Kanye West zmienia historię muzyki. Ekstremalna osobowość i nowa płyta jak "scrollowanie" Facebooka

Kanye West ustanowił swoim wydanym właśnie albumem kilka nowych standardów na scenie muzycznej. I już choćby w tym sensie to płyta dziejowa. I zupełnie nie ma znaczenia, czy jest dobra.
Ukazała się najnowsza płyta samozwańczego mistrza czy wręcz boga współczesnego hip hopu, Kanye Westa - na razie dostępna jest wyłącznie w serwisie streamingowym Tidal, którego artysta jest udziałowcem. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, jak album będzie się nazywać, autor zmieniał tytuł trzy razy, koniec końców stanęło na wywołującym różne skojarzenia i prowokującym różne interpretacje "The Life Of Pablo". To płyta, która może bardzo mocno zmienić wszystko, co do tej pory było wiadomo o płytach.

West pokazuje jak prezentować muzykę

Począwszy już od samej kwestii "ukazania się". Różne pomysły mają ostatnio artyści na świętowanie i promowanie swoich nowych wydawnictw: od zwykłych i banalnych, jak specjalne premierowe koncerty, przez odsłuchy dla wybranych gości i fanów, aż do sposobów dość zaskakujących, takich jak np. prezentacja nowych utworów... w lotniskowym radiowęźle, jak zrobił niedawno zespół Animal Collective.

West, jak przystało na gwiazdę z najwyższej półki, ustawił poprzeczkę na najwyższym poziomie. Jego płyta została premierowo zaprezentowana na specjalnym wieczorze w słynnej nowojorskiej hali Madison Square Garden, transmitowanym w kinach i serwisach streamingowych na cały świat, połączonym zresztą z pokazem mody z nowej, firmowanej przez niego kolekcji. Tego jeszcze nie było. I to może mocno zmienić wiele zasad, dotyczących tego typu wydarzeń.

Podczas nowojorskiego wydarzenia to on ustalał reguły

Mało tego. To może zmienić także sporo zasad dotyczących publicznego prezentowania tego typu muzyki przed publicznością. Tym bardziej, że dyskusja na temat tego, jak to robić nie ustaje od kilku lat, mało kto ma na to dobry sposób, a sam West poległ z kretesem, kiedy próbował dobrze wypaść jako headliner ubiegłorocznego festiwalu w Glastonbury. Podczas nowojorskiego wydarzenia to on ustalał reguły i wygrał.

Kto wie więc, czy za jakiś czas ten pomysł się nie przyjmie, nikt już nie będzie musiał udawać, że nie gra na koncertach muzyki prosto z komputera, a publiczność i tak będzie się wspaniale bawić. Dla wielu artystów ze świata, w którym muzyki nie wymyśla się na próbach z gitarami w ręku, ale cyzeluje ją miesiącami, pieczołowicie dobierając brzmienia w komputerze, to może być prawdziwa ulga.

West unieważnia pojęcie płyty

Amerykański raper sprawił swoim nowym materiałem, że tracą zupełnie sens i rację bytu te wszystkie pytania, jakie się zwykle zadaje przy okazji płyt. Unieważnił te wszystkie - do tej pory: oczywiste - kwestie, typu: czy na płycie jest jakiś chwytliwy singel, czy jest dobrze wyprodukowana, czy ma ciekawe brzmienie. W przypadku jego najnowszej płyty w ogóle nie o to chodzi.

To, o co chodzi, to przede wszystkim sama forma tego albumu. Artysta rozbija tradycyjną strukturę płyty, rozumianej jako zestaw piosenek, powiązanych w ten czy inny sposób ze sobą. Tworzy w zamian coś zupełnie nowego i znakomicie korespondującego ze współczesnością i wrażliwością współczesnych słuchaczy.

Kolaż zupełnie przypadkowych elementów

Ta konstrukcja opiera się na dwóch fundamentach. Jednym jest jego - ewidentnie dość ekstremalna pod względem psychologicznym - osobowość. Drugim: formy narracji, z którymi konfrontuje dzisiejszego odbiorcę rzeczywistość: "zappowanie" programów telewizyjnych, tworzące kolaż zupełnie przypadkowych elementów czy "scrollowanie" newsfeeda na Facebooku czy innych podobnych serwisach społecznościowych. Na równych prawach sąsiadują tam zdjęcia słodkich kotów, prośby o wsparcie w chorobie czy kłopotach, uśmiechnięte selfie z wakacji, prośby o polecenie ciekawego serialu, kłamstwa o rzekomych gwałtach dokonanych przez imigrantów, zwierzenia o życiowych sukcesach.

I takie właśnie mniej więcej wrażenie sprawia ta płyta, jedne po drugich w głośnikach pojawiają się zupełnie różne fragmenty: wpadające w ucho refreny, freestyle a'capella, wyrafinowane brzmieniowo podkłady i banalny, brudny hałas. A jedynym elementem, który łączy to wszystko jest West i jego osobowość: egotyczna, egocentryczna i narcystyczna. West niemal w każdym wyrapowanym na tej płycie wersie daje mocne dowody na to, że jego rozpaczliwie niskie poczucie własnej wartości musi być nieustająco zagłuszane przekonywaniem o własnym geniuszu.

West wpuszcza słuchaczy do swojej głowy

W tym sensie słuchanie nowej płyty Westa jest czymś pomiędzy przeglądaniem jego newsfeedu o samym sobie, a wejściem w sam środek jego głowy i przyglądaniem się temu, co się tam dzieje. A że to chaos? Chaos dość potężny, dokładnie taki sam, jak w dzisiejszych mediach - tych bardziej tradycyjnych i tych najnowocześniejszych, opartych na materiałach tworzonych przez samych uczestników. I co z tego? Współczesnemu słuchaczowi to zupełnie nie przeszkadza, jest przyzwyczajony do tego typu przekazów.

W tym sensie nie do końca trafiona wydaje się interpretacja, którą sugerował jeden z angielskich dziennikarzy: pisał, że Pablo z tytułu to odwołanie się do Picassa, a sama płyta jest dźwiękowym odpowiednikiem kubizmu, pokazującego świat w zupełnie inny sposób niż wcześniejsze malarstwo. Bo pierwsi odbiorcy kubistycznych obrazów musieli najpierw dać się przekonać, że tak naprawdę widzą świat w ten sposób, jak malują go eksperymentujący z tym stylem malarze.

Przeniesienie na płaszczyznę sztuki tkanki codziennego życia

Dla odbiorców płyty Westa takie pokazywanie rzeczywistości jest czymś naturalnym i oczywistym. Dla nich trudne, kto wie czy w ogóle możliwe, jest dziś wysłuchanie tradycyjnej płyty, na której jest dwanaście, utrzymanych w podobnym stylu i opartych na podobnym brzmieniu utworów. Do współczesnego słuchacza taki, poszatkowany, kalejdoskopowy strumień świadomości artysty jest znacznie łatwiejszy w odbiorze.

Kanye zresztą sam przyznaje, że nie chodzi o tworzenie jakiejś nowej, sztucznej formuły, ale raczej o przeniesienie na płaszczyznę sztuki czegoś, co jest naturalną tkanką codziennego życia. Robi to bardzo wyraźnie w momencie, kiedy na płycie rozlega się dźwięk jednego z najpopularniejszych dzwonków telefonicznych. Jak w życiu. I to prawie pewne, że większość słuchaczy w tym momencie łapie się za kieszeń, żeby sprawdzić, czy to czasem nie dzwoni właśnie ich telefon. Prosty pomysł, który działa znakomicie i jest metaforą ważną dla tej płyty i dla całej koncepcji Westa.

Czy ten pomysł się przyjmie? Czy formuła tak pokawałkowanego przekazu sprawdzi się w muzyce? Czy inni pójdą w tym samym kierunku? Czy będą próbować uzyskać podobny efekt? Jeśli tak się stanie, trzeba będzie zawsze pamiętać, że West był pierwszy.