IAMX: Cierpiałem na depresję, bezsenność. Dziś moje koncerty są bardziej osobiste, niemal intymne

Przeszedł głęboki kryzys, wycofał się z grania muzyki, mogło się wydawać, że nigdy nie powróci. Fani mogą być jednak spokojni. Chris Corner, znany jako IAMX, właśnie zaczyna koncertować. Przed wizytą w Polsce opowiada, co się z nim działo w ostatnim czasie.
Przemysław Gulda: Zniknąłeś na dłuższy czas, do mediów docierały wiadomości, że masz problemy zdrowotne. Zawsze otwarcie opowiadasz o takich sprawach, więc nie sposób nie zapytać: co tak naprawdę się z tobą działo?

Chris Corner: Rzeczywiście, od dawna kieruje się w swoim kontakcie z fanami i w ogóle ze światem zasadami otwartości i szczerości, ani przez moment nie pomyślałem więc, żeby ukrywać to, co wydarzyło się ostatnio w moim życiu, nawet mimo tego, że to był czas wyjątkowo trudny. Paskudny i bolesny. Trochę ponad dwa lata temu przeżyłem bardzo silne załamanie emocjonalne, wpadłem do prawdziwej psychologicznej czarnej dziury.

Co to tak naprawdę było?

- Kilka połączonych trudnych spraw na raz: depresja, bezsenność, załamanie psychiczne. I nie były to po prostu metafory, którymi opisuje się często złe samopoczucie - byłem pod opieką lekarzy, to były zdiagnozowane choroby psychiczne. To był wynik wieloletniego nakładania się, czy może raczej odkładania na bok i nie załatwiania różnych drobnych problemów, które połączone razem okazały się tak wielkie, że powaliły mnie na ziemię. Od dawna, nie wiem, czy tak naprawdę nie od zawsze, miałem jakieś problemy ze snem. Ale teraz zamieniło się to w naprawdę poważną, chroniczną bezsenność - nie spałem całymi tygodniami.

Nie byłeś w stanie w tym czasie pracować?

- Ani trochę. Nie byłem w stanie w tamtym czasie zrobić nic. Bywały momenty, że nie byłem w stanie wstać z łóżka, wykonać jakichkolwiek czynności. Robienie muzyki w ogóle nie wchodziło w rachubę. I to przez bardzo długi czas. Kiedy lekarze zdiagnozowali moje choroby, zaczął się bardzo długi i żmudny proces walki z nimi. To były niekończące się tygodnie terapii, przestawienie do góry nogami całego dotychczasowego życia, kształtowanie nowych nawyków, ścisłe przestrzeganie poleceń lekarzy i terapeutów. Kiedy poczułem się trochę lepiej, zacząłem bardzo powoli wracać do myślenia o muzyce. Działałem zgodnie z zaleceniami, wynikającymi z terapii - miałem odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest dla mnie ważne w życiu. Odpowiedź była dość prosta i oczywista - muzyka. I wtedy muzyka wróciła, poczułem, jak bardzo jest mi potrzebna. Zacząłem myśleć nad nowymi kompozycjami i od razu wiedziałem, że będą one musiały być w ten czy inny sposób odzwierciedleniem tego trudnego okresu w życiu, z którego właśnie zacząłem wychodzić. I tak się właśnie stało.



Wynikiem tych refleksji jest twoja najnowsza płyta, album zatytułowany "Metanoia". Mówisz o nim, że to materiał, który pisało ci się najłatwiej. W jakim sensie?

- Rzeczywiście, nad tą płytą pracowało mi się łatwiej niż nad poprzednimi. Chodziło przede wszystkim o jej osobisty charakter. Wcześniej pisałem piosenki o tym, jak postrzegam świat, podejmowałem ważkie tematy społeczne czy polityczne. Wymagało to ode mnie z jednej strony przemyślenia swojego stanowiska, z drugiej - rozstrzygnięcia, czy chce się dzielić z innymi swoim zdaniem na tę akurat sprawę, czy to odpowiedzialne, czy to potrzebne. Jednym słowem musiałem sobie zadawać mnóstwo pytań, praktycznie na każdym etapie powstawania piosenki. W przypadku najnowszej płyty w ogóle nie miałem takiego problemu. Program był od samego początku jasny i spójny: chciałem opisać stan, w jakim byłem w czasie choroby, przekazać swoje doświadczenia. Na poziomie samego pisania piosenek okazało się to więc zadziwiająco łatwe: to była zwykła, bardzo głęboka introspekcja i zapisywanie wspomnień i głębokich zwierzeń. Potem pojawił się jednak inny problem: nie byłem do końca pewien, czy publiczność będzie w ogóle zainteresowana aż tak intymnymi zwierzeniami. Szybko udało mi się znaleźć odpowiedź na to pytanie. Długo przed tym, kiedy płyta była gotowa, zacząłem pisać blog - to, swoją drogą, też było częścią terapii. Opisywałem tam, co się ze mną działo i jak się czułem. Okazało się, że spotkał się on z bardzo gorącym przyjęciem moich fanów. Pisali do mnie bardzo dużo, bardzo osobistych maili, w których udowadniali jak ważne jest dla nich to, co piszę. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie wyraźnie, jak wiele osób spotykają podobne traumy, jak wiele osób ma podobne doświadczenia. A słuchanie piosenek o tym wszystkim jest dla nich ważnym sposobem na przekonanie się, że nie są sami ze swoimi problemami. To dało mi pewność, że na poziomie tekstowym "Metanoia" powinna mieć właśnie taki kształt, jaki ostatecznie ma. Dla mnie to było w jakimś sensie przejście jeszcze raz pewnej drogi: od kryzysu do emocjonalnego odrodzenia. Mam nadzieję, że wysłuchanie płyty skonstruowanej w taki sposób będzie dla słuchaczy doświadczeniem wzmacniającym i budującym.

Mówisz w zasadzie tylko o tekstach. A jak powstawała muzyka, która znalazła się na płycie, wyjątkowo minimalistyczna, jak na ciebie?

- Rzeczywiście: minimalizm to słowo-klucz do tej płyty. Minimalizm, jako wyraz uproszczenia. To było jedno z ważnych haseł terapii: uproszczenie. Odarcie życia ze wszystkich niepotrzebnych elementów, zacierających prawdziwe znaczenie spraw. Nagrywanie płyty było częścią tego procesu. Ważną i stosunkowo łatwą na poziomie technicznym: pozbyłem się po prostu ze studia całego sprzętu, zostawiłem jeden komputer i postawiłem na maksymalnie uproszczoną produkcję. Po prostu grałem muzykę. Ważnym elementem tego projektu było też konsekwentne nie zapraszanie żadnych gości i współpracowników. Wiedziałem, jak niestabilni emocjonalnie są artyści, nie mogłem sobie pozwolić na tamtym etapie wychodzenia z choroby na kontakt z takimi ludźmi. To mogłoby się skończyć katastrofą i cofnięciem się o co najmniej kilka faz, powrotem w chorobę.



Jak wyglądał proces powrotu na scenę? Jak się czułeś, kiedy pierwszy raz stanąłeś przed swoją publicznością po bardzo długiej przerwie?

- To rzeczywiście było bardzo trudne doświadczenie. Z różnych względów. Już choćby na poziomie bardzo podstawowym - nie miałem żadnych złudzeń, co do tego, że w jakimś sensie granie koncertów, czyli: nieustanne obnażanie swoich emocji, okazywanie jej ludziom, stało się jednym z powodów mojej choroby. Ciężko było więc wrócić do czegoś, co w jakimś sensie było robieniem sobie samemu krzywdy. Na szczęście dużą częścią mojej terapii było właśnie przepracowanie tej kwestii: najpierw musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest dla mnie ważne. Tu nie miałem wątpliwości: oczywiście, że chodzi o pisanie i granie muzyki. Potem musiałem wyraźnie oddzielić to, co jest w tym dla mnie dobre, a co złe, skupić się tym pierwszym, a odrzucić to drugie. I w tym właśnie kierunku poszedłem, budując w sobie na nowo miłość do grania. Tym razem miłość zdrową, a nie niszczącą. Miałem też problemy czysto praktyczne - jedną z części terapii było uporządkowanie mojego planu dnia, ścisłe przestrzeganie ram czasowych. A to oznaczało m.in. wczesne chodzenie spać. Wracając do grania koncertów, musiałem znowu stać się osobą żyjącą w dużej mierze w nocy. I nauczyć się nie robić sobie tym krzywdy. To było trudne, ale mam wrażenie, że dziś jestem już na tyle silny, że potrafię to robić.

Pisałeś na blogu, że przez pewien czas zupełnie odciąłeś się od świata, w tym od swoich fanów. Jak ci się udało żyć bez wsparcia, które ci - jak zawsze twierdzisz - dają?

- Na początku, kiedy mocno pogrążyłem się w chorobie, nie było szans, żebym mógł w jakikolwiek sposób komunikować się ze światem. To był taki moment, kiedy chciałem się tylko schować i nie wychodzić z ukrycia. Ale kiedy tylko choroba zaczęła ustępować, natychmiast poczułem potrzebę, żeby znów być z nimi, znów czuć ich energię. Wracałem powoli, najpierw za pomocą bloga. To było naprawdę ważne narzędzie odbudowywania swojego dawnego świata.

Słyniesz z tego, że masz bardzo bliskie kontakty z fanami, że łączy was niezwykła więź. Wielu dziennikarzy opisując to zjawisko nie waha się nawet użyć słowa "kult". Czy też tak odbierasz?

- To wspaniałe uczucie, wiedzieć, że tak wiele osób wspiera cię w tym, co robisz i podziwia to. Rzeczywiście, często pojawia się określenie "kult". Myślę, że jest uzasadnione przynajmniej z jednego powodu: staram się stworzyć dla moich fanów alternatywny świat, całą, pełną i spójną rzeczywistość, w którą można uciec. Oni to doceniają i bardzo chętnie zagłębiają się w ten świat. W tym sensie doświadczanie mojej twórczości rzeczywiście ma pewien wymiar religijny, a to chyba wiąże się właśnie ze słowem "kult". Jest jednak jeszcze jedna sprawa, która ma z nim związek, a której z kolei nie za bardzo można łączyć z moją twórczością - kult musi mieć swojego lidera, a ja na pewno nie mam takiej mocy, żeby być takim liderem. I nawet nie chcę jej mieć.



Jak będą wyglądały twoje koncerty na najnowszej trasie? Na ile będzie można na nich usłyszeć zmianę, która zaszła na twojej najnowszej płycie?

- Tak, będę chciał, żeby koncerty były jak najbardziej spójne z tym, czego można posłuchać na albumie. W repertuarze dominować będą piosenki, które się na nim znalazły. A te starsze, których oczywiście też nie może zabraknąć, będą zmienione w taki sposób, żeby nie odbiegać pod względem brzmienia i nastroju od nowszych. Będzie oczywiście dużo bardzo dostosowanych do klimatu muzyki wizualizacji. Będzie to więc coś trochę innego niż to, co można było usłyszeć i zobaczyć na moich wcześniejszych koncertach. Ale jestem pewien, że moi fani zaakceptują te zmiany. Koniec końców chodzi przecież tak naprawdę o to, że moje nowe koncertowe oblicze jest o wiele bardziej osobiste, może wręcz intymne. I dlatego o wiele łatwiej będzie im się z nim zidentyfikować.

IAMX wystąpi w Polsce dwa razy, w piątek, 4 marca w gdańskim klubie B90, a w sobotę, 5 marca w poznańskim Eskulapie.