Wśród artystek jest legendą. Zgadniecie, o kogo chodzi? Tylko fragmenty książki... [KONKURS]

Skandalistka. Mocny charakter. Tak mówią o niej fani na całym świecie. Już za życia stała się legendą, ale jaka była naprawdę? Poniżej publikujemy fragment jej zbeletryzowanej biografii, która wkrótce będzie miała swoją premierę w Polsce. Odgadnijcie, o jaką artystkę i jaką książkę chodzi. Dziesiątą, dwudziestą i trzydziestą osobę, które prześlą prawidłową odpowiedź na konkurs@publio.pl, nagrodzimy papierowymi egzemplarzami książki.
Demonstrowanie, że jest taką samą, a nawet lepszą Meksykanką niż my wszyscy, przybrało u niej kształt obsesji. Wie pan, że urodziła się w 1907 roku, dokładniej mówiąc, 6 lipca 1907, ale zawsze podawała jako datę urodzin rok 1910, w którym wybuchła rewolucja meksykańska. Chciała być prawdziwą córą nowego Meksyku.

Niekiedy przymykała oczy i oznajmiała w uniesieniu:

- Jestem Meksykanką, jak ten orzeł, który szybując w powietrzu na rozpostartych skrzydłach ze śniegu i popiołu, szarpie mocarnym dziobem stratosferę!

- I sra na moje freski! - dodawał on, po czym śmialiśmy się bez końca.

A te jej długie, indiańskie suknie! Ludzie mówili, że chciała w ten sposób ukryć kulawą nogę i zatuszować kalectwo, ale to jedynie część prawdy. Przede wszystkim pragnęła podkreślić swoją mexicanidad, meksykańskość, solidarność z prostym ludem Meksyku, aczkolwiek w naszych żyłach płynęło tyle indiańskiej krwi, co kot napłakał. Chociaż nie - ojciec naszej Mami był Indianinem z Morelos. Ale ona namiętnie utożsamiała się ze sprawą rewolucji, tym bardziej że on zajmował w ruchu ważną pozycję. Poza tym lubiła wyróżniać się w tłumie.

***

Wróciwszy do zdrowia, wściekle zabrała się do malowania. Jestem pewna, że sprawiało jej to nie lada trudność, gdyż nie była osobą zorganizowaną. Zaczynała jakieś przedsięwzięcie, ale wystarczyło powiedzieć: "Chodźmy na zakupy" albo: "Zagrajmy w karty", albo: "Odwiedźmy dziewczynki Solizów na naszej ulicy", a całkiem zapominała o pracy. Ale tym razem narzuciła sobie harmonogram. Malowała cały ranek, po czym zanosiła Diegowi obiad do Instytutu, bo oczywiście domagał się enchiladas i mole, a nie potraw z trocin i wyschniętej farby. Gotowała mu posiłki w przeddzień wieczorem, jak dobra, poczciwa żona. Jadła obiad razem z nim, on zaś zmiatał tortille swoim gadzim językiem i przez cały czas ją łajał. Ogarniał go coraz podlejszy nastrój i krytykował wszystko - oczywiście, nie jej malarstwo ani stroje, ale inne rzeczy. Po co znowu zaszła w ciążę? Czemu bez przerwy biega po lekarzach? Kiedy wreszcie przestanie narzekać na palec u nogi?

[...] Oto jej kolejny list:

Detroit, 8 lipca 1932

Uwielbiana siostrzyczko,

Nawet nie wiesz, jak ja tu cierpię. Diego całymi dniami pracuje i nie poświęca mi ani chwili. Nadal jest wściekły, że znów zaszłam w ciążę, i karze mnie, nie wracając na noc do domu. Nie tylko sypia ze wszystkimi ładnymi modelkami i studentkami w Instytucie, lecz obnosi się ze swoimi romansami, wystawiając mnie na pośmiewisko całego Detroit. Och, Cristi, po co ja jeszcze żyję? Rozpaczliwie pragnę dziecka, lecz na każdą wzmiankę o tym Diego wpada w szał i zaczyna rzucać przedmiotami. Wczoraj omal nie trafił mnie w głowę mosiężnym lichtarzem. Kiedy przekracza próg, to jakby w mieszkaniu rozpętała się burza. Czasem myślę, że byłoby lepiej, gdyby spędzał noce w ramionach tych blond idiotek. Maluję, aby zapomnieć, ale dręczy mnie ogromny ból.


***

Ustawiono w jej pokoju sztalugi i przytwierdzono je do łóżka, żeby mogła malować, leżąc. Ludzie przychodzili na nią popatrzeć. Diego przyprowadził Indianina Huichol w barwnym kostiumie, żeby dla niej pozował - przystojnego młodzieńca o pięknych rysach, długich włosach, miedzianej skórze i równych białych zębach. Ach, jakiż widok stanowił w swym szerokoskrzydłym kapeluszu z dzwonkami, haftowanej chuście, krótkiej czerwonej pelerynce i sukiennym pasie wspaniałej roboty! Miał mnóstwo bransolet i wymyślną, tkaną torbę na ramię. Była w siódmym niebie - ona w pierścieniu na każdym palcu, malowanym gorsecie, wiszących kolczykach, on obwieszony ozdobami. We dwoje stanowili feerię barw i wzorów.

[...] Lubiła przyjmować gości. Ja oczywiście wciąż u niej siedziałam - ja, Maty i Diego - ale nie ograniczała się wyłącznie do rodziny. Gromadzili się przy niej lekarze i pielęgniarki, a goście nie mieścili się w pokoju: Mar~a Félix - która, rzecz jasna, została jej przyjaciółką - Lupe Mar~n, Isolda i Antonio, Fanny i pozostali Fridos, oraz starzy znajomi z Prepy, na przykład Adelina Zendejas, przychodząca niemal codziennie. Byli wśród nich politycy i poeci, aktorzy i dzieci z sąsiedztwa, nawet La Reyna wpadła raz czy drugi. Diego zdobył skądś projektor i pokazywał filmy z Flipem i Flapem, czasem też tańczył, a Adelina przygrywała mu na tamburynie.

Promieniała radością i nadzieją - dopóki miała widownię.

Perspektywa samotności przerażała ją, bez przerwy musiała być otoczona ludźmi, w centrum uwagi. Od tego zależało jej zdrowie, a zatem polerowałam jej paznokcie, czesałam ją, wplatałam we włosy jedwabne kokardy i kwiaty. Wyglądała pięknie, muszę to przyznać - pięknie mimo choroby, która drążyła jej ciało, zżerała ją żywcem. Kiedy zaś tłum przyjaciół się pojawiał, zaczynało się nieustające przyjęcie, istna alegr~a, z jedną różnicą - ona umierała. Wszyscy o tym wiedzieli, lecz pozwalali się pocieszać i zwodzić jej sztucznie dobremu nastrojowi.

Jednak kiedy została wypisana z Hospital Inglés i odesłana do domu, z wdzięcznością rzuciła się w wir życia. Bawiła się do utraty tchu pomimo wózka inwalidzkiego, pomimo ugniatającego ciało gorsetu. Z uśmiechem na twarzy i papierosem w ustach podążała z przyjęcia na przyjęcie i otaczała się gwiazdami, takimi jak Josephine Baker, Concha Michel, Mar~a Félix. [...] obcowałyśmy z wielkimi poetami, jak Carlos Pellicer, malarzami, jak doktor Atl, fotografkami, jak Lola Alvarez Bravo. No i z mnóstwem gwiazd filmowych - potrzebowała gwiazd, bo chciała świecić najjaśniej.

***

Obraz ukazuje dwa jej wizerunki. Jedna trzyma za rękę drugą, gdyż ona może trzymać za rękę tylko samą siebie. Czy to, co mówię, ma sens? W owych czasach ona i Diego oddalili się od siebie, chociaż Diego cały czas wspierał jej próby malarskie. "To najlepsza żyjąca portrecistka" - mawiał, a potem traktował ją jak śmieć. Całymi dniami się do niej nie odzywał albo szedł do niej i zamykał się w łazience. Robiła mu cudowne obiady, których nie chciał jeść - sałatę nopales, pieczeń wieprzową, guacamole z chipotles, a na deser te malutkie ciasteczka maślane, które zwiemy lenguas de gato, same ulubione potrawy Diega. On jednak wolał siedzieć na sedesie.

Na obrazie obie kobiety siedzą sztywno, jakby połknęły kij, ale ich nieruchome twarze to maski, pod którymi kryje się wielki ból. Widzi pan, w taki sposób chciała się przedstawić - jako osobę silną, rozwijającą się, dającą sobie radę w życiu pomimo wszystkich przeciwności. Niezłomna! Ale widać, że cierpi, albowiem jest rozdarta na dwoje. Jedna ma na sobie strój z Tehuany, zdobiony koronkową falbanką. To Meksykanka, prawdziwe ja mojej siostry, i na tym wizerunku jej serce pozostaje nietknięte. "Tu jestem taka, jaką Diego kochał" - powiadała. Druga, ta z rozciętym sercem, ma na sobie staromodną suknię, być może ślubną. "Tu jestem taka, jaką Diego porzucił".

[...]

Jej kariera nabrała impetu. Wydawało się wręcz, że po romansie z Trockim musi malować, żeby zatracić się w pracy. Diego, który traktował ją obrzydliwie, mimo to organizował jej wystawy. Nigdy nie chciała wystawiać swoich prac, przynajmniej tak twierdziła, ale on zawarł umowy z kilkoma galeriami i zanim się obejrzała, otwierała już wystawę w gnojówce, zwanej przez nas Mexico City. Pod tym względem miała szczęście - miała Diega. Miała Diega nawet po tym, jak zdradziła go z Trockim. Co musi zrobić kobieta, żeby mężczyzna był jej aż tak oddany?

Straszliwie cierpiała z powodu stopy. "Diabelskie kopyto" - nazywała ją.

- Diabeł znów bierze mnie na tortury - mawiała.

Wiesz, jakiej postaci dotyczą powyższe fragmenty? Domyślasz się, o jaką książkę chodzi? Napisz w dniach 30 czerwca - 1 lipca na konkurs@publio.pl (z dopiskiem konkurs kultura.gazeta.pl) i wygraj egzemplarz książki. Nagrody trafią do dziesiątej, dwudziestej i trzydziestej osoby, które do 23:59 w środę prześlą prawidłowe odpowiedzi. Ogłoszenie wyników 2 lipca na Facebooku Publio.pl.

Aktualizacja: Nagrody trafiają do Joanny Kotkowskiej, Magdy Chwalisz i Magdaleny Wołodko. Gratulujemy.

"Frida" w wersji elektronicznej jest dostępna w promocji w Publio.pl >>

"Frida"
autor: Bárbara Mujica
tłumacz: Barbara Kopeć-Umiastowska
Wydawnictwo Marginesy