Florence And The Machine znowu w Polsce! Latem u nas nie zagrają, ale niech fani już się szykują - znamy datę koncertu

Wielka nieobecna tego sezonu festiwalowego w Polsce jednak zdecydowała się na występ nad Wisłą - Florence And The Machine zagra 12 grudnia w Łodzi.
Florence Welch, współliderka formacji Florence And The Machine, to dziś jedna z największych gwiazd sceny muzycznej - na całym świecie i, co nie zawsze przecież idzie w parze, w Polsce. Na nową płytę jej grupy czekały tłumy fanów, a kiedy wreszcie się ukazała - natychmiast ruszyły do sklepów, zapewniając jej błyskawicznie pierwsze miejsca w zestawieniach sprzedaży. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczny sezon festiwalowy będzie należał właśnie do niej. Ale nie w Polsce. Artystka nie zdecydowała się wystąpić na żadnym z polskich festiwali. Dziś ogłosiła jednak, że zimą zagra tu wielki koncert halowy.

Na przekór kryzysowi headlinerów

Historia tego gigantycznego, globalnego sukcesu zaczęła się bardzo skromnie - od dwóch londyńskich nastolatek, które postanowiły razem pisać i śpiewać piosenki. Jedna nazywała się Florence Welch, druga - Isabella Summers, ale wszyscy mówili do niej Machine. Najpierw występowały jako Florence Robot / Isa Machine, ale szybko wymyśliły nowy szyld: Florence And The Machine. Okazał się znacznie trwalszy - właśnie pod tą nazwą artystki wyruszyły na podbój świata i pod tą nazwą świat dziś je zna.

A podbój udał im się zadziwiająco szybko. Po kilku miesiącach prób i pierwszych wspólnych występach, dziewczęta zbudowały pełen skład, z którym nagrały debiutancką płytę. Album zatytułowany był "Lungs", ukazał się latem 2009 roku i z miejsca umieścił zespół na czołówkach muzycznych gazet, a za moment także na wysokich miejscach list sprzedaży. Bardzo emocjonalne ballady i mocniejsze piosenki, z bardzo ekspiacyjnymi tekstami, obracającymi się wokół tematu rozstania (Welch przeżywała wówczas głęboki kryzys w swoim związku), okazały się idealnie trafiać do słuchaczy, a przede wszystkim - do słuchaczek. Bardzo chętnie identyfikowały się z opisywanymi przez wokalistkę dramatami, bo wiele z nich także miało podobne doświadczenia. Emocje emocjami, zgadzały się także pieniądze - album okazał się jednym z najlepiej sprzedających się debiutów ostatnich lat, a muzyczna scena, zaczynająca już wówczas przeżywać pogłębiający się z każdym rokiem coraz bardziej "kryzys headlinerów", czyli brak nowych zespołów, działających z rozmachem i przyciągających tłumy na swoje koncerty, szybko zauważyła, że Florence And The Machine może być świetnym materiałem na wykonawcę tego typu.



I rzeczywiście - okazało się, że angielscy debiutanci znakomicie radzą sobie na wielkich scenach, bez żadnego problemu potrafią skupić na sobie uwagę tłumu przez całą godzinę. Brało się to oczywiście z jednej strony z przebojowych piosenek i wykonawczej biegłości muzyków, ale z drugiej - z naturalnej, obezwładniającej charyzmy samej Welch. Jej sylwetka, bosa, ubrana w zwiewną suknię, biegająca przez cały koncert z jednego końca sceny na drugi, stała się niemal ikonicznym obrazem sceny muzycznej drugiej dekady XXI wieku.

Ceremonie nowej subkultury

Wielka scena muzyczna lubi być bardzo binarna - po tak spektakularnym starcie są w zasadzie tylko dwie możliwości: albo (tak się dzieje zdecydowanie częściej) spada się na samo dno, żeby nigdy już nie powrócić, albo pnie się jeszcze wyżej. Angielskiemu zespołowi udało się zrealizować ten drugi scenariusz. Druga płyta, wydany w 2011 roku album "Ceremonials", bardzo dobrze umocniła jego pozycję na scenie muzycznej i okazała się świetną trampoliną do skoku jeszcze wyżej. I rzeczywiście - kolejne miesiące w historii zespołu to koncerty w coraz większych halach i na coraz większych festiwalach. Nadzieje sceny muzycznej spełniły się w pełni - w bardzo krótkim czasie udało się wykreować headlinera z prawdziwego zdarzenia, którego bez żadnych wątpliwości postawić można w jednym szeregu z największymi gwiazdami o znacznie dłuższej historii i dorobku.

O tym, że ten zespół staje się czymś więcej niż tylko kolejną sezonową gwiazdą, świadczyły nie tylko zaplanowane na wiele miesięcy do przodu trasy koncertowe, ale coś, co zdarza się na scenie muzycznej naprawdę nielicznym i jest widomym znakiem wejścia do najwyższej ligi. Wokół Florence And The Machine zaczęła rosnąć coraz większa ilość bardzo zaangażowanych fanów i wielbicieli, żeby nie powiedzieć wyznawców, zaczęło rosnąć coś na kształt znanych z lat 80-tych subkultur, z własnym kodem wizualnym, z własnym językiem, z własną nieformalną organizacją wewnętrzną.

Było to doskonale widać podczas ostatniej wizyty tych artystów w Polsce - zespół był jednym z headlinerów Orange Warsaw Festival w 2014 roku. W dniu jego koncertu cała stolica niemal zaroiła się tłumem nastolatek w potężnych wiankach na głowach - to nieoficjalny i bardzo wyrazisty znak przynależności do tej swoistej grupy.

Złamana noga niezłomnej performerki

Ten rok jest dla angielskiej grupy wyjątkowo ważny. Właśnie ukazała się jej kolejna, bardzo mocno już wyczekiwana, płyta. I znów okazało się, że to strzał w dziesiątkę: niemal natychmiast po premierze (29 maja), album, zatytułowany "How Big, How Blue, How Beatiful", kupiły setki tysięcy fanów na całym świecie, co zapewniło mu pierwsze miejsca na listach sprzedaży w sporej części słuchającego takiej muzyki świata. Recenzenci rozpływali się w zachwytach nad przebojowymi kompozycjami, z których wiele ma szansę stać się "instant classics", wielbiciele rozpływali się nad kolejnym zestawem tekstów Welch - ekshibicjonistycznych i odnoszących się do bardzo powszechnych doświadczeń emocjonalnych. Najwyraźniej wszyscy są zachwyceni.

Nic też zaskakującego, że angielski zespół jest w tym roku - obok grupy Muse - jednym z największych skarbów sezonu festiwalowego. W zestawieniu przygotowanym przez brytyjski tygodnik muzyczny "NME" grupa Florence And The Machine znalazła się na drugim miejscu pod względem ilości festiwali, których będzie headlinerem, ustępując jedynie rzeczonemu Muse.



Co prawda początek sezonu festiwalowego nie był dla zespołu najszczęśliwszy, ale w przypadku tej grupy nawet pech jest spektakularny i przekłada się koniec końców na kolejny sukces: pierwszą z dużych imprez, na której zagrała, był kalifornijski festiwal Coachella. Liderka grupy, jak zawsze, postawiła na niezwykle żywiołową ekspresję. Tak żywiołową, że podczas jednego ze skoków, złamała na scenie nogę. Co więcej - nie zauważyła tego do końca występu, dokończyła go więc, nieświadomie, z pękniętą kością.

Rzecz wyszła na jaw dopiero po zejściu ze sceny. Lekarze zapakowali nogę w gips i absolutnie zabronili występów przez dłuższy czas. Ale artystka nie mogła przecież zawieść swoich fanów, a Coachella to tak naprawdę dwa festiwale, odbywające się weekend po weekendzie. Podczas drugiego z nich Welch, ignorując zalecenia medyczne, postanowiła wystąpić chociaż w ograniczonej formule.

Koncert był właściwie symboliczny i bardzo krótki, składał się zaledwie z kilku piosenek, które wokalistka wykonała na siedząco. Dla kogoś, kto zwykł nie zatrzymywać się w biegu przez cały występ, musiała to być prawdziwa tortura. Ale to, co zrobiła Welch, okazało się oczywiście tak urocze i wzruszające, że fani zapamiętają ten wieczór bardziej niż pełnowymiarowe występy zespołu. Wszystko wydarzyło się w połowie kwietnia, do dziś artystka zdołała już dojść do formy i jest gotowa na pracowity sezon festiwalowy.

Mikołaj przyszedł szybciej w tym roku

Od miesięcy nie było wątpliwości, że na koncert Florence And The Machine czeka w Polsce ogromna ilość fanów (Polska to jeden z krajów, w którym nowa płyta weszła na sam szczyt listy sprzedaży), a wszyscy organizatorzy festiwali mają zapewne chrapkę na to, żeby zespół był headlinerem właśnie ich imprezy. Wielbiciele grupy cierpliwie czekali na ogłoszenie, gdzie wystąpią w tym roku ich idole. Ale sytuacja stawała się nieco kłopotliwa: szybko okazało się, że Florence nie będzie u największych graczy na rynku, ani na Open'erze, ani na Orange Warsaw Festivalu. Szybko odpadały też mniejsze imprezy, późną wiosną pozostała więc tylko jedna opcja - Kraków Live Festival, nowa impreza firmy Alter Art, która bardzo późno zaczęła ogłaszać jej skład. Fani byli niemal pewni, że będą się musieli wybrać w tym roku właśnie tam. Ale okazało się, że to też jest złudna nadzieja - artystka w Krakowie nie wystąpi. Sytuacja zaczęła być nerwowa - na specjalnie założonej w tym celu stronie na facebooku polscy wielbiciele czekający na występ artystki zwierali szeregi i domagali się dobrych informacji - zapisało się tam ponad 5 tys. osób.

Wreszcie wiadomość nadeszła, choć z mocno nieoczekiwanej strony - oto koncert Florence And The Machine ogłosiła firma Go-Ahead, poznańska agencja koncertowa, dla której będzie to jedno z największych przedsięwzięć w dotychczasowym dorobku. Nie będzie to co prawda występ festiwalowy, ale część jesienno-zimowej halowej trasy zespołu. Do Polski jego członkowie zawitają 12 grudnia i zagrają w nowym łódzkim obiekcie widowiskowo-sportowym, Atlas Arenie. Nieznane są jeszcze ceny biletów, ich sprzedaż ruszy 19 czerwca. I już wiadomo jaki będzie w tym roku najbardziej pożądany prezent mikołajkowy w tysiącach polskich domów.