Powieść drogi - drogi przez miasto i drogi przez mękę [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

Zabawna, choć zarazem smutna, pijacka odyseja - tak można w kilku słowach streścić najnowszą książkę Krzysztofa Vargi ?Masakrę?. Jej główny bohater Stefan Kołtun, wokalista rockowy w średnim wieku, rusza przez rozgrzaną upałem Warszawę w poszukiwaniu znajomych, którzy pożyczą mu pieniądze. W trakcie wyprawy spotyka emblematyczne postaci, jak bogaty Prezes, niedoceniony Poeta,wizjonerski Prorok. Pomiędzy kolejnymi szklankami alkoholu próbuje rozwikłać tajemnicę swojego życia i pojąć sens Polski. Poniżej publikujemy fragmenty książki.
"Masakra" w ebooku jest dostępna na Publio.pl >>

Obudziło go przeciągłe wycie syren alarmowych, straszliwe, głośne i bezlitosne, świdrujące mózg jak dentysta kanał w chorym zębie. Wycie dojmujące i przerażające, które nie chce się skończyć, a pierwsza myśl po jego usłyszeniu brzmi: wybuchła wojna, zaraz wszyscy zginiemy. Wycie wdzierające się pod czaszkę, wycie wykonujące trepanację, lobotomię, wywalające na zewnątrz rozedrganą meduzę mózgu. Czuł, że jego głowa właśnie pękła i wylewa się z niej czerwona galareta, a on usiłuje drżącymi rękoma wepchnąć ją z powrotem pod nieszczęsny czerep niczym śmiertelnie ranny żołnierz, który wpycha w jamę brzuszną wylewające się wnętrzności. Leżał na podłodze we własnym mieszkaniu, to zrozumiał natychmiast, kiedy się ocknął i pojął, że żyje, choć nie wie dlaczego. Całkowicie ubrany, w spodniach, koszulce, majtkach i skarpetkach, spocony, brudny i roztrzęsiony. Obudziły go tym strasznym wojennym wyciem syreny za oknem, ale też i padaczkowe drgawki oraz histeryczny niemal strach. Senne majaki przechodziły w deliryczną rzeczywistość, trząsł się cały na tej brudnej podłodze jak zdychające zwierzę, które nie rozumie przyczyny swojej śmierci. Pierwsza jego myśl brzmiała: Boże, Stefan, co się stało z twoim życiem?

Wokół walały się butelki po winie, mnóstwo butelek, istny butelkowy skarbiec Szeherezady z tysiąca i jednej nocy pijaństwa. Leżały wokół niego na podłodze, stały na biurku, na parapecie, na półkach, wszędzie wokół zielone i brązowe puste szkło z ładnymi bądź banalnymi winietami: chilijskie cabernety, argentyńskie malbeki, afrykańskie carménere'y, australijskie shirazy. Nie ma nic smutniejszego niż widok pustej butelki, mówi Malcolm Lowry, chyba że pusty kieliszek. Stefan nie potrzebował już kieliszków, od wielu dni pił prosto z butelki z zachłannością dziecka obejmującego ustami smoczek, pił długimi łykami i odstawiał butelkę, czasami butelka się przewracała i teraz czerwone plamy cuchnęły kwaśno na podłodze, na tapicerce kanapy, na biurku, cuchnęły jakieś zalane papiery, gazety, niezapłacone rachunki. Winne kałuże parowały cuchnąco, duchota w tej smrodliwej saunie była nie do opisania, Stefan też był nie do opisania, leżał wciąż, drżał cały i bał się wstać, ale wiedział, że natychmiast wstać musi. Miał przed sobą najsmutniejszy, a właściwie najbardziej przerażający widok świata - wielką zwałkę rozpaczliwie pustych butelek, których nie umiał teraz policzyć i wcale liczyć nie chciał. Gdy były jeszcze pełne, kupował je w regularnych regularnością szaleńca odstępach czasu w małych delikatesach na rogu, dwieście ileś, pewnie nie więcej niż trzysta metrów od domu; był wtedy w tym błogosławionym stanie pomiędzy pełną świadomością a kompletną bezprzytomnością, w stanie, który pozwala skrupulatnie złożyć rozsypane słowa w komunikatywną, prostą wypowiedź.

Akurat jemu zawsze sprzedawali, choć przecież jasne było, że jest w stanie ustawowo zabraniającym sprzedawania mu napojów alkoholowych, wszak wkraczał w ową klimatyzowaną kaplicę po raz trzeci czy czwarty tej samej doby, z coraz tłustszymi włosami, coraz gęstszym zarostem, w ubraniu o coraz kwaśniejszym zapachu, ale ponieważ miał pieniądze, ponieważ wiedziano, że jest porządnym klientem, ponieważ był nawet sławnym sąsiadem i miłym człowiekiem, to nawet gdy lekko się chwiał przed kontuarem, wszystkie swoje siły wkładając w to, by wyglądać na niepodważalnie trzeźwego, pan Franek z działu alkoholowego zawsze mu sprzedawał. Po prostu nie było możliwości, żeby mu nie sprzedał, a zawsze też coś od siebie doradził, choć Stefanowi w zasadzie nie robiło różnicy, czym się będzie zezwierzęcał, byle było to wytrawne wino, albowiem Stefan wręcz przepadał za upijaniem się winem. Słuchał zatem namów pana Franka, któremu podawał drżącą dłoń za każdym razem, gdy obojętnie minąwszy działy nabiałowy, mięsny i garmażeryjny, wkraczał w cudowność działu alkoholowego, napinał wszystkie mięśnie, błędnym wzrokiem wodził po półkach, udając, że się zastanawia, choć przecież chodziło mu tylko o to, żeby było czerwone, wytrawne i o niezbyt silnym owocowym posmaku. Żeby nie był to merlot, którego nienawidził, i żeby trzepnęło solidnie, żeby miało minimum dwanaście procent, lepiej jeszcze, żeby miało trzynaście, a najlepiej czternaście.

Darzyli się z panem Frankiem wzajemnym szacunkiem pijaków, którzy razem nigdy nie pili, a byli jedynie pijakami korespondencyjnymi. Alkohol przechodził z rąk pana Franka do rąk Stefana, pan Franek czuł się zaszczycony spoufalaniem się ze Stefanem, Stefan czuł się zaszczycony, że pan Franek zawsze sprzedaje mu alkohol. I że nieustannie jest na posterunku w dziale alkoholowym, gdzie sprzedawano też aspirynę, apap, ibuprom, papierosy i kondomy, a więc wszystko pierwszej potrzeby, zestawy ratunkowe do nabycia codziennie do godziny dwudziestej trzeciej. Były chwile, gdy ten brzuchaty od codziennych wieczornych piw przed telewizorem, łysiejący trzydziestoparolatek o przyjemnie cwaniackim uśmiechu prawdziwego ziomka z dzielnicy, sprzedający lokalnym pątnikom cudowną leczniczą wodę, stawał się osobą, którą Stefan widywał najczęściej, człowiekiem bliższym mu niż rodzina, przyjaciele i koledzy z zespołu. A najcenniejszy w panu Franiu był jego brak zdziwień, zupełna odporność na zaskoczenia, prawdziwy sklepikarski stoicyzm, z jakim obsługiwał klientów, zarówno lokalnych alkoholików, zazwyczaj wiedzących dobrze, czego chcą i nietarasujących kolejki swoimi dylematami, jak i ludzi kupujących okazyjnie, których dało się poznać po tym, że hamletyzowali przed kontuarem stoiska alkoholowego, co chwila zmieniając zdanie, zastanawiając się głośno, czy brać wino półsłodkie czy półwytrawne, whisky czy koniak, wódkę czystą czy smakową, a w końcu i tak kupowali to, co im pan Franek zaordynował. Bo gdy już było widać, że nadwyrężają cierpliwość wydłużającej się kolejki, pan Franek sam podejmował decyzję i zawijał w papier tę butelkę, która wedle jego fachowego rozeznania pasować będzie zarówno do klienta, jak i do okazji, na którą jest kupowana. Genialny ten sprzedawca doskonale bowiem potrafił wyczuć, czy to prezent dla cioci na imieniny, czy łapówka dla lekarza, czy szykują się chrzciny albo złote gody. Umiał określić okazję po stroju i zachowaniu klienta, wybitnie wyczuwał ludzkie potrzeby, był po prostu sprzedawcą idealnym. Mimo młodego wciąż wieku miał nieocenione doświadczenie starego subiekta, prawdziwy talent ekspedienta doskonałego. Był najcenniejszym pracownikiem tego bezcennego sklepu, który zwał się Delikatesy Paprotka, darzonym szacunkiem przez wszystkich klientów; nikt nigdy nie podniósł na niego głosu, nikt nie marudził, każdy po prostu go kochał na swój sposób, tacy ludzie zasługują na rozdziały w powieściach, na wiersze i na piosenki.

Prawdziwi alkoholicy nie mieli takich dylematów jak okazyjni klienci, załatwiali swoje zakupy sprawnie i szybko. Jeśli nawet nie mieli pojęcia, czego w życiu chcą, to wiedzieli, czego chcą tutaj, w tym miejscu, do którego gnał ich instynkt przetrwania, konieczność przyjęcia kroplówki z wódki. Zazwyczaj brali ćwiartki, a nie półlitrówki, i potrafili po te ćwiartki wracać po kilka razy. W dodatku zawsze wcale nie ćwiartki czystej, ale ćwiartki kolorowych wódek, cytrynówek, wiśniówek albo żołądkówek, które wyćwiczonym, płynnym ruchem wsuwali do kieszeni kurtek albo spodni i wychodzili sztywnym krokiem, nie patrząc na nikogo, by wypić je za rogiem, w bramie albo w bocznej uliczce, pod drzewem, w ciszy i spokoju, a ich napięte mięśnie rozluźniały się wtedy przyjemnie. (...)

Utrzymywali się z emerytury, renty, bywało, że również z prac dorywczych - od czasu do czasu jeździli na bazary w okolice ronda Wiatraczna czy placu Szembeka, miewali swoje małe interesy, ale w zasadzie to nie potrzebowali zbytków. Być może czuli tylko, że coraz mniej pasują do tej dzielnicy i że tworzyć w niej poczęli pewien socjologiczny dysonans, choć byli tu najdłużej. Zasiedlili Saską Kępę w czasach, gdy dzisiejsi jej władcy srali jeszcze w tetrowe pieluchy i rzygali nie alkoholem, ale przecieranymi zupkami z marchewki. Stefan widywał ich często, mijał z obojętnym szacunkiem, ślizgali się wzrokiem po sobie nawzajem, badając się niezobowiązująco. Z czasem, już sporo po sprowadzeniu się tu Stefana, jeden z nich się z nim spoufalił, czasami go zaczepiał, miał na imię Tadek i nosił siwe wąsy w stylu marszałka Piłsudskiego, spod których łyskał szczery uśmiech z wyraźnymi brakami w klawiaturze zębów, był trochę zgarbiony i chodził zawsze w tej samej ortalionowej kurtce koloru błota. "Sąsiad, poratuj, bo zemrę, dwa złote tylko" - mówił proszalnie, gdy miał problem, i Stefan sięgał po żółtą monetę, bo wiedział, że sprawa rzeczywiście jest życia i śmierci. Za dwa złote można było kupić najtańsze mocne piwo w puszce, chemicznie wzmocnione, wystarczało akurat, by odegnać nadciągającą deliryczną trzęsiawkę, takimi siedmioprocentowymi piwami można się było uratować bardzo ekonomicznie. Tylko Tadek chciał datków na tacę, żaden inny z tych wymiętych mężczyzn nie zniżył się do żebrania, ponieważ mieli oni swoją nałogową godność i widocznie również jakieś stałe źródło dochodów. Tadek musiał kiedyś być ministrantem, myślał Stefan, dając mu dwa złote, choć ten rzeczywiście pobierał myto za przejście obok siebie tylko w wyjątkowych okolicznościach, gdy naprawdę potrzebował. "Jak przyjdzie renta, to zapraszam do Fregaty" - powiedział parę razy, robiąc oko, ale nigdy go nie zaprosił na ulicę Międzynarodową do tej postsocjalistycznej pijalni alkoholi, a i Stefan nie nalegał wcale, bo się tam nie wybierał, z Tadkiem czy bez. Nie marzył o tym lokalu, bynajmniej, wszelka peerelowska nostalgia była Stefanowi zdecydowanie obca, był zwolennikiem kapitalizmu z ludzką twarzą, a nie socjalizmu z twarzą zezwierzęconą.

Z czasem Tadek się wyraźnie rozbestwił i podniósł stawki. "Sąsiad, pięć złotych poratuj, bo nie mogę". Zaczął mlaskać nerwowo, wciąż przymilnie się uśmiechając spod pożółkłych od nikotyny wąsów, ale już w ogóle przestał wspominać o barze Fregata. Stefanowi przypomniała się za to słynna wakacyjna piosenka z dawnych lat z frazą: "zabierałem cię co dzień na fregatę, byś miłością swoją upajała mnie", ale postanowił być asertywny i nie dawać pięciu złotych. Daj palec, to odgryzą rękę, mówił sobie, bo zapamiętał to powiedzenie z domu rodzinnego i nie chodziło o pieniądze, ale o zasady. Dam Tadkowi pięć złotych, to za tydzień zażąda dziesięciu, a za dwa tygodnie każe mi samemu chodzić do sklepu po piwo dla niego, oburzał się Stefan. Już raz tak było - skacowany Tadek wysiadujący na ławce na przystanku autobusowym powiedział do niego: "Sąsiad, kup mi jedno królewskie, ale w butelce". Nie czekał na żaden autobus, nigdzie się nie wybierał, po prostu siedział i patrzył, jak ludzie wsiadają i wysiadają, jak podjeżdża 117, a potem 138. Tak mu mijał czas; miernie, biernie, ale wiernie tam siedział. Zagadał tak do Stefana, który akurat szedł Francuską, cóż za bezczelność, jaki brak szacunku, w dodatku w butelce, żeby po wypiciu mógł oddać i dostać pięćdziesiąt groszy kaucji, trzeba uciąć tę roszczeniowość, uznał Stefan. Tadek jest jak związki zawodowe, które ciągle chcą więcej i więcej aż do udławienia i ciągle im mało, już trzynasta pensja w roku nie wystarcza, żądają czternastej, a gdyby dostali czternastą, nie obeszłoby się bez wołania o piętnastą, można powiedzieć, że Tadek jest przewodniczącym lokalnego związku zawodowego meneli, myślał Stefan. Dawał zatem Tadkowi zawsze dwa złote, nie więcej, ale w ciągu tych lat, które tu już spędził, tych lat dziwnej zażyłości z Tadkiem i jednostronnego przepływu gotówki, musiał mu przekazać na piwo i gorzałę ze dwieście złotych jak nic. W zamian dostawał coraz mniej szacunku, ponieważ menel traci do ciebie szacunek, gdy okazuje się, że ty tracisz godność, dając mu ciągle drobne, w imię czego właściwie, w imię źle pojętej solidarności społecznej, myślał Stefan. A Tadek zapewne sam prorokował, że Stefan niezadługo wyląduje z nim na rogu ulicy albo w bramie blisko skrzyżowania Zwycięzców z Francuską, że razem będą siedzieć na przystanku, gapiąc się bezmyślnie na podjeżdżające i odjeżdżające autobusy linii 117 i 138, a może nawet będzie Stefan chodził z nim na działki przy Międzynarodowej kraść warzywa, owoce i kwiaty na sprzedaż. Bo wiadome było, że kiedy przychodziła oszałamiająca wiosna, pachnąca narkotycznie słynna wiosna na Saskiej Kępie, wiosna poetycka, piosenkowa, wiosna iście literacka, to przedstawiciele lokalnego związku zawodowego meneli zaczynali się włamywać na działki, fanty tam zdobyte upłynniali zaś okazyjnie na bazarkach na Grochowie, wyrabiając sobie dodatek do renty.

Wiosny na Saskiej Kępie były zupełnie inne niż wszystkie wiosny, były to wiosny specjalnego rodzaju, lepsze od wiosen w pozostałych dzielnicach miasta, nie na darmo powstawały o nich przeboje radiowe. Wzmagała się w Stefanie wówczas niebezpieczna witalność, odbijała Stefanowi podówczas regularna szajba. Dziwna rzecz następowała: o ile czarną jesień, depresyjne listopady i grudnie, szare, błotne stycznie, roztopione lute przeżywał bez głębszych tąpnięć emocjonalnych, to wiosna groziła śmiercią ze szczęścia. Gdy zazieleniały się wszystkie badyle, z piwnic zaczynały wyłazić senne koty, by grzać karki w słabym jeszcze słońcu, gdy zmartwychwstawało piękno dojrzewających dziewcząt, gdy rozkwitały pąki białych róż, dojrzewały soczyste owoce piersi uwolnionych ze staników, nabrzmiewały jędrne pośladki obleczone w zwiewne sukienki, ujawniały się światu blade smukłe nogi, uwięzione jesienią i zimą w spodniach i grubych rajstopach, rozpuszczały się gęste kaskady włosów, jakby też chciały kwitnąć wraz z drzewami i krzewami, zapełniał się gwarnie park Skaryszewski, odżywały ogródki kawiarni i restauracji przy Francuskiej, gdy wszystko zaczynało znów, po długiej hibernacji, wyglądać jak z obrazów Moneta - wtedy Stefanowi odwalało zupełnie. Miast zbierać pachnące gałęzie bzu, urządzać sobie długie spacery po parku lub nad rzeką, inhalować się przejrzystym powietrzem, ćwiczyć we flirtach z wiosennymi dziewczętami, wariował. Wpadał w melancholię graniczącą z depresją, dręczył go niezrozumiały smutek; gdy wszystko wokół budziło się do życia, w Stefanie wszystko powoli obumierało. Owszem: wychodził na spacery z dziećmi, wypuszczał się z nieślubną żoną na kolacje do okolicznych restauracji, we włoskiej jedli pizzę i sałaty i popijając prosecco, w hinduskiej kurczaka w ostrym sosie popijali mango lassi, przesiadywali też czasami w hiszpańskim tapas barze, sącząc lekko musujące różowe wino. Owszem: wdychał, oczywiście, powietrze pachnące niczym najlepszy odświeżacz do toalety, lubił włóczyć się po Zakopiańskiej i Poselskiej, w ciszy tych ulic szukał ukojenia, a jednak coś wciąż nie dawało mu spokoju. Uśpiony przez zimę potwór w jego trzewiach budził się do życia i zaczynał, zgłodniały, wyjadać go od środka, w mózgu zachodziły niezrozumiałe procesy chemiczne, zupełnie absurdalnie wstępował w niego strach przed śmiercią, którego nie doświadczał przecież w najbardziej ponurych miesiącach roku, nawet w apogeum świątecznego obłędu. Nie miewał takiej depresji nawet wówczas, gdy zewsząd dobywały się dźwięki kolęd, których nienawidził serdecznie i szczerze, nawet w sylwestra nie czuł się taki stary, samotny i wypalony jak w dniach przesilenia wiosennego. A gdy Stefan zaczynał czuć wypalenie, gdy wewnętrzny ogień spopielał jego talent i pomysłowość, gdy z noszonej wewnątrz iskry bożej wielkości płomyka w piecyku gazowym powstawał wielki płomień autodestrukcji - rzucał się w odmęty rozpaczliwego pijaństwa.

Zaczynał po miesiącach prawie pełnej abstynencji, gdy bardziej pociągała go herbata z sokiem malinowym, kawa z mlekiem i ciastkiem, może ewentualnie jakiś grzaniec, który szybko go usypiał, nie niosąc za sobą żadnych konsekwencji. Po zimie zaś zaczynał wychłeptywać te wszystkie smukłe butelki z etykietkami: malbec, cabernet, shiraz, pinot noir, jedną za drugą, dzień po dniu, w rozkwit wiosny wchodził więc rozkołysanym krokiem pijanego mężczyzny w średnim wieku. Mężczyzny, który niesie brzemię świadomości, że być może wszystko, co najlepsze stworzył i ma już za sobą, że nigdy już nie doskoczy sam do siebie, niósł na plecach tego Stefana sprzed lat, którego piosenki budziły w słuchaczach i nabywcach płyt jakieś tęsknoty, emocje, refleksje. Teraz czuł, że stracił umiejętność opisywania świata; świata, który stał mu się nie tylko wrogim, ale przede wszystkim niezrozumiałym i obcym.

Jestem ścierwem, pomyślał, dygocząc, Stefan, ścierwem, które wciąż nie wiadomo dlaczego żyje, ścierwem żyjącym, lecz rozkładającym się za życia. Przeturlał się na bok, bo wciąż leżał na plecach z rozrzuconymi rękoma i nogami, jak zastrzelony żołnierz albo znokautowany bokser. To dobrze, że nie udławiłem się swoimi rzygami, to była jego druga myśl, gdy dyszał po zwierzęcemu, heroicznie usiłując pogłębić płytki oddech. Dziś udławienie się swoimi rzygami jest nieważne, kiedyś zarzyganie się na śmierć było biletem do nieśmiertelności, pomyślał, nie wiadomo czemu, tylu wybitnych ludzi udławiło się własnymi wymiocinami, dodał w myślach, zwijając się w embrionalny kłębek i czując, że zaraz wybuchnie płaczem.

Syreny wyły opętańczo, straszliwy, dojmujący upał wlewał się przez okna jak obły potwór, mieszkanie zamieniło się już dawno w suchą saunę, lato końca świata było w swoim ohydnym apogeum. Nie ma smutniejszej pory roku niż lato, ponieważ lato, im piękniejsze i pozornie radośniejsze, tym bardziej ponury zwiastuje koniec. Letnia pustka miasta wahająca się między szlachetną melancholią a ciężką depresją zawsze Stefana wpędzała w ponure dywagacje o przemijaniu. Puste ulice, domy porzucone przez mieszkańców, którzy uciekli na wakacje, urlopy, letniska, wczasy, parzący wiatr lekko masujący liście drzew w tej wyjątkowo zielonej dzielnicy, złoto lśniące tory tramwajowe, po których akurat nic nie jedzie, bo wakacyjny rozkład jazdy nie obfituje w kursy, autobusy z pojedynczymi pasażerami mozolnie sunące ulicą, rachityczny ruch samochodów, to wszystko było dla Stefana jakimś symbolem jałowości jego życia. Nigdy nie było mu tak smutno jak w lecie, nigdy tak często jak w lipcu i sierpniu nie myślał o swoim koślawo biegnącym życiu, choć przecież tak wielu mężczyzn chciałoby mieć równie pięknie zmarnowane życie jak on: własne, i to spore, mieszkanie, piękną nieślubną żonę i urocze dzieci, a na dodatek całkiem długie hasło w Wikipedii z zaskakująco korzystnym zdjęciem. A jednak właśnie latem do Stefana docierał zawsze list polecony nadany przez diabelską pocztę: że niczego wielkiego już nie dokona, że wszystko, co warte uniesień, już minęło, że coraz bardziej będzie żył wspomnieniami niż planami na przyszłość, ponieważ przyszłość zaczynała dla niego znaczyć wyłącznie myślenie o przeszłości.

Ciało Stefana było czerwone i gorące, rozgrzane jak w strasznej tropikalnej gorączce, skóra parzyła, ogień kotłujący się we wnętrznościach i w klatce piersiowej chciał znaleźć drogę na zewnątrz, drgawki trzymały we wstrętnym uścisku i szarpały Stefanem bez litości, jakby ktoś niebywale silny złapał go za ramiona i histerycznie nim potrząsał. Czemu człowiek nie umie opanować drgawek, zdziwił się, wtulając twarz w cuchnącą podłogę, dlaczego nie mogę przestać się trząść samą siłą woli, myślał, choć przecież wiedział, dlaczego się trzęsie, i wiedział też, że jest na to tylko jedno lekarstwo. I jeśli tego lekarstwa nie zażyje, to trząść się będzie jeszcze trzy dni i trzy noce, zanim nadejdzie ponowne narodzenie, albowiem wychodzenie z ciągu bliskie jest ewangelicznemu zmartwychwstaniu.

W środku miał Obcego, który bardzo chciał wyjść z jego ciała, rozerwać je na strzępy, zrobić z niego krwawe ochłapy. Wyhodował we własnych wnętrznościach ogromnego pasożyta, który go sukcesywnie wyjadał i wciąż chciał więcej. Miał w sobie drugą, inną formę życia, żywiącą się wyłącznie alkoholem, a ta forma, gdy zgłodniała, szarpała mu wnętrzności, gryzła i rozpychała się, a spokój odzyskiwała dopiero wtedy, gdy została napojona. A gdy było jej sucho, usiłowała wyskoczyć z jego ciała, dlatego to ciało tak się trzęsło, tak się rzucało w panice. Stefan miał wrażenie, że Obcy wyskoczy mu z rozpłatanego brzucha albo z rozerwanej klatki piersiowej, razem ze zrozpaczonym, poharatanym sercem, które waliło coraz szybciej i głośniej, Obcy zaś wył w środku niczym te syreny alarmowe za oknem. Stefan był w ciąży z diabłem, miał w sobie diabelski pomiot, cuchnący, kudłaty, wredny, jeśli chciał przeżyć, musiał urodzić potwora, niczym w jakimś ohydnym filmie. Stefan czuł, że jest cały jedną wielką obrzydliwością, zaprzeczeniem człowieczeństwa, kimś zupełnie innym niż Stefan, jakiego znały jego dzieci, sąsiedzi, znajomi, którym się kłaniał, idąc Francuską albo Zwycięzców. Kimś zupełnie innym niż ten Stefan, który stawał przed swoimi wielbicielami, który dla nich występował i dawał się nawet kochać niektórym wielbicielkom i lubić ich chłopakom, ponieważ bywał sympatyczny, bywał człowieczy. Ale teraz całe jego człowieczeństwo poszło w diabły, a może raczej diabły wzięły sobie jego człowieczeństwo w posiadanie i je zgwałciły, splugawiły, zamieniły godnego człowieka w trzęsące się ze strachu zwierzę, a jedyną refleksją tego zwierzęcia było to, że zaraz zdechnie, i to zdechnie bez żadnej nadziei, w strachu, bez obietnicy zbawienia, po jego podłej, niegodnej, wstrętnej i wstydliwej śmierci, zaś świat o nim szybko zapomni. Już następnego dnia świat nie będzie o nim pamiętał, bo świat nie ma czasu pamiętać, świat pędzi do przodu i wszystko w tym pędzie zapomina. I nawet jeśli zostaną po nim płyty, to już i tak nikt nie będzie ich słuchał, jeśli zostaną piosenki - i tak nikt już nie będzie ich śpiewał, już żadni chłopcy nie będą słowami Stefana uwodzić żadnych dziewcząt, brzdąkając na gitarach akustycznych. Jeśli nawet zostanie po nim hasło w Wikipedii, to i tak nikt do niego już nie zajrzy. Dyżurny administrator dopisze datę zgonu i tyle, koniec.

Książka "Masakra" dostępna na Publio.pl >>

Zdjęcie Masakra
Masakra
w okazje.info