Coachella: festiwal porywających multimedialnych widowisk

Na kalifornijskiej imprezie można było zobaczyć kilka bardzo ekscytujących widowisk. Ale wszystkie przebiła Sia swoim znakomitym spektaklem teatru tańca z udziałem czołówki aktorów amerykańskiego kina indie.
W Indio, małej miejscowości nieopodal Los Angeles zakończył się pierwszy weekend festiwalu Coachella, jednej z najważniejszych i najpilniej obserwowanych imprez tego typu na świecie. Kilka wydarzeń z ostatnich dni z całą pewnością zapisze się w historii współczesnej muzyki i, szerzej, popkultury. Oglądało je sto tysięcy osób - według organizatorów właśnie tylu pojawiało się codziennie na terenie festiwalu.

Generacja filmików ze Snapchata

Coachella jest na wielu poziomach bardzo różna od angielskiego Glastonbury - ikonicznego i wzorcowego festiwalu europejskiego: od charakteru muzycznego, przez kwestie estetyczne i higieniczne, aż do pogody. Ale jedno łączy obie te imprezy: wyjątkowość i niepowtarzalność. Wykonawcy, którzy na nich występują bardzo często przygotowują z tej okazji coś specjalnego, czego nie prezentują już potem na innych imprezach tego typu. Jeśli muzycy jakiegoś zespołu maja nietypowy, specjalny, często zupełnie wariacki pomysł ma urozmaicenie swojego występu, prezentują go najczęściej właśnie na jednym z tych dwu festiwali. Na tegorocznej Coachelli takich pomysłów było sporo.

Większość koncertów tegorocznej Coachelli można było podzielić na dwa rodzaje. Ten pierwszy to tradycyjne występy, w których muzyka jest zdecydowanie na pierwszym planie. Drugi - to multimedialne, efektowne widowiska z wielkim rozmachem, w których warstwa muzyczna bywała przysłaniana przez wizualizacje, efekty specjalne, projekcje, lasery czy występy taneczne i performerskie.

Na widowiskowość postawiło wielu festiwalowych wykonawców i wygrywali - to ich występy przyciągały i utrzymywały pod sceną zdecydowanie większą publiczność, to o nich chętniej informowały media, to one "trendowały" w serwisach społecznościowych.

Koncerty, podczas których nie działo się nic specjalnego i dodatkowego cieszyły się zdecydowanie mniejszym zainteresowaniem - bardzo jaskrawym przykładem był, jeden z pierwszych po latach, występ grupy Guns N' Roses. Zapowiadany jako jedno z największych wydarzeń festiwalowych, w porównaniu z wieloma innymi występami, raczej się nim nie okazał. Po kilkunastu minutach, kiedy okazało się, że będzie to tylko kilku stojących na scenie starszych facetów z instrumentami, spod sceny rozpoczął się poważny odwrót publiczności.

Dla generacji wychowanej na kilkusekundowych filmikach na Snapchacie dwie godziny bardzo statycznego widowiska jest absolutnie nie do przyswojenia. Czyżby więc Coachella była pokazem nowego zjawiska, nowego trendu? Czy duże festiwale zaczną być coraz bardziej zdominowane przez efektowne widowiska z efektami specjalnymi, a tradycyjne granie zepchnięte zostanie już tylko do niszy małych klubów, odwiedzanych przez starszą wiekiem publiczność i młodych wielbicieli analogowego retro? Wiele koncertów na kalifornijskim festiwalu i reakcja publiczności na nie, mocno na to wskazują.

Widowiska, które zostaną w pamięci

Wśród tych bardziej spektakularnych występów, kilka zwracało szczególną uwagę. Najpiękniejszy, najbardziej wystylizowany i wysublimowany spektakl przywiozła do Indio Sia. Artystka, znana z niechęci do pokazywania twarzy, stała skromnie z tylu, cała w bieli, z twarzą zasłoniętą znaną z promocyjnych zdjęć peruką. Na scenie odbywał się natomiast znakomity spektakl teatru tańca. Kolejne utwory ilustrowane były nabrzmiałymi emocjami solami, duetami i triami, tańczonymi na żywo, w idealnej synchronizacji z pokazywanymi na ekranach rejestracjami. Te ostatnie były po mistrzowsku zrealizowane i miały imponującą obsadę: występowała w nich czołówka amerykańskiego kina indie, m.in.: Paul Dano, Kristen Wiig oraz znana z teledysków Sii, nastoletnia tancerka Maddie Zeigler.

Zamknięte w czerni i bieli widowisko, nie pozwalało oderwać wzroku od sceny ani na moment. Nie mówiąc już o odejściu spod niej. Sia stworzyła coś naprawdę wyjątkowego, przekraczającego granice sztuk, coś co z powodzeniem mogłoby być pokazywane w teatrze.

Innym spektakularnym momentem weekendu był bez dwóch zdań występ Jack U, duetu producenckiego Skrillexa i Diplo, którzy w przeciwieństwie do operującej subtelnymi uczuciami Sii, poszli w stronę prostej, radosnej zabawy. Kiedy na scenie rozbłysły światła, okazało się, że stoi na niej gigantyczna makieta komputera firmy Apple sprzed ćwierć wieku. Mogło się to kojarzyć ze słynną reklamą tego koncernu z 1984 roku, ale tym razem chodziło tylko o zabawę. Przez kolejną godzinę członkowie zespołu zamienili teren festiwalu w wielki klub taneczny ze znakomitą muzyka, z przezabawnymi animacjami, opartymi na grafice charakterystycznej dla antycznych już dziś modeli Apple'a, z zapierającymi dech efektami specjalnymi. A że nie pojawił się oczekiwany i przepowiadany Justin Bieber? Nikomu to nie przeszkadzało w świetnej zabawie.

Apokalipsa i hipsterzy

Zaskakująco ciekawe okazało się widowisko, które przywiozła do Kaliforni młoda gwiazda ambitnego popu, Halsey, w Stanach ciesząca się niewspółmiernie większą popularnością niż w Europie. Jej występ miał charakter mrocznego, ponurego spektaklu o wyraźnie apokaliptycznym charakterze. Obrazy spalonego przez słońca pustkowia czy ciągnących się po horyzont, zupełnie opustoszałych autostrad, znakomicie pasowały do jej brzmiących w tym kontekście wyjątkowo nastrojowo piosenek. Jej dzieło, na które składały się m.in.: projekcje filmowe, efekty laserowe czy pomysłowa, wielozadaniowa scenografia, było bardzo spójne i poruszające swoim pesymistycznym przekazem. Gdyby szukać do niego odniesienia w popkulturze, najbliższym byłby słynny film "Blade Runner", a to dla młodej wokalistki spora nobilitacja.

Szczególnym przypadkiem okazał się występ grupy M83: jej długo oczekiwana płyta, która ujrzała światło dzienne tuż przed festiwalem, okazała się największym dotychczasowym niewypałem i rozczarowaniem muzycznym roku, ale kalifornijski koncert był olśniewający. Wbijające w ziemię swoją intensywnością i wielobarwnością wizualizacje i światła robiły wielkie wrażenie. Nowatorska i odważna produkcja całkowicie odwracała uwagę od tego, że na poziomie muzycznym ten koncert był tak blady i miałki.

Zespołem, któremu udało się w arcyciekawy sposób przygotować widowisko, które było czymś pośrednim między multimedialnym spektaklem i zwykłym koncertem, dość nieoczekiwanie okazała się formacja Matt And Kim. Skromny duet pary hipsterów z Williasburga w całkowicie zaskakujący sposób przeniósł na największą festiwalową scenę pomysł, który jego członkowie przećwiczyli niezliczona ilość razy w mikroskopijnych nowojorskich piwnicach, gdzie zaczynali swoją karierę. Ich fascynująca energia, entuzjazm i radość świetnie sprawdziły się także przed wielotysięczną publicznością.

Na dodatek muzycy w bardzo oryginalny sposób wykorzystali techniczne możliwości dostępne na festiwalu. Połączyli je z charakterystyczną dla siebie estetyką hipsterską, jeszcze sprzed czasów, kiedy w zdegenerowanej formie trafiła do sieciowych sklepów. Projekcje? Owszem, ale przygotowane w amatorski sposób z filmów z YouTube'a z niską rozdzielczością i dużym ziarnem. Wizualizacje? Tak, ale rejestrowane kamerą GoPro z charakterystyczną dla niej jakością. Ten mariaż estetyki "zrób to sam" z najnowocześniejszą technologią robił znakomite wrażenie.

Pewniaki w formie

Swoje pięć minut miało na festiwalu kilka zespołów, które postawiły niemal wyłącznie na muzykę, ale zdołały zainteresować, a co ważniejsze - przytrzymać dużą część widzów pod sceną do końca swoich występów. To była mocna druga liga festiwalu, prawdziwe pewniaki, które nie zawodzą niemal nigdy i pokazały, że są dziś w dobrej formie. To ważna informacja dla rodzimej publiczności, bo wielu z tych wykonawców w tym sezonie festiwalowym wybiera się do Polski.

Na pierwszym miejscu wymienić trzeba z pewnością zespół LCD Soundsystem, powracający na scenę po kilku latach. Jego członkowie zagrali absolutnie bezbłędny, prawie dwugodzinny koncert. Pokazywał on bardzo wyraziście, jak oryginalny był pomysł jej członków na muzykę i jak świeży pozostaje on do dziś. I nawet jeśli lider grupy, James Murphy, nie jest najlepszym wokalistą świata, z pewnością umiejętnie nadrabia to swoją specyficzną charyzmą.

Anglicy z Foals pokazali, że nawet po wydaniu płyty dużo słabszej od poprzednich, ich koncerty nie straciły ani trochę żywiołowości. A starsze utwory porywają tak samo jak dawniej. The Kills, brytyjsko-amerykański duet, powiększony na koncertach o sekcję rytmiczną i elektronikę, pokazał, że jego tegoroczny powrót na sceny ma szanse bardzo ucieszyć fanów. Gitarzysta grupy, Jamie Hince, który po wypadku, w wyniku którego niemal stracił czucie w dłoni i możliwość gry na swoim instrumencie, jest już w formie. Wokalistka, Alison Mosshart, dzieląca dziś czas między zespoły The Kills i Dead Weather, z formy nigdy nie wyszła.

Ich koncertowi na poziomie muzyki, energii, widowiska trudno było cokolwiek zarzucić. Może poza tym, że o ile kiedyś grupa słynęła z tego, że jej członkowie mocno okazywali sobie na scenie emocje, zarówno te dobre, jak i te najgorsze, dziś ta chemia gdzieś wyparowała i ma się wrażenie, że ogląda się dwoje bardzo rzetelnych rzemieślników, którzy przyszli do pracy.

Pełen energii i przebojów koncert zagrało szkockie trio Chvrches, udowadniając tym samym, że w bardzo krótkim czasie dołączyło do grona festiwalowych pewniaków - zespołów, które niezależnie od tego, na jak dużej scenie nie wystąpią, zawsze dadzą widzom godzinę znakomitej zabawy. Trochę nieoczekiwanie akces do tego grona potwierdziła także Courtney Barnett. Gitarzystka i wokalistka z Australii, słynąca z bluesowo-folkowo-rockowych piosenek i zadziornych, błyskotliwych tekstów, zdawała się raczej skazana na ciasne kluby i małe sceny, ale ostatnio coraz częściej zdarza jej się grywać na większych arenach i sprawiać, że publiczność je jej z ręki. Na Coachelli nie było ani trochę inaczej.

Szafiarki przysłoniły muzykę i politykę

Coachella słynie z tego, że jest najbardziej modnym festiwalem na świecie. I rzeczywiście, nie brakowało takich, którzy przyjechali do Indio lansować się i bywać. Fotografie szafiarek w promowanych przez nie kreacjach cieszyły się w internecie popularnością o niebo przewyższająca zainteresowanie wykonawcami.

Pojawiły się jednak drobne rysy na tym sphotoshopowanym obrazku festiwalu jako miejsca, w którym chodzi tylko o modne kolekcje i celebrytów. W tym roku po raz pierwszy na Coachelli można było zauważyć tak wyraźne elementy polityczne. Taki charakter miały choćby dwie najbardziej spektakularne dzieła sztuki, zamówione - jak co roku - przez organizatorów. Na środku terenu festiwalowego stanęła wielka rzeźba "Katrina Chairs", hołd dla tysięcy mieszkańców ubogich dzielnic Nowego Orleanu, którzy stracili domy w wyniku ataku huraganu.

Jednym z najczęściej fotografowanych festiwalowych obiektów był w tym roku ogromny, wykonany z kwiatów, napis "Besame mucho". Zachętę do całowania ze słynnego przeboju sprzed lat jednoznacznie odczytywano jako protest przeciwko antyuchodźczym nastrojom, pojawiających się w Stanach, choć w niewspółmiernie mniejszym natężeniu niż w Europie. Na każdym kroku widoczna też była tematyka ekologiczna: od sortowania śmieci, przez programy edukacyjne, aż po ustawione w strefie relaksu huśtawki, generujące energię elektryczną.

Ostatnie koncerty kończyły się na pustyni w Indio późną nocą z niedzieli na poniedziałek. Do zobaczenia za rok? Nie, zaraz, przecież to był dopiero pierwszy weekend Coachelli, za tydzień, zgodnie z zamysłem organizatorów, wprowadzonym skutecznie w życie kilka lat temu, wszystko zacznie się od początku i odbędzie jeszcze raz.



Więcej o: