Po "koncercie roku": czy Arcade Fire spełnił wielkie oczekiwania? [RELACJA]

Mieliśmy wobec tego koncertu wielkie oczekiwania i nie zawiedliśmy się - pierwsze spotkanie polskiej publiczności z Arcade Fire dla wielu pozostanie niezapomnianym przeżyciem. Choć chciałoby się jeszcze więcej, również od polskiej publiczności, której mogłoby być na tym koncercie znacznie więcej.
Niespodziankę otrzymaliśmy już na samym początku. Anonsowany jako jeden z "najlepiej koncertujących zespołów na świecie" przyciągnął na swój występ zaledwie garstkę zainteresowanych. Hala na Torwarze świeciła pustkami - płyta nie była wypełniona nawet w połowie, puste krzesełka na trybunach raziły po oczach. Niedogodny termin? Przesyt koncertowy? A może po prostu zbyt drogie bilety? No cóż, pomyłki się zdarzają. Nawet takim profesjonalistom, jak firmie Alter Art, odpowiedzialnej za przygotowanie koncertu.

Zaskoczył nas też sam zespół. Arcade Fire większość występów z tej trasy rozpoczynają od "Ready to Start". W Warszawie na otwarcie zabrzmiał "Month of May", a zaraz po nim "Sprawl II (Mountains Beyond Mountains)". W trakcie tych dwóch utworów, publiczność i zespół podchodzili do siebie z pewną nieśmiałością. Gdy jednak Win Butler skwitował je swojsko brzmiącym: "Dzięki!" i usłyszeliśmy pierwsze dźwięki "Keep the Car Running", temperatura podniosła się natychmiast. Nie był to koniec polskich akcentów - wokalista poprosił na scenę pochodzącą z naszego kraju koleżankę z ekipy, która łamaną polszczyzną przetłumaczyła słowa o tym, jak Arcade Fire bardzo cieszą się, że mogą tu zagrać po raz pierwszy i że Warszawa jest niesamowita. Choć pewnie podobne przyjęcie potrafią im obecnie zgotować fani z różnych rejonów świata, publiczność na Torwarze zasłużyła na słowa pochwały.

A było co oklaskiwać... Wiedza, że członkowie Arcade Fire to multinstrumentaliści, a możliwość zobaczenia na żywo, jak wymieniają się instrumentami - to dwie zupełnie inne rzeczy. Sprawność z jaką przeskakują pomiędzy perkusjami, gitarami i klawiszami jest imponująca. Może i sporo w tym teatralności, ale trudno nie zauważyć, jak wielką frajdę sprawia im granie. Tak było w Warszawie. Gdy Will Butler w szale grania zgubił pałki, zastąpił je rękami. Richarda Reeda Perry'ego przed śpiewaniem nie powstrzymało nawet to, że techniczny właśnie przenosił jego megafon z jednej części sceny w inną. Regine Chassagne w trakcie "Sprawl II" zamieniła się we władczynię światła - na jej znak po słowach "I need the darkness, someone please cut the lights" na Torwarze zapadała na chwilę zupełna ciemność.

Chociażby dlatego nie można zapomnieć o doskonałej oprawie wizualnej koncertu. Każdemu kolejnemu kawałkowi towarzyszyły dopracowane wizualizacje (w tym fragmenty filmu "Scenes from the Suburbs" zrealizowanego przez Spike'a Jonze), gra świateł i dynamicznie zmontowane ujęcia ze sceny.

Ukoronowaniem setu były trzy części "Neighborhood" z debiutanckiego "Funeral" rozdzielone jedynie "We Used to Wait" i płynnie przechodzące w "Rebellion (Lies)". W tych pięciu utworach usłyszeliśmy w Warszawie wszystko, za co Arcade Fire najbardziej kochają fani: odrobinę liryzmu, hałas momentami zamieniający się w rock'n'rollowy jazgot, chóralne śpiewy i melodie, które na długo zostają w głowie.

Mistrzostwem zgodnie z przewidywaniami okazał się kawałek "Wake Up", zamykający koncert. Niewiele osób oparło się odśpiewaniu tego utworu wspólnie z zespołem. Po wybrzmieniu ostatniej nuty pozostał niedosyt. Mamy nadzieję, że ekipa z Kanady wkrótce ponownie umieści Polskę na swojej koncertowej mapie.