Danny Wattin: Nie wyobrażam sobie życia bez ironii. Pozwala mi wbić kij w mrowisko [WYWIAD]

Szwedzki pisarz napisał książkę, która w dużej części dzieje się w Polsce. I udowadnia, że mit polskiego antysemityzmu nie zawsze znajduje potwierdzenie w rzeczywistości. Autor ?Skarbu pana Isakowitza? przyjechał do Polski spotkać się z czytelnikami.
Przemysław Gulda: Twoje wcześniejsze książki opowiadały o rzeczywistościach na rożne sposoby alternatywnych: działy się albo w przyszłości, albo gdzieś obok prawdziwego świata. Najnowsza dotyka bardzo mocno nie tylko świata prawdziwego, ale wręcz twojego świata prywatnego. Skąd ten zwrot?

Danny Wattin: Kiedy pytasz o to tak wprost, od razu mam ochotę skonsultować to ze swoim psychoanalitykiem. A tak poważniej: to była książka, którą musiałem napisać. Wiedziałem o tym od dawna, jeszcze zanim powstały inne moje książki. Te wszystkie rodzinne historie, które tworzą sporą część "Skarb pana Isakowitza", znałem przecież od dziecka i tkwiły we mnie od zawsze, nawet jeśli nie wszyscy chcieli je opowiadać i nawet jeśli jako dziecko nie rozumiałem ich do końca. Ale im byłem starszy, tym więcej rozumiałem i tym bardziej z tych rozsypanych puzzli zaczęła się układać spójna historia o mojej rodzinie.

Jaka to historia?

- Na pewnym poziomie oczywiście bardzo tragiczna: wszyscy moi dziadkowie cudem przeżyli Holocaust, tracąc bardzo wielu swoich bliskich. Udało im się przedostać do Szwecji, która w tym czasie nie była zbyt chętna do przyjmowania żydowskich uciekinierów z Niemiec. Zaczęli tam zupełnie nowe życie, asymilując się bardzo mocno: jak widzisz nie mam pejsów i nie chodzę w kipie. Ale bez żartów: wiedziałem, że muszę to wszystko opisać, ale jednocześnie zupełnie nie wiedziałem, jak się do tego zabrać.

I wtedy pojawił się skarb...

- No właśnie. Wtedy usłyszałem historię o tym, że mój dziadek, który prowadził sklep odzieżowy w miejscowości, która dziś leży w Polsce i nazywa się Kwidzyn, przed ucieczką stamtąd zakopał w ziemi najcenniejsze rodzinne kosztowności. Mówiąc szczerze, nie do końca wierzyłem, że to prawda, a już tym bardziej w to, że kiedykolwiek rzeczywiście uda się znaleźć ten skarb. Ale okazało się to znakomitym pretekstem do tego, żeby przyjechać do Polski i odwiedzić Kwidzyn, miejsce bardzo ważne w historii mojej rodziny.

Zanim wyruszyłeś, zrobiłeś bardzo intensywne przygotowania. Na czym polegały?

- Rzeczywiście. Bardzo szybko uświadomiłem sobie, że rodzinne opowieści, połączone z potoczną wiedzą na temat Holocaustu to jedno, a rzetelne informacje na ten temat, to zupełnie inna sprawa. A wiedziałem, że muszę mieć mocny fundament wiedzy, zanim zabiorę się do pisania książki. Zacząłem więc się douczać: czytałem mnóstwo książek, spotykałem się z ludźmi, którzy zajmują się tą sprawą zawodowo i amatorsko. Zacząłem od ośrodka badań nad Holocaustem na uniwersytecie w Uppsali: tam miałem do dyspozycji mnóstwo literatury, tam dostałem też kontakty do osób, z którymi warto było porozmawiać przed pisaniem takiej książki. Odbyłem więc sporo rozmów, które często prowadziły mnie do kolejnych ważnych i ciekawych osób. Kiedy uznałem, że mam już wystarczającą wiedzę historyczną, zacząłem organizować wycieczkę do Polski - od razu wiedziałem, że z wielu powodów będzie najlepiej, jak pojedziemy we trójkę: mój ojciec, ja i mój najstarszy syn, przedstawiciele trzech pokoleń, z różnymi oczekiwaniami i zupełnie odmiennym postrzeganiem rzeczywistości.

W książce dużo piszesz o lękach twojego ojca, który uosabia niemal idealnie stosunek wielu Żydów do Polski. Jak udało ci się go przekonać do wyjazdu?

- Rzeczywiście: kiedy pierwszy raz wspomniałem o wyjeździe, zamienił się w prawdziwą lawinę oburzenia. Nie przestawał mówić o tym, że nas zabiją, a potem wręcz zjedzą - oczywiście w jakiejś mierze żartował, ale te żarty były podszyte prawdziwym strachem i żalem wobec historii i ludzi. Ojciec cały czas żył wśród opowieści tych, którzy doświadczyli niechęci ze strony Polaków, miał też bardzo mocno w pamięci antysemickie wystąpienia w Polsce z 1968 roku, o których w Szwecji było bardzo głośno. Próbowałem go przekonać, żeby pojechał z nami i sprawdził osobiście, jak to wygląda, a potem chciałem już tylko, żeby po prostu dobrze się czuł, a może nawet trochę zmienił swoje nastawienie i porzucił uprzedzenia. Myślę, że się to w jakiejś części udało: nawet jeśli nie chciał się do tego przyznać wprost, wiele razy dawał do zrozumienia, jak bardzo zaskakuje go polska gościnność, otwartość i chęć pomocy.

Z książki wynika, że szczególnie pomocny był młody pasjonat historii Kwidzyna. Co dla was zrobił?

- Rzeczywiście, do dziś jestem mu bardzo wdzięczny za pomoc. Nie pamiętam nawet dokładnie, jak do niego dotarłem: to był jakiś łańcuszek kolejnych poleceń. Ktoś napisał mi, że jest człowiek, który jest prawdziwą kopalnią wiedzy o dawnym Kwidzyniu. Napisałem do niego kilka maili, ale długo nie odpowiadał, więc porzuciłem nadzieję, że coś z tego w ogóle wyjdzie. Odezwał się dopiero dzień przed naszym wyjazdem, więc znów zacząłem liczyć na to, że nam jakoś pomoże w poszukiwaniach. I rzeczywiście, okazało się, że był po prostu nieoceniony. Wybrał się z nami na spacer po mieście, pokazał, gdzie był sklep dziadka i inne ważne miejsca dla kwidzyńskiej społeczności żydowskiej. Na dodatek po wszystkim zaprosił nas do domu, poczęstował obiadem, a mojego syna faszerował lodami - prowadzi z bratem popularną w Kwidzynie lodziarnię. Wszystko to robił zupełnie bezinteresownie, co było naprawdę godne podziwu, bo poświęcił nam mnóstwo czasu.

Po powrocie z Polski nie miałeś już innego wyjścia, trzeba było usiąść do książki. Jak, po tak długich przygotowaniach, wyglądało samo jej pisanie?

- Było dość szybkie, ale jednocześnie obarczone bardzo dużymi dylematami. Z jednej strony pisało mi się bardzo łatwo - w końcu wycieczka do Polski była gotowym materiałem na książkę, z drugiej - cały czas borykałem się z gigantyczną presją. W końcu pisałem o najbliższej rodzinie, o bardzo ważnych dla mnie ludziach. Za żadne skarby nie chciałem ich zawieść, wiedziałem, że muszę pisać najlepiej, jak tylko potrafię. Kiedy pierwsza wersja była prawie gotowa, udało mi się odkryć jeszcze jedno, bardzo ciekawe źródło materiałów historycznych - w jednym z archiwów odnalazłem spory zestaw dokumentów bezpośrednio związanych z moim dziadkiem. Musiałem więc nieco zmodyfikować gotowy materiał, żeby uwzględnić nowe wiadomości, trochę przeformułować niektóre partie, dopisać kilka dodatkowych stron - zdecydowałem się np. umieścić reprodukcje kilku dokumentów. Kiedy uznałem, że napisałem wszystko, co chciałem napisać, wysłałem książkę do kilku osób, z prośba o lekturę. Zależało mi zwłaszcza na tym, żeby sprawdziły, czy liczne wątki historyczne, którymi odbudowałem relację z podróży, nie są zbyt chaotyczne. Chciałem, żeby te wszystkie historie miały początek i koniec. Aż wreszcie pokazałem gotowy tekst moim bohaterom: członkom rodziny, o których pisałem. Tego momentu bałem się oczywiście najbardziej, nie wiedziałem, jak to przyjmą. Na szczęście dostałem z ich strony bardzo mocne wsparcie. Swoją drogą - okazało się, że to moja pierwsza książka, która spotkała się z tak wielką atencją z ich strony. Poprzednich nie czytali z takim zainteresowaniem. Pojawiły się oczywiście pewne lęki i niepokoje: moja siostra stwierdziła, że skoro teraz wszyscy dowiedzą się, że jesteśmy Żydami, prawicowi fanatycy spalą nam dom. Na szczęście nic takiego się nie stało.

No właśnie, bo historia historią, ale w swojej książce przeprowadzasz też prostą linię między sytuacją niechcianych Żydów w Szwecji w czasie wojny i dzisiejszych uciekinierów, choćby z Syrii. Czy Szwedzi wciąż popełniają te same błędy? Czy głos prawicowych fanatyków jest ważny w dzisiejszym dyskursie na ten temat w twoim kraju?

- Z jednej strony, na poziomie formalnym, sytuacja jest absolutnie nieporównywalna. Dziś Szwecja jest jednym z najbardziej otwartych krajów w Europie jeśli chodzi o przyjmowanie uchodźców z zagrożonych rejonów świata. We wszelkich statystykach opisujących te sprawy, bardzo mocno wyprzedza inne państwa. Z drugiej strony imigrantom w Szwecji nie jest łatwo. I nie chodzi mi nawet o wspomnianych prawicowych fanatyków: oni na szczęście stanowią tylko zupełny, nieunikniony, margines debaty na ten temat. Chodzi mi raczej o coś, co nie ma do końca związku z rasizmem, a raczej jest stałą cechą szwedzkiej obyczajowości: Szwedzi są bardzo zamknięci w sobie, skupieni na małych, spójnych wspólnotach, do których bardzo trudno jest się dostać z zewnątrz. To nie ułatwia życia w Szwecji komuś, kto jest z zewnątrz, to nie ułatwia "zostania Szwedem".

Z książki wynika bardzo jasno, że tym, co bardzo łączy cię z ojcem jest bardzo duża skłonność do ironii. Na ile jest ona dla ciebie ważna w postrzeganiu czy może: oswajaniu świata?

- Rzeczywiście, nie wyobrażam sobie życia bez niej. Nie wiem skąd się u mnie wzięła, bardzo możliwe, że jest dziedziczna i dostałem ją po ojcu. Jedno jest pewne - towarzyszy mi już od wczesnego dzieciństwa. Myślę, że już wtedy byłem bardzo wyczulony na hipokryzję - momenty, kiedy ktoś mówi co innego, niż myśli. Ironia od zawsze pozwala mi obnażać takie sytuacje, wbijać kij w mrowisko, wiercić dziurę w brzuchu. Bardzo tego potrzebuję.

Na koniec nie sposób nie zapytać: co masz do szwedzkich autorów kryminałów, tak popularnych także w Polsce? Kpisz sobie z nich w książce ma każdym kroku...

- Aż tak bardzo to widać? Liczyłem, że uda mi się to zrobić dyskretnie. No cóż, mam wrażenie, że jestem niemal otoczony autorami kryminałów, a raczej: ich wielkim ego. Zawsze śmieszy mnie też fakt, że to właśnie mieszkańcy jednego z najbezpieczniejszych i najspokojniejszych krajów na świecie znajdują tyle rozkoszy w opisywaniu największych bestialstw. Nawet teraz śmieję się sam do siebie, kiedy wyobrażam sobie tę scenę: odwozisz luksusowym samochodem swoje dziecko do najdroższej szkoły, po drodze kupujesz latte w designerskiej kafejce, wracasz do zaprojektowanego przez któregoś z wielkich mistrzów architektury domu, siadasz i piszesz mroczny, przerażający rozdział swojej powieści o bezlitosnym pedofilu. Czy to nie zabawne?

Spotkania Danny'ego Wattina z czytelnikami w Polsce odbędą się:

- we wtorek, 9 czerwca, o godz. 17.30 w muzeum w Kwidzynie;
- w czwartek, 11 czerwca, o godz. 18 w Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku;
- w sobotę, 13 czerwca, o godz. 14 w ramach Big Book Festivalu w Warszawie;
- w niedzielę, 14 czerwca, o godz. 15 w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie.

Wstęp na wszystkie spotkania jest wolny.

Zdjęcie Skarb pana Isakowitza
Skarb pana Isakowitza
w okazje.info


Więcej o: