nie wiemy, czy w terminarzu Of Monsters and Men znajdzie się miejsce na koncert w Polsce. Ale jest nadzieja: - Znam wielu Polaków, którzy mieszkają na Islandii. Przed kryzysem ekonomicznym było ich tam chyba 20 tysięcy, więc to naprawdę dużo. Poza tym dostaję dużo sygnałów od fanów z Polski, więc chciałbym przyjechać i odpowiedzieć na ich prośby.

Więcej o:
Komentarze (20)
Kolejna muzyczna sensacja z Islandii. Posłuchajcie Of Monsters and Men
Zaloguj się
  • pogostarek

    Oceniono 26 razy 24

    a w Polsce tyle luda a tylko pierdzenie, i same gwiazdy

  • Gość: laxigen

    Oceniono 14 razy 10

    Nie wiem co się tak czepiacie. Przecież autor nie pisze o podobieństwach muzycznych z Sigur Ros, tylko o tym, że w małym kraju powstaje tyle zespołów potrafiących się przebić na świecie.

    Co do Of Monsters and Men, to mają śliczną wokalistkę :)

  • nie.jestem

    Oceniono 21 razy 7

    Sigur Rósy, Bjorki, Seabeary, Solstafiry i te parę innych popularnych islandzkich wykonawców popularność zdobyły dzięki oryginalności i zmysłowi ekspermentatorskiemu. Tu mamy zżynkę - nic nowego ponad to, co grały Edwardy Sharpy czy inne Mumfordy i Sony (które swoją drogą też są wtórnym komercyjnym produktem jadącym na pomysłach innych folkrockowych bandów).

    Może być chwilowe halo (one hit band?), ale szanse na kult równy SR to nikłe. Nie ta liga, nie te rejony muzyczne. Tylko kraj ten sam. Równie dobrze można by się zastanawiać, czy Ewa Farna wyrasta na konkurencję Vadera.

  • Gość: Halo

    Oceniono 11 razy 5

    Jedyne co te dwa zespoły mają ze sobą wspólnego, to piękna wyspa, z której pochodzą. I nic więcej. Na pewno nie można ich porównywać muzycznie.

  • kosmat3usz

    Oceniono 10 razy 2

    Sigur Rós nie mają konkurencji - są prawdopodobnie najbardziej wyjątkowym zespołem z obecnie grających i w miarę znanych na świecie. ale Of Monsters and Men też wróżę długą karierę pełną sukcesów :)

  • Gość: Przemek

    Oceniono 1 raz 1

    "tej zagubionej gdzieś na wodach Atlantyku wysepki"
    Islandia ma powierzchnię ponad 130 tys. km kw, czyli 1/3 powierzchni Polski, więc raczej nie można jej nazywać 'zagubioną wysepką'. Ładnie to autorowi tekstu zabrzmiało, ale bez przesady...

  • Gość: darrek11

    0

    Sympatyczne to ale oryginalniej byloby jakby spiewali po islandzku. Dlatego tez pewnie Sigur Ros az tak stalo sie "przebojowe".

  • mieetek

    Oceniono 9 razy -1

    Czy nie macie wrażenia, że róznica pomiędzy popularnymi zespołami czy piosenkarzami polega bardziej na marketingu niż na muzyce?

  • Gość: vins

    Oceniono 3 razy -1

    Dokładnie, dla AF nie SR!!!! Czy pisząca osoba ma w ogóle jakikolwiek słuch muzyczny?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX