Zamilska: Nie zgadzam się na niesprawiedliwość, o tym jest moja nowa płyta

Znakomite recenzje w mediach na całym świecie, koncerty zagranicą, propozycje ze strony wielkich firm - ta artystka w krótkim czasie osiągnęła więcej, niż spora część polskiej sceny muzycznej razem wzięta. Zamilska przypomina o sobie nową płytą, epką ?Undone? i opowiada, jak powstawał ten materiał.
Przemysław Gulda: Płyta ze swastykami na okładce. Ostro grasz. Skąd ten pomysł: ryzykowny, prowokacyjny i przewrotny - bo to przecież swastyki wyszyte, ozdobne, delikatne?

Zamilska: Okładka jest pełna kontrastów i dwuznaczności. Na zdjęciu znajduje się oryginalna suknia ślubna z epoki edwardiańskiej z 1910 roku, uszyta w kolonii brytyjskiej. Dopiero po dokładnym przyjrzeniu się, widzimy wyhaftowane, drobne swastyki. Suknia ślubna to symbol szczęścia i niewinności. W moim przypadku również nawiązanie do treści modowych. Swastyka już nie jest tak oczywista, w Europie czy obu Amerykach, wciąż kojarzona z nazizmem, w rzeczywistości jest hinduskim i buddyjskim symbolem przynoszącym szczęście, talizmanem odganiającym złe duchy. Pierwszą reakcją na widok okładki - jeżeli kogoś to interesuje oczywiście - jest niedowierzanie i może niechęć. Dopiero później, odbiorca musi przyjąć fakt, że suknia pochodzi z 1910 roku, czyli czasu przed pierwszą wojną światową. Musi zatem odrzucić swoje przyzwyczajenia w odbiorze symboliki i powrócić do jej prawdziwego źródła. To trochę taka zabawa z odbiorcami, pokazanie, że warto zanim coś ocenimy, bliżej się temu przyjrzeć.

Na okładce twojej pierwszej płyty ciało jest nagie, otwarte na ingerencje, naznaczone. Nowa płyta, "Undone", opatrzona jest zdjęciem ciała ubranego, ukrytego, zabezpieczonego. Skąd ta zmiana?

- Okładka jest bardzo ważna, ale to tylko część historii, na którą składa się cała płyta. Zdjęcie na okładce "Undone", przedstawia konkretną symbolikę, jest jednym z elementów opowieści. Kolejna płyta, kolejna historia. To ciekawe jednak jak ją interpretujesz, bo osobiście mam wrażenie, że "Undone" odkrywa mimo wszystko dużo więcej niż to, co zawarłam na debiutanckim albumie. Nie używam żadnej tarczy ochronnej, wręcz dużo wyraźniej rozbijam kolejną granicę i jeszcze głośniej opowiadam o tym, co myślę.



Jaki jest według ciebie status tego materiału: czy to pełnoprawny następca debiutu czy tylko krótki - płyta trwa tylko ponad 20 minut - przerywnik przed kolejnym większym wydawnictwem?

- Płyta "Undone" ze względu na swój czas trwania, technicznie nazywana jest epką. Dla mnie jednak nie ma znaczenia, czy trwa ona 20 czy 45 minut. To nie jest przerywnik tylko kolejny, gigantyczny krok w moim życiu. Krótka forma nie oznacza, że płyta jest naładowana mniejszą ilością emocji i pracy. Wręcz przeciwnie, ten krótki czas trwania zwiększa moim zdaniem intensywność jej przekazu. "Undone" to dla mnie jedna z najważniejszych rzeczy, jakie do tej pory udało mi się stworzyć. Postawiłam wszystko na jedną kartę, nagrałam to, co czułam, tak jak chciałam, najbardziej szczerze jak potrafiłam, nie oglądając się na stawiane mi po debiutanckim albumie wymagania i oczekiwania. Nie zmieniłabym najmniejszego dźwięku na tej płycie. To "Undone" jest dla mnie tym kolejnym, większym wydawnictwem, na dodatek pierwszym, wydanym pod szyldem mojej własnej wytwórni, którą założyłam na początku roku. Mam do tej płyty niewyobrażalnie osobisty stosunek.

Jak powstawał ten materiał? Jak długo nad nim pracowałaś, gdzie i w jaki sposób?

- "Undone" powstało u mnie w domu, jak wszystko, co do tej pory zrobiłam. Nie wiem, jak długo pracowałam nad tą płytą. Tworząc ją straciłam poczucie czasu. Pamiętam, że usiadłam przed monitorami i tak już zostałam, robiąc przerwy jedynie na chwilę snu, kiedy już naprawdę głową upadałam na blat stołu. Chciałam maksymalnie wykorzystać moment, w którym w końcu otworzyły mi się klapki, odpowiedzialne za składanie w całość historii, którą chciałam opowiedzieć poprzez tę płytę. Mało pamiętam z tego, co się działo na około. Kompletny trans i wyłączenie z rzeczywistości. I nagle okazało się, że wysyłałam wiadomość do swojego managementu: "ej, mam gotowy materiał na epkę".

Twoje kolejne poczynania muzyczne często interpretowane są przez pryzmat geograficzny. Na ile "Undone" jest płytą warszawską? Jak miasto, w którym dziś mieszkasz zmieniło twoje podejście do muzyki po okresach cieszyńskim i katowickim?

- Nie wiem, co to znaczy "warszawska płyta". Społeczność imigrantów z bliskiego i dalekiego wschodu w Warszawie jest chyba zbyt mała... Jestem Ślązaczką, ktoś mi kiedyś powiedział, że gdy słyszy moją muzykę, widzi śląską scenerię, widok z okna pociągu, wjeżdżającego do Katowic. Myślę, że może chodzić o pewnego rodzaju industrialny charakter tworzonych przeze mnie dźwięków. Nigdy jednak tworząc, nie inspiruję się miastem, w którym aktualnie się znajduję. Dla mnie nie ma to znaczenia. Moja perspektywa podczas tworzenia muzyki jest znacznie szersza, niż miejsce zamieszkania. Opowiadam o czymś zupełnie innym. To podróż dalej niż miejsce zamieszkania, ale z bagażem zebranym podczas wszystkich dotychczasowych wypraw.

Na zdjęciach, które towarzyszą promocji twojego najnowszego wydawnictwa widać cię w towarzystwie buddyjskich mnichów. Co to za historia i jaki miała wpływ na tę płytę?

- Ale to akurat to po prostu zdjęcie z wakacji. Byłam na wyprawie w Azji, młodziutkich chłopców, którzy odbywali pierwsze nauki w klasztorze buddyjskim, spotkałam, będąc w Kambodży. Przyjechali do Bokor starym żółtym vanem, z którego wylali się w nieprawdopodobnych ilościach. Patrzyłam na nich, bo wyglądali pięknie, oni spoglądali na mnie, bo byłam białą dziewczyną o niebieskich oczach - widok dla nich dość rzadki. Ostatecznie zrobiłam sobie zdjęcie z nimi, później oni, bardziej ośmieleni zaczęli wyciągać swoje komórki i fotografować się ze mną. Zwyczajni, roześmiani, rozbiegani i ciekawi świata osobnicy. W Kambodży wielu młodych chłopców, przechodzi obowiązkowe nauki w klasztorach. Rozbawiło mnie, że każdy z nich, spod szaty wyjął własnego smartfona, a w końcu to były dzieciaki.



Ta płyta ma bardzo niepokojący nastrój, wytrąca z równowagi, potrząsa, może nawet trochę szamocze. Czy taki miałaś zamiar? Dlaczego?

- Nie jest to składanka "Buddah Bar". To nie jest muzyka o tematach łatwych, lekkich i przyjemnych. Moim zamiarem było jednak ubranie moich pomysłów w formę muzycznego transu, melodyjności i rytmiki. Plemienność i dzikość. Jedynych będzie szamotać, innych porywać do tańca, niektórych na pewno drażnić.

Jak na materiał instrumentalny, "Undone" zdaje się mieć mocny wydźwięk, jeśli chodzi o przekaz. Tytuły kolejnych utworów to ostrzeżenia, ciosy, ruiny i inne dramaty. O czym jest "Undone"?

- Całkowicie subiektywnie to płyta o zniszczeniu i walce, o wyzwalaniu się z opresji, o niezgodzie na niesprawiedliwość. Wojna i konflikt mogą się jednak rozgrywać na płaszczyźnie wewnętrznej i zewnętrznej. Pamiętajmy jednak, że to muzyka instrumentalna i rozpiętość odczuć w znacznej mierze zależeć będzie od nastroju odbiorcy.

W wielu miejscach deklarowałaś swoje krytyczne, czy wręcz buntownicze nastawienie do świata, ktoś określił cię nawet "punkiem techno". Czy muzyka, którą grasz może, tak jak punk rock, komentować rzeczywistość? Czy chcesz, żeby twoja muzyka miała taki właśnie charakter?

- Dla mnie bardzo ważne jest, aby muzyka miała swój przekaz, nawet jeżeli jest instrumentalna. Nigdy nie chciałam wydawać płyty, która byłaby wyłącznie ładnym zlepkiem dźwięków. Muzyka jest dla mnie możliwością opowiedzenia o swoim punkcie postrzegania rzeczywistości, przekazywania własnej historii, emocji i przekonań. To jest niezwykle fascynujące, bo wypuszczam w świat dźwięki i mogę obserwować reakcje ludzi, ich interpretacje.

Recenzenci pisząc o twojej twórczości z upodobaniem przeklejają sobie nawzajem teksty o tym, że stworzyłaś nowy gatunek muzyki elektronicznej. Na ile takie określenia mają sens? Jak widzisz status i miejsce tego co robisz? Czy to muzyka do klubów czy raczej do sal koncertowych na siedząco i po ciemku?

- Zapraszam na koncert. Jeżeli ktoś, z mojego punktu widzenia mocno na wyrost, napisał, że stworzyłam "nowy gatunek", to jest to dla mnie bardzo duży komplement. Zawsze zależało mi na tym, aby stworzyć coś od początku do końca własnego. Z tego względu bardzo długo zwlekałam z nagraniem pierwszej płyty: brakowało mi stuprocentowego przekonania, że dźwięki, które wypuszczę w świat, będą dokładnym odzwierciedleniem mojej osoby, tego co chciałabym przekazać za pomocą muzyki. To trochę jak poszukiwanie odpowiednich słów, aby opisać emocje. Od początku bardzo unikałam zaszufladkowania w jednej kategorii muzycznej i chyba powoli dopięłam swego. Odnalezienie własnego charakteru w muzyce to trudne zadanie dla każdego artysty. Ja wciąż się tego uczę, szukam i odkrywam - to ciężkie, ale bardzo fascynujące zajęcie.

Rozwijając swoją karierę, zdajesz się zupełnie nie dostrzegać granic państwowych i z powodzeniem występujesz poza Polską. Na ile to dla ciebie ważne?

- Myślę, że każdy artysta marzy o tym, aby występować poza granicami swojego państwa. Miałam ogromne szczęście, mnie się to udało. W zeszłym roku, zdecydowaną większość koncertów odbyła się za granicą. Z "Untune" odwiedziłam dwanaście krajów w Europie. Duża w tym zasługa firmy Dior - utwór "Duel 35" z debiutanckiego albumu, został użyty jako ścieżka dźwiękowa do jej pokazu w Tokio. W zeszłym roku zostałam również zaproszona do wzięcia udziału w programie Shape. To platforma utworzona przez organizatorów szesnastu europejskich festiwali, w tym krakowskiego Unsoundu. Shape co roku wybiera 48 artystów i muzyków, którzy prezentują swoją twórczość na festiwalach w wybranych krajach. Ważne było także dwunaste miejsce w zestawieniu płyt roku w portalu The Quietus, to było naprawdę duże wyróżnienie znaleźć "Untune" na tak wysokiej pozycji wśród stu innych albumów. Nie ukrywam, że zagraniczne koncerty, to dla mnie niezwykle ważne i cenne doświadczenie, mocno pouczające. Grając za granicą, wychodzę na scenę przed ludzi, którzy chętnie i bez uprzedzeń poznają artystów z innych krajów. Przynajmniej takie są moje dotychczasowe doświadczenia. A wprowadzenie ich w taneczny trans odbywa się zupełnie ponad granicami narodowymi. Cieszę się, że mogę być jednym z polskich reprezentantów muzyki elektronicznej w całej Europie.



Często mówiłaś o tym, że jako dziewczyna jesteś na scenie traktowana jako ktoś gorszego sortu przez wszystkich od krytyków po akustyków. Czy twoje głośne mówienie "nie" takiemu traktowaniu w czymś pomaga? Czy coś się zmienia w tej kwestii, czy twoim zdaniem polska scena nadal jest brutalnie seksistowska?

- Przede wszystkim nigdy nie uważałam, że to akurat polska scena jest "brutalnie seksistowska". Za seksizm odpowiedzialni są poszczególni ludzie, ich charakter, a nie państwo, z którego pochodzą. Nigdy nie dostawałam forów ze względu na to, że jestem dziewczyną. Na początku miałam wręcz z tego powodu pod górkę. Dziś myślę, że w dużej mierze wynikało to z mojego nagłego pojawienia się na scenie. Wzbudzało to podejrzenia i niedowierzanie. Z dnia na dzień zaczęłam wyskakiwać ludziom z lodówek. Kobieta - producent? Niemożliwe. Uważam, że w dużej mierze to media pogłębiają takie podziały i stereotypy. Często pytano mnie, jak to jest być dziewczyną w świecie muzyki elektronicznej. Zastanawiam się wtedy, czy dziennikarz zadał, kiedyś podobne pytanie mężczyźnie: jak to jest być facetem w branży muzycznej. To zadawanie pytań, które już same w sobie sugerują odpowiedzi, że istnieją podziały. Stwierdzanie "faktu", a potem prośba o ewentualny komentarz. Jesteś dziewczyną, więc masz gorzej, opowiedz nam o tym. A ja się wcale nie czuję niesprawiedliwie traktowana. Umiem walczyć o swoje. Nie postrzegam siebie w kategorii płci. Jestem po prostu człowiekiem, niezależną producentką, która samodzielnie wychodzi na scenę i jest w stu procentach odpowiedzialna za swoje brzmienie - tym chciałabym wzbudzać szacunek - swoją ciężką pracą. Nie rozumiem tego uporczywego zaglądania artystom w majtki, jakby liczyła się płeć, a nie muzyka, która wykonują.

Jesteś bezczelna i często mówisz głośno rzeczy niepopularne i kontrowersyjne. Masz wrażenie, że to coś daje, że to coś zmienia? Co na tym wygrywasz, a ile na tym przegrałaś?

- O problemach i tematach niewygodnych nie lubimy rozmawiać, to nie jest na topie. Coś nas uwiera, coś nam się nie podoba, ale będziemy o tym milczeć. Skoro już teraz jestem uważana za bezczelną, to pomyśl, co by się działo, gdybym nie wykonywała muzyki wyłącznie instrumentalnej, a rapowała lub co gorsza, śpiewała teksty. Koterie wymagają znacznej dyplomacji i kompromisu. Okazuje się, że dla wielu osób istnieje cienka granica pomiędzy uporem, buntem a bezczelnością. Może jestem po jednej stronie, a może po drugiej.

Jak będziesz promować najnowszą płytę? Jakie plany koncertowe i festiwalowe możesz już dziś ujawnić?

- Najpierw wyprawy klubowe w Polsce plus Londyn i Berlin. Nie mogę się doczekać.