Coachella. Guns N' Roses i powrót na tron(ie). W starym i dobrym stylu! [RELACJA]

Zawrotne solówki Slasha, charakterystyczny falset Axla Rose'a, wszystkie przeboje, kilka bonusów na deser i walka o to, żeby pokazać, że to wszystko ma dziś jeszcze sens. Grupa Guns N' Roses wróciła do gry.
- Padaj na kolana - krzyczał ze swego tronu Axl Rose. A fani byli zachwyceni: na pierwszym festiwalowym koncercie odświeżonego po wielu latach zespołu Guns N' Roses dostali wszystko, czego mogli oczekiwać od swoich idoli. Nieco podstarzałych, ale wciąż w miarę trzymających formę. I ostentacyjnie niedzisiejszych.

Powrót na tron(ie)

Choć tegoroczna Coachella, festiwal odbywający się w miejscowości Indio nieopodal Los Angeles, miał oczywiście trzech headlinerów, większość uwagi mediów skupił tylko jeden z nich: grupa Guns N' Roses. W sobotę w nocy jej członkowie zagrali jeden ze swoich pierwszych koncertów od lat - wokalista Axl Rose i gitarzysta Slash spotkali się na scenie pierwszy raz od prawie ćwierć wieku.



Przed występami na dwóch weekendach Coachelli, muzycy zagrali tylko klubowy koncert w Los Angeles i dwa halowe w Las Vegas. Wstępne reakcje fanów i krytyków były więcej niż entuzjastyczne, nawet mimo tego, że Rose występował... na siedząco. Podczas pierwszego koncertu złamał nogę, potem zasiadał na tronie, którego użyczył mu Dave Grohl. Lider grupy Foo Fighters używał go podczas poprzedniej trasy swojej grupy, kiedy sam miał nogę w gipsie. Tron przyjechał też do Indio - lekarze nadal zalecili wokaliście oszczędzanie uszkodzonej kończyny i zabronili biegania po scenie.

Frontman unieruchomiony

Na tle wielu innych koncertów na tegorocznym festiwalu, występ Guns N' Roses był niemal szokująco tradycyjny. Niektórzy wykonawcy prezentowali w Indio rozbudowane widowiska: multimedialne, barwne, atakujące zmysły na wielu poziomach, wykorzystujące najnowsze technologie. Produkcja koncertu Guns N' Roses była natomiast niemal ostentacyjnie niedzisiejsza i analogowa. Tak jakby muzycy chcieli demonstracyjnie pokazać, że w tym wszystkim tak naprawdę liczy się tylko muzyka, a cała reszta - tu jakiś drobny efekt pirotechniczny, tam staroświecka animacja - jest tylko dodatkiem. I że widowisko, w którym muzyka jest na pierwszym miejscu, a cała reszta pojawia się tylko w tle, nadal ma sens i rację bytu.

Zamysł muzyków na pewno trochę pokrzyżował fakt, że wokalista grupy był unieruchomiony i nie mógł biegać po scenie i tańczyć, jak to miał w zwyczaju.

- Wybaczcie, że nie mogę wam pokazać tego, z czego mnie znacie - usprawiedliwiał się. Miotał się więc tylko mocno na swoim tronie i przebierał się częściej niż Morrissey, tak jakby chciał pokazać, co widzowie tracą przez jego kontuzję. Ale kto wie, czy nie wyszło im to na dobre: nie wiadomo czy znacznie starszy i, nie ma co tu kryć, bardziej otyły niż w najlepszych latach grupy, Rose dałby radę robić "to, z czego znają go fani" przez prawie dwie godziny, a na dodatek śpiewać. A tak mógł się skupić na tym ostatnim i radził sobie bardzo sprawnie. Widzowie zachwycali się, kiedy - tak jak choćby w "Welcome To The Jungle" wchodził w swoje ulubione wysokie rejestry i wyciągał najwyższe nawet dźwięki, jak za dawnych lat.

Rose nie mógł nie skorzystać z okazji, żeby ukłonić się swoim przyszłym pracodawcom: w dzień oficjalnego ogłoszenia, że będzie nowym wokalistą grupy AC/DC, zaprosił na scenę jej gitarzystę, Angusa Younga, żeby pościgał się trochę ze Slashem na solówki.



Sentyment i ironia

Bo skoro Rose był unieruchomiony, na pierwszy plan wysunął się właśnie Slash. Wystarczyło na niego spojrzeć, żeby się przekonać, że czas obszedł się z nim znacznie łaskawiej - a może po prostu jego niemal ikoniczna już dziś bujna fryzura i nasunięty głęboko na oczy kapelusz dobrze maskują upływ lat.

Slash chętnie przejął rolę Rose'a - robił sporo, żeby przyciągnąć uwagę widzów i dostarczyć im sporą dawkę atrakcji. Ani przez moment nie stał w miejscu, choć raczej przechadzał się majestatycznie po scenie niż po niej biegał. Zapominał się tylko wtedy, kiedy grał swoje charakterystyczne, momentami dość ekwilibrystyczne solówki.

Zdawał się wtedy odtwarzać cały katalog rockowych schematów: umięśniony, spocony facet, z zamkniętymi oczami i wielkim zapamiętaniem przesuwa palcami po gryfie, przybierając nader niedwuznaczne pozy. Kiedy w pewnym momencie wkroczył na scenę z dwugryfową gitarą zdawał się mieć wypisane na twarzy: "tak, naprawdę to zrobiłem, całkiem na poważnie i bez cienia ironii", choć wydawałoby się to dziś już zupełnie niemożliwe.

I taki był w pewnym sensie cały ten koncert: stroje, gesty, miny, biżuteria i przywiązane na nadgarstkach bandany, to wszystko przekazywało jasny komunikat. Brzmiał on mniej więcej: "tkwimy zawzięcie w latach 90-tych, bo wtedy wszystko było dla nas jasne: faceci grali solówki, dziewczyny się tym zachwycały i wszyscy byli zadowoleni". Owszem, w dzisiejszym składzie Guns N' Roses na klawiszach co prawda gra dziewczyna, ale przedstawiając zespół, Rose przez pomyłkę powiedział o niej "mister" - to znaczące przejęzyczenie wyraźnie sugerowało, że idole sprzed ćwierć wieku trochę nie odnajdują się w dzisiejszym świecie.

Ale nawet jeśli ich muzyka, estetyka, widowisko, które przywieźli do Indio były dziś mocno staroświeckie, nawet jeśli ich występ wypadał dość blado w kontekście rozmachu wielu innych wydarzeń na Coachelli, znalazł sporo odbiorców. Starsi z sentymentu, młodsi pewnie bardziej na zasadzie ironii, bawili się na ponad dwugodzinnym koncercie bardzo dobrze.