Coachella zawsze zaskakuje gośćmi specjalnymi. O których (na razie) jest najgłośniej?

Sanders zapowiadającyh hip hopowców, Snoop Dogg w szlafroku w kościele, Seal śpiewający ?Crazy?. Kalifornijski festiwal Coachella, jak co roku, obfitował w niespodziewanych gości.
W Indio w Kalifornii zakończył się pierwszy weekend festiwalu Coachella. Ta impreza słynie m.in. z tego, że artyści, którzy są w jej oficjalnym programie, zapraszają na scenę podczas swoich występów niezapowiedzianych wcześniej gości. Takich zaskakujących sytuacji było sporo i tym razem. Kilka z nich zdążyło już wejść do muzycznych annałów.

Dziś Coachella, jutro Biały Dom?

Jednym z najważniejszych wydarzeń tego typu, które błyskawicznie obiegło amerykańskie media, nie tylko te, zajmujące się kulturą, ale i polityką, był początek koncertu hiphopowego duetu Run The Jewels. Muzyków zapowiedział sam Bernie Sanders, jeden z kandydatów w zbliżających się wyborach prezydenckich. Co prawda nie pojawił się w Indio osobiście - na drugim końcu kraju był właśnie w ogniu batalii o dobry wynik w prawyborach w stanie Nowy Jork, niezwykle ważnej dla dalszych losów kampanii. Ale nagrał bardzo osobisty i szczery film, wyemitowany na telebimach przed koncertem przy wielkim entuzjazmie publiczności. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, że polityk tak wysokiego szczebla zrobił na festiwalu coś takiego - wystąpienie Sandersa świetnie współbrzmiało zresztą z wizytą urzędującego prezydenta Baracka Obamy na festiwalu South By South West w Austin w Teksasie zaledwie miesiąc wcześniej.



Raperzy z Run The Jewels pomagali Sandersowi na początku jego kampanii, co było szczególnie cenne o tyle, że są oni bardzo szanowani wśród afroamerykańskiej publiczności, a w tej grupie ludności temu politykowi najtrudniej jest pozyskiwać zwolenników. Sanders w ten sposób mógł się odwdzięczyć muzykom.

Kilka godzin później do głosowania właśnie na Sandersa namawiała ze sceny Grimes, wyraźnie pokazując, który z kandydatów w zbliżających się wyborach jest najbardziej lubiany wśród bogatych młodych Amerykanów.

Snoop Dogg zjada Kanye

Innym wydarzeniem, którego wszyscy się spodziewali, miała być reaktywacja słynnego hiphopowego składu N.W.A. podczas koncertu jednego z jego członków, Ice Cube'a. "Reaktywacja" okazała się raczej dęta i naciągana - na scenie stanęło kilku członków, którzy do zespołu dołączyli już w późniejszym okresie działalności, zabrakło za to w Indio jednego z współzałożycieli zespołu, Dr Dre. Za to sam występ Ice Cuba był bez dwóch zdań jednym z najważniejszych wydarzeń weekendu.

Muzyk przygotował niezwykle, multimedialne widowisko, w którym łączyły się elementy koncertu, filmu i performance'u. Zbudował tym samym zupełnie nową jakość, a może wręcz ustanowił zupełnie nowy standard przedstawiania na żywo muzyki, w której granie na scenie na tradycyjnych instrumentach nie jest bynajmniej priorytetem.

Artysta połączył doświadczenia z dwóch gałęzi swojej udanej kariery: muzycznej i aktorskiej. W swoim spektaklu wykorzystał nie tylko piosenki, ale także materiały z filmów: cieszącej się w Stanach wielką popularnością biografii jego zespołu, "Straight Outta Compton" i wchodzącego właśnie do kin kolejnego odcinka popularnego cyklu komediowego "The Barbershop". Fakty mieszały się na scenie z fikcją, archiwalne zdjęcia z fragmentami filmów, a prawdziwi artyści z aktorami, którzy na ekranie odtwarzali ich postacie.

Ale wszystkich i tak przebił gość specjalny koncertu, Snoop Dogg. Pojawił się na moment, zaśpiewał dwie piosenki i zostawił wielotysięczną publiczność z otwartymi ze zdumienia i zachwytu ustami. Na czas jego krótkiego występu scena zamieniła się w odtworzone bardzo pieczołowicie wnętrze kościoła, wszedł na ołtarz w paradnym szlafroku, zjechał na trzykołowym dziecięcym rowerku. Jego styl: połączenie rozbrajającej beztroski i uroczej bezczelności, robił wielkie wrażenie. Trochę tak, jakby mówił: "jestem równie utalentowany, ekstrawagancki i nieobliczalny jak Kanye, tylko nie robię wokół tego takiego cyrku jak on".

A Kanye? Owszem, też był na Coachelli, jakże mogłoby go zabraknąć. I pokazał, że jest dziś już bliski poziomu, który pod koniec życia osiągnął Miles Davis: nie grał, tylko po prostu był na scenie. To samo zrobił Kanye zaproszony na koncert grupy Jack U: wszedł, zamachał publiczności i wyszedł. Innym razem - na występie rapera znanego jako Asap Rocky West nawet próbował zaśpiewać, ale tym razem uniemożliwiły to trudności techniczne: nie zadziałał mikrofon.



Gość w dom

Inni festiwalowi goście specjalni? Owszem, trochę ich było, ale ich lista kompletnie różniła się od przewidywań i domysłów: na scenie nie pojawili się ani Justin Bieber, ani Taylor Swift - choć ta ostatnia była na terenie festiwalu, jej zdjęcia z Indio trafiły na plotkarskie portale.

Niezbyt udany występ rapera znanego jako Asap Rocky rozpoczął się zabawnym filmem, w którym znana aktorka Juliette Lewis parodiowała stewardessę. Gallant, wschodząca gwiazda r'n'b zaprosił na scenę Seala - razem wykonali wielki przebój tego ostatniego, piosenkę "Crazy". Wschodząca gwiazda amerykańskiego popu, Halsey, dokonała dość zaskakującego wyboru - u jej boku pojawił się wokalista zespołu Panic! At The Disco Brandon Urie, żeby zaśpiewać z nią jeden z przebojów tej grupy. Muzycy grupy Run The Jewels zaprosili cały zestaw mocnych nazwisk, ale najbardziej zauroczył wszystkich DJ Shadow, który wszedł na scenę tylko na kilkanaście sekund, ale to wystarczyło mu, żeby udowodnił, że jest niedoścignionym mistrzem turntablismu, czyli "grania" na winylowych płytach.

Do wzruszającego, ale i porywającego wydarzenia doszło podczas koncertu grupy The Arcs, pobocznego projektu Dana Auerbacha z grupy Black Keys. Na scenie stanęły trzy pokolenia znakomitych gitarzystów, obok lidera grupy pojawił się Joe Walsh z zespołu The Eagles i Glenn Schwartz z zespołu James Gang. Kiedy zagrali razem, nie sposób było od nich oderwać oczu.



Więcej o: