"Szara myszka", która staje się prawdziwą gwiazdą. Krytycy i fani pokochali Frankie Cosmos

Zwariowali na jej punkcie krytycy, fani kochają ją bez pamięci, nowa płyta zbiera świetne recenzje, trasa koncertowa wyprzedaje się błyskawicznie. Greta Kline, liderka zespołu Frankie Cosmos, staje się nieoczekiwanie nie tylko gwiazdą, ale zarazem ikoną nowego zjawiska kulturowego.
Jakiś czas temu jedna z cenionych amerykańskich krytyczek, Lindsay Zoladz, napisała w "New York Magazine", że poprzednia płyta Frankie Cosmos ("Zentropy") to najlepsza popowa płyta roku i że jej autorka to wybitny talent i zapowiedź ważnego zjawiska.

Wystarczyło kilkanaście miesięcy, żeby ta zaskakująca przepowiednia zaczęła się sprawdzać. Oto bowiem przy okazji następnego albumu, wydanego kilka dni temu, zatytułowanego wieloznacznie i znacząco "Next Thing", na kolana zaczynają padać niemal wszyscy krytycy.

Siła niepewności

Dziewczyna, która w cichej i bezpiecznej kryjówce swojej sypialni śpiewa z gitarą akustyczną swoje piosenki, to figura obecna w amerykańskiej kulturze i popkulturze już od dawna, ale rzadko się zdarzało, żeby te piosenki tak mocno zabrzmiały także poza sypialnią. Nie zdarzyło się natomiast nigdy, żeby jeśli miały poza nią zabrzmieć, po drodze do szerszej publiczności ktoś nie zamienił ich w profesjonalnie wyprodukowane przeboje. Dziś to jest zupełnie niepotrzebne. A niedoskonałość, niepewność, czasem wręcz niezdarność, stają się w ręku tych dziewcząt bardzo mocną bronią, w jakimś sensie wręcz ich znakiem rozpoznawczym.

W ostatnich miesiącach takich zespołów zaczęło się pojawiać coraz więcej. Obok grupy Frankie Cosmos, która nieoczekiwanie wyrosła właśnie na liderkę tego niepisanego, spontanicznego ruchu, wymienić można choćby takie formacje, jak m.in.: Diet Cig, Girlpool czy Eskimeaux - ta ostatnia gra dziś wspólną trasę z Frankie Cosmos, a jej wokalistka gra na klawiszach i śpiewa w chórkach w tym zespole.

We wszystkich tych przypadkach historia była dość podobna: dziewczyny nagrywały swoje piosenki w domowych warunkach, publikowały je w internecie, grały skromne koncerty i jeździły na przygotowane własnymi siłami trasy koncertowe. I nie zdawały sobie do końca sprawy, że poruszyły tym samym kulę śnieżną, która zaczęła toczyć się coraz szybciej i powiększać się z każdym miesiącem do zaskakująco potężnych rozmiarów.



Na poziomie muzycznym i wizerunkowym jest to stanowcza i konsekwentna antyteza modelu rocka, który dominował na scenie przez pół wieku. Modelu, w którym liczy się zdecydowane brzmienie, pewne riffy i niepodważalna warsztatowa biegłość. Modelu, w którym ważne są mięśnie, tatuaże, wypięte, najlepiej nagie, torsy.

Tutaj jest zupełnie inaczej. Tutaj piosenki składają się z kompozycyjnych wątpliwości, brzmieniowych dylematów i niepewności wykonawczej. Tu się nie krzyczy, tylko niepewnie mamrocze pod nosem. Tu się nie pręży mięśni, raczej się garbi, chowając głowę w ramionach.

Siła kobiet

W amerykańskiej muzyce zdecydowanie poszerza się przestrzeń dla kobiet. W znaczeniu ilościowym, jak i jakościowym. Nie chodzi więc tylko o to, że statystycznie dziewcząt w zespołach jest coraz więcej, ale także o to, że żeby w nich zaistnieć, nie muszą już pełnić jednej z dyżurnych ról, pasować do modeli narzucanych przez oczekiwania i stereotypy. Nie muszą to więc już być urodziwe ozdoby męskich składów, niekoniecznie też muszą być poturbowane psychicznie i na tym budować swoją tożsamość.

Frankie Cosmos wypływa też na fali tzw. Olympia-style. Chodzi o koncepcję, która pojawiła się na scenie artystycznej w uniwersyteckim mieście Olympia w stanie Waszyngton. W skrócie chodziło o to, że miarą wartości artystycznej przestała być doskonałość warsztatowa i bycie na czasie z modami i konwencjami. Stały się nią natomiast szczerość, autentyzm i emocjonalne zaangażowanie.

Bardzo mocno podchwyciła tę koncepcję pierwsza fala feminizmu na scenie muzycznej, znana jako ruch Riot Grrrls. Współczesne dziewczyny, które wychodzą na scenę i w połowie piosenki siadają, żeby zagrać gitarową solówkę, bo w tej pozycji łatwiej im się skupić - tak właśnie robi liderka grupy Frankie Cosmos - są bez dwóch zdań duchowymi córkami Kathleen Hanna i innych artystek, wywodzących się z Olympii.



"Najlepsza nowa muzyka"

Redakcja opiniotwórczego magazyn "Pitchfork" nie wahała się opatrzyć najnowszą płytę Frankie Cosmos bardzo wysoką notą, 8,5 punktów na 10 i nadać jej miano "najlepszej nowej muzyki", którym za specjalnie nie szafuje. Autor recenzji, Kevin Lozano, zachwyca się płytą pod wieloma względami, a liderkę zespołu stawia w jednym szeregu z tak cenionymi współczesnymi pisarkami amerykańskimi, jak: Lydia Davis, Wayne Koestenbaum czy Maggie Nelson.

Jeszcze przed premierą albumu artystka zagrała kilka koncertów na festiwalu South By South West w Austin - na żaden nie sposób się było dostać, pod sceną gromadziły się ogromne tłumy. Nie inaczej jest teraz, kiedy artystka wyruszyła na miesięczną trasę po Stanach, promującą nowy materiał. Nowojorskie koncerty były jednymi z najgorętszych wydarzeń miesiąca w tym pełnym wydarzeń mieście - zdobycie biletów na nie graniczyło z cudem. Owszem, nie odbywały się może w największych klubach, ale za to w weekend pełen muzycznych atrakcji, które nie okazały się dla nich żadną konkurencją.



Popularność tego typu propozycji muzycznych wyraźnie pokazuje, że współczesne nastolatki, które nieustannie narażone są na publiczne kpiny ze swojej emocjonalności, tak naprawdę bardzo potrzebują powiedzieć, co tak naprawdę czują, co je boli, czego się boją, nie biorąc tego wszystkiego w żaden nawias i nie udając, że tego nie ma albo, że można to tylko wyśmiać.

Kline staje się, nieoczekiwanie, coraz bardziej rozpoznawalną realizatorką tej potrzeby: bez ogródek mówi o swoich słabościach, dylematach i rozterkach. Tym samym staje się rzeczniczką tych, którzy o takich sprawach mówić się boją albo wstydzą. A że jest ich mnóstwo, nie może więc dziwić rosnąca z miesiąca na miesiąc popularność jej zespołu.



Komentarze (6)
"Szara myszka", która staje się prawdziwą gwiazdą. Krytycy i fani pokochali Frankie Cosmos
Zaloguj się
  • martineres1

    Oceniono 11 razy 7

    Jak ktoś przegapił całe pokolenie kolesi pokroju Adama Greena ,a the libertines to jedynie narkomani ,o tocotronic i innych już nie wspomnę, to wtedy budzi się z ręką w nocniku i pisze bzdury o nowej jakości która od dawna funkcjonuje na świecie.

  • strachus.mortus

    Oceniono 5 razy 3

    Muzycznie te kawałki są całkiem zgrabne, szkoda tylko, że te panie nie potrafią śpiewać.

  • basiulka_1

    Oceniono 4 razy 0

    Słuchanie tej płyty (Next Thing) boli. Album został wydany na etapie pomysłów na prawdopodobnie fajne piosenki. Utwory mają średnio poniżej dwóch minut, są źle zaśpiewane i zagrane według pomysłu na aranżację, który narodził się dwie minuty przed nagraniem. Szczerość i autentyzm wydają się w tym wszystkim raczej próbą stworzenia popytu na wybrakowany towar, którym się dysponuje.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX