To relacja z największej bitwy Polaków od czasu II wojny światowej. Zgadniecie, o jaką książkę chodzi? Tylko fragmenty [KONKURS]

Najpierw błędy popełnili politycy, potem generałowie. W efekcie zwykli żołnierze znaleźli się w bagnie. By ocalić życie, musieli wznieść się na wyżyny bohaterstwa. Książka, której fragmenty publikujemy poniżej, jest relacją uczestników tamtych zdarzeń. Odgadnijcie jej tytuł - dziesiątą, dwudziestą i trzydziestą osobę, które prześlą prawidłową odpowiedź na konkurs@publio.pl, nagrodzimy jej elektronicznymi egzemplarzami.
Dwa dni przed świętem Aszury polscy żołnierze łapią na bazarze młodego, chudego mężczyznę, który idzie za ich patrolem z plastikowym radiomagnetofonem - jamnikiem. Jeden z Polaków zauważa, że radio nie gra. To go zaciekawia. Kiedy podchodzą i pytają młodzieńca, czemu za nimi łazi, ten najpierw udaje, że nie rozumie po angielsku, a potem ucieka. Z magnetofonem pod pachą przepycha się przez rzędy kupujących i pielgrzymów, roztrąca przechodniów na ulicy - i wpada prosto na drugi polski patrol, który kontroluje ten sam bazar, lecz od przeciwnej strony. Uciekinier jest w potrzasku, ale jeszcze się nie poddaje. Robi dwa kolejne zwroty, próbuje przeskoczyć przez jakąś skrzynię z towarem, wywraca metalowe naczynia i pada jak długi w piaszczyste zagłębienie do połowy wypełnione śmieciami. Żołnierze już go otaczają.

Jeden podnosi z kurzu magnetofon, włącza go i teraz wszyscy słyszą - wśród szumów i trzasków - swoje własne rozmowy po polsku.

Młody Irakijczyk cały czas ich nagrywał.

- Why are you doing this?! - jeden z Polaków puka kciukiem w jamnika.

Czarnowłosy chudzielec oparty na łokciach i przerażony tylko kręci przecząco głową. Ma rozcięty policzek i brudną szyję.

- Przywieźli mi go do bazy - wspominać będzie po latach Sebastian, porucznik Wojskowych Służb Informacyjnych, a potem Służby Kontrwywiadu Wojskowego, nazwijmy go: Kowalski. Jasnowłosy oficer o dużych dłoniach porusza się i mówi szybko. Zna angielski, rosyjski, niemiecki, arabski. W 2004 r. wyjechał do Iraku już po raz kolejny.

- Przesłuchiwałem tego łebka razem z Amerykaninem z CIA. W obecności irackiego tłumacza, bo po co miałbym się zdradzać ze znajomością języka. Chłopak siedział na taborecie przestraszony, zacięty i wrogi. Najpierw chciał sprawić wrażenie, że nie słyszy pytań, że jest jakimś wioskowym przygłupem, ale potem już tylko powtarzał: "nie wiem, nie wiem, nic nie wiem". Nikogo nie sypnął. Posadziliśmy go na środku bazy przywiązanego do kołka w słońcu i bez wody. Temperatura w nasłonecznionym centrum Camp Lima przekracza 50 stopni. Młody Irakijczyk jest spocony, zapiaszczony i umorusany czymś wstrętnym jeszcze od czasu, gdy wywalił się w śmieci na bazarze. Głowę trzyma nisko spuszczoną. Na jego chudych przedramionach widać zaschnięte strupy. Siedzi na żwirze z rękami wykręconymi do tyłu i coś do siebie mamrocze. Chyba się modli.

Kowalski: - Twardy był. Nie poddał się do nocy. W końcu mój Amerykanin zdecydował, że zabiorą go do więzienia w Bagdadzie, bo tam mają, jak to określił, "skuteczniejsze metody". Więcej chłopaka nie widziałem. Szkoda, że go szybko zabrali, bo może gdybym nad nim jeszcze popracował, to byśmy się dowiedzieli, co i kiedy szykują nam w najbliższych dniach.

"Więzienie w Bagdadzie", do którego jankesi zawożą chłopaka od magnetofonu, to wielki, przeszło hektarowy kompleks bloków i bunkrów o nazwie Abu Ghurajb. Przed wojną to straszne miejsce - położone na skraju pustyni dwadzieścia kilometrów na zachód od Bagdadu - służyło Saddamowi Husajnowi do więzienia i torturowania wrogów politycznych. Teraz także trzyma się tutaj ludzi - i ich męczy.

Niespełna miesiąc po święcie Aszura dziennikarz "The New Yorkera" Seymour Hersh nagłośni to, o czym bez większego echa raportowała wcześniej agencja Associated Press i o czym informowały - także niechętnie słuchane - amerykańskie organizacje obrony praw człowieka. Opinia publiczna Zachodu dowie się, co jankescy żołnierze wyprawiają z osadzonymi Arabami. Publikacja Hersha będzie miała ogromne konsekwencje dla wojujących w Iraku aliantów - a także dla Polski.

**

 



W pierwszych dniach kwietnia drobnych, ale niepokojących sygnałów - takich jak schwytanie chłopaka z magnetofonem - jest coraz więcej. Ktoś filmuje z opuszczonego biura pojazdy, które wjeżdżają i wyjeżdżają z Camp Juliet. Pieszy patrol zostaje obrzucony kamieniami z dachu. Na ulicach coraz więcej uzbrojonych mężczyzn z zielonymi opaskami na czołach. Jeszcze parę dni temu na widok polskiego wojska tacy goście zwykle chowali karabiny pod diszdaszami albo skręcali w boczne przesmyki między domami. W całym kraju obowiązuje przecież zakaz noszenia broni przez cywilów - przynajmniej w teorii. W praktyce każdy Irakijczyk może mieć pozwolenie na kałasznikowa jako policjant tajniak, strażnik więzienny, członek ochrony gubernatora czy ktokolwiek taki.

- Kiedy kontrolowałem gościa, pokazywał jakąś kartkę z podpisem - powie nam Kaliciak. - I co mu mogłem zrobić? My nawet nie wiedzieliśmy, jak takie pozwolenie na broń miałoby wyglądać.

Od wczoraj już nikt nikomu nie pokazuje żadnych pozwoleń. Atmosfera jest gęsta. Po ulicach ciągną procesje rozemocjonowanych biczowników. Niosą alamy - zbryzgane krwią, czasem prawdziwą, symboliczne sztandary ostatniej armii Al-Husajna Ibn Alego, która poległa w 680 r. W pieszych kolumnach są zarówno pielgrzymi oklepujący się symbolicznie rzemiennymi packami - co wygląda trochę tak, jak gdyby odganiali muchy - jak i prawdziwi męczennicy: rozebrani do pasa, spaleni słońcem mężczyźni i chłopcy, którzy zadają sobie prawdziwe rany. Takie, jakie miał imam Al-Husajn.

Niczym średniowieczni pokutnicy rażą sami siebie potrójnymi pasami zakończonymi metalowymi ostrymi półksiężycami. A niektórzy mają grube krowie łańcuchy połączone z ostrzami kuchennych noży. Do tego rytualne sztylety, którymi nacinają sobie czoła i piersi. Idą w tych upiornych marszach już wiele godzin, może i dni. Krew zalewa ich czarne brwi i oczy wpatrzone w złote kopuły. Z obu stron ulic machają do nich rzemieślnicy oferujący ostrzenie narzędzi tortur, tak aby rany były głębsze i bardziej krwawiły.

**

Wiesz, jaka książka została zaprezentowana w powyższym fragmencie? Napisz w dniach 17-19 sierpnia na konkurs@publio.pl (z dopiskiem "Konkurs 1 - przyciągamy treścią") i wygraj elektroniczny egzemplarz książki. Nagrody trafią do dziesiątej, dwudziestej i trzydziestej osoby, które do 23:59 we wtorek prześlą prawidłowe odpowiedzi. Ogłoszenie wyników 19 lipca w zaktualizowanym artykule.


Aktualizacja: Nagrody trafiają do Macieja Przybyszewskiego, Pawła Kucznerowicza i Romka Puchały. Gratulujemy zwycięzcom. Książka, której fragmenty zaprezentowaliśmy, to "Karbala" Marcina Górki i Piotra Głuchowskiego. Jej elektroniczną wersję znajdziesz tutaj >>.