Ceną za spełnienie marzeń była śmierć. Historia tragicznej wyprawy na Mount Everest [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

Dziesiątego maja 1996 roku najwyższy szczyt Ziemi zebrał swoje żniwo. Wspinaczy zastała na szczycie tragiczna burza śnieżna. Nie mogli iść dalej, po kolei opadali z sił. Kiedy ratownicy dotarli do Becka Weathersa, uznali, że umiera i zostawili go bez pomocy. Weathers przeżył i ślepy, okryty lodem dotarł do obozu. Swoje przeżycia opisał w książce ?Everest?, na kanwie której powstał kinowy hit. Poniżej publikujemy fragmenty relacji Weathersa.
Książka "Everest. Na pewną śmierć" jest dostępna w wersji papierowej na kulturalnysklep.pl i w wersji elektronicznej na Publio.pl

Część pierwsza

Wieczorem 10 maja 1996 roku w wyższych partiach Mount Everestu rozszalała się zabójcza śnieżyca, która uwięziła mnie i dziesiątki innych wspinaczy w Strefie Śmierci najwyższej góry świata. Burza śnieżna zaczęła się jako odległy, głęboki pomruk, a potem raptownie przybrała formę wyjącej białej mgły przetykanej grudkami lodu. Pomknęła w górę Mount Everestu i pochłonęła nas w ciągu kilku minut. Nie widzieliśmy nawet własnych stóp. Człowiek stojący obok po prostu znikał w rozwścieczonej bieli. Prędkość wiatru przekraczała tej nocy sto trzydzieści kilometrów na godzinę. Temperatura otoczenia spadła do minus sześćdziesięciu stopni. Śnieżyca zaatakowała moją grupę wspinaczy, gdy schodziliśmy ostrożnie po stromiźnie znanej jako Przełęcz Południowa, posępnym skalno-lodowym siodle położonym mniej więcej dziewięćset metrów poniżej wierzchołka Czomolungmy (mierzącej 8848 metrów).

Osiemnaście godzin wcześniej wyruszyliśmy z Przełęczy Południowej na szczyt. Pełni zapału wspinaliśmy się pod spokojnym, bezchmurnym nocnym niebem, które wzywało nas w górę. O świcie ustąpiło miejsca wspaniałemu wschodowi słońca nad dachem świata. Potem spadła na nas katastrofa. Spośród ośmiu uczestników i trzech przewodników mojej grupy pięć osób, w tym ja, nie dotarło na górę. Spośród sześciu, którym udało się wejść na szczyt, cztery zginęły potem w śnieżycy. Był wśród nich trzydziestopięcioletni lider naszej ekspedycji Rob Hall, łagodny i wesoły Nowozelandczyk o legendarnej wręcz sprawności. Nim zamarzł w śnieżnym wykopie pod szczytem Everestu, przekazał przez radiostację wzruszające słowa pożegnania swej ciężarnej żonie Jan Arnold, która czekała na niego w ich domu w Christchurch. Inną ofiarą była drobna czterdziestosiedmioletnia Japonka Yasuko Namba, której w ostatnich chwilach towarzyszyłem właśnie ja. Spędziliśmy tę noc wtuleni w śnieg, smagani śnieżycą na Przełęczy Południowej, zaledwie czterysta metrów od ciepłego i bezpiecznego obozu.

W śnieżycy zginęło również czterech innych wspinaczy i tym samym 10 maja 1996 roku stał się najtragiczniejszym dniem w siedemdziesięciopięcioletniej historii zdobywania Everestu, czyli od kiedy nieustraszony brytyjski nauczyciel George Leigh Mallory jako pierwszy próbował wejść na szczyt tej góry.



Dla mnie 10 maja zaczął się obiecująco. Byłem poobijany i wyczerpany, bo dotarcie tak wysoko kosztowało mnie mnóstwo wysiłku, ale też czułem się spokojny i pełen sił - na tyle, na ile może się tak na tej wysokości i po takim wyczynie czuć czterdziestodziewięcioletni wspinacz amator. Zdobyłem już osiem innych wysokich gór w różnych częściach świata i harowałem jak wół, żeby dotrzeć do tego punktu, gotów za wszelką cenę zmierzyć się z największym wyzwaniem. Dobrze wiedziałem, że tylko części wypraw - mniej niż połowie - udaje się wyprawić na szczyt choćby jednego jej członka, klienta lub przewodnika. Ja chciałem jednak znaleźć się w jeszcze węższym kręgu, złożonym z około pięćdziesięciu osób, które skompletowały tak zwaną Koronę Ziemi, czyli najwyższe szczyty wszystkich siedmiu kontynentów. Gdybym wszedł na Everest, zostałaby mi już tylko jedna góra do zdobycia. Wiedziałem też, że na Górze Gór straciło życie około stu pięćdziesięciu wspinaczy, w większości w lawinach. Everest pochłonął kilkadziesiąt osób spośród nich, więżąc je w lodzie i śniegu. Jakby dla podkreślenia swej obojętności wobec całej tej wspinaczkowej machiny Everest drwi ze swych ofiar.

Lodowce, rzeki lodu zsuwające się powoli z góry, niosą ze sobą roztrzaskane zwłoki wspinaczy niczym śmieci, by po wielu latach wyrzucić je w kawałkach znacznie niżej. Choć nagła i dramatyczna śmierć jest wśród himalaistów czymś powszechnym, nikt nie spodziewa się, że to właśnie on tu zginie. Z pewnością nie spodziewałem się tego ja, nie zastanawiałem się też, czy mężczyzna w średnim wieku, ojciec i mąż, powinien podejmować takie ryzyko. Uwielbiałem wspinaczkę górską: towarzystwo wspinaczy, przygodę i niebezpieczeństwo oraz - do przesady - poczucie własnej wartości, jakie zawdzięczałem temu zajęciu.

Zakochałem się we wspinaniu, jeśli można to tak ująć, przez przypadek, w reakcji na przytłaczającą depresję, która dopadła mnie, gdy miałem trzydzieści kilka lat. Ta choroba przekształciła moją chronicznie niską samoocenę w bezdenną rozpacz i cierpienie. Uciekałem przed sobą i życiem, byłem już bardzo bliski samobójstwa. Ratunek przyszedł niespodziewanie. Podczas rodzinnych wakacji w Kolorado odkryłem trudności, ale także ogromną satysfakcję związane ze wspinaczką górską i stopniowo zacząłem traktować ten sport jako drogę ucieczki. Przekonałem się, że codzienne ciężkie ćwiczenia na wiele godzin pozwalają mi odsunąć od siebie ciemność. Błogosławione wyciszenie.

Dorobiłem się również twardych jak stal mięśni i znacznie poprawiłem ogólną wytrzymałość, zyskując dwa nowe źródła dumy. Kiedy już byłem w górach (im dziksze i odleglejsze, tym lepsze), mogłem skupić wszystkie myśli wyłącznie na wspinaczce, przekonując jednocześnie samego siebie, że zdobywanie najsłynniejszych gór świata jest świadectwem twardości mojego charakteru i prawdziwej męskości. Upajałem się chwilami prawdziwej przyjemności, satysfakcji i serdeczności, przeżywanymi gdzieś w dziczy, w towarzystwie innych wspinaczy. Jednak to lekarstwo zaczęło mnie w końcu zabijać. Depresja przynajmniej na jakiś czas zniknęła, ale ja nadal ćwiczyłem i wspinałem się, ćwiczyłem i wspinałem się. Wspinaczka wysokogórska i uznanie, jakie dzięki niej zdobywałem, stały się moją obsesją. Gdy żona ostrzegała mnie, że ta pasja niszczy od środka moje życie i że w coraz większym stopniu odrzucam miłość i lojalność rodziny, słuchałem jej, ale jej nie słyszałem.

Patologia stopniowo się pogłębiała. Przekonywałem samego siebie, że odpowiednio wyrażam miłość do żony, córki i syna, zaspokajając ich potrzeby materialne, choć emocjonalnie dawno ich opuściłem. Jestem im dozgonnie wdzięczny, że oni nie opuścili mnie, choć biorąc pod uwagę wysokość odszkodowania, na jakie ubezpieczyłem swoje życie, powinienem był wynająć kogoś, kto sprawdzałby, czy moje jedzenie nie jest zatrute. Właściwie każda dłuższa wyprawa w góry dowodziła coraz wyraźniej, przynajmniej w niespokojnym umyśle Peach, że prawdopodobnie się zabiję, prędzej lub później. Ta przepowiednia musiała się spełnić, żeby zły czar prysnął.

10 maja 1996 roku góra zaczęła mnie pochłaniać, a ja powoli się poddawałem. Odpływanie w nieświadomość nie było wcale nieprzyjemne, pogrążyłem się więc w głębokiej śpiączce na Przełęczy Południowej, gdzie moi towarzysze zostawili mnie na pewną śmierć. W Dallas była siódma trzydzieści rano, gdy Peach odebrała telefon z tragiczną wiadomością.

Potem na wysokości 7800 metrów wydarzył się cud. Otworzyłem oczy. Żona dopiero co uporała się z okropnym zadaniem, jakim było poinformowanie dzieci, że ich tata nie wróci już do domu, gdy telefon zadzwonił po raz drugi, tym razem z informacją, że jednak nie jestem tak martwy, jak się wydawało.

Odzyskałem przytomność na przełęczy - do dziś nie rozumiem jak - i zostałem poderwany do życia, a zarazem na równe nogi, wizją na tyle potężną, by wskrzesić mój umysł. Nie jestem szczególnie religijnym ani uduchowionym człowiekiem, ale mogę wam powiedzieć, że jakaś ukryta we mnie moc odrzuciła w ostatniej chwili śmierć, a potem poprowadziła mnie, ślepego i ledwie trzymającego się na nogach - byłem prawdziwym żywym trupem - do obozu i do nowego życia. (...)



Rozdział 6

Burza śnieżna przycichła rankiem 11 maja. Prędkość wiatru spadła do około trzydziestu węzłów. Stuart Hutchison i trzej Szerpowie poszli szukać Yasuko i mnie. Znaleźli nas leżących obok siebie, zakopanych w śniegu i lodzie.

Najpierw Yasuko. Hutchison sięgnął w dół, złapał ją za kurtkę i wyciągnął na powierzchnię. Jej twarz przykrywała ośmiocentymetrowa warstwa lodu, maska, którą Stuart powoli oderwał. Skóra Yasuko wyglądała jak porcelana, jej źrenice były nienaturalnie rozszerzone. Ale wciąż oddychała. Przeszedł do mnie, podciągnął mnie do góry, a potem oczyścił z lodu moje oczy i brodę, by spojrzeć mi w twarz. Podobnie jak Yasuko trzymałem się życia resztkami sił. Hutchison powiedział później, że nigdy nie widział człowieka, który byłby tak bliski śmierci i wciąż oddychał. Jeśli takie słowa padają z ust kardiologa, wierzę mu bez zastrzeżeń.

Co teraz robić? Przesądni Szerpowie, którzy lękają się zmarłych i umierających, woleli się do nas nie zbliżać. Ale Hutchison wcale nie potrzebował ich opinii. Decyzja brzmiała: zostawić ich. Wszyscy wspinacze wiedzą, że jeśli w wysokich górach zapadniesz w śpiączkę hipotermiczną, nigdy, ale to nigdy się z niej nie wybudzisz. Yasuko i ja tak czy inaczej byliśmy więc skazani na śmierć. Znosząc nas na dół, pozostali wspinacze podejmowaliby tylko niepotrzebne ryzyko.

W moim przypadku taka decyzja była zapewne słuszna. Jednak jakiego wysiłku wymagałoby zniesienie Yasuko? Była naprawdę drobna. Mogłaby przynajmniej umrzeć w namiocie, w otoczeniu ludzi, a nie samotnie na lodzie.

Hutchison i Szerpowie wrócili do obozu, gdzie powiedzieli wszystkim, że nie żyjemy. Skontaktowali się z obozem bazowym, który z kolei powiadomił biuro Roba w Christchurch, to zaś przekazało wiadomość do Dallas.

W ciepły, słoneczny sobotni poranek w naszym domu zadzwonił telefon. Peach odebrała. Madeleine David, kierowniczka biura w firmie Hall, Adventure Consultants, poinformowała ją, że zginąłem podczas zejścia ze szczytu.

- Jest jakaś nadzieja? - spytała Peach.

- Nie - odpowiedziała David. - Zidentyfikowano już zwłoki. Przykro mi.

Około czwartej po południu czasu miejscowego na Evereście - dwadzieścia dwie godziny po nadejściu burzy - wydarzył się cud: otworzyłem oczy. Potem miało miejsce kilka nieprawdopodobnych, jeśli nie niemożliwych wydarzeń. Wstałem i zszedłem samotnie, o własnych siłach, do obozu IV. Nazajutrz wstałem ponownie i pokonałem ścianę Lhotse. Później nastąpiła akcja ratunkowa, przeprowadzona na największej jak dotąd wysokości z pomocą helikoptera.

To były rzeczy wielkie i głośne. Prawdziwy cud wydawał się niepozorny - otworzyłem oczy i dostałem jeszcze jedną szansę.

Oszołomiony myślałem na początku, że leżę w moim wygodnym, ciepłym łóżku, a przez okna wpada blask teksaskiego słońca. Potem jednak zobaczyłem przed sobą własną dłoń bez rękawicy, szary, pozbawiony życia przedmiot. Uderzyłem nią w lód. Odbiła się od niego z głuchym odgłosem, niczym kawałek drewna. Ten widok natychmiast, w cudowny niemal sposób, przywrócił mi trzeźwość umysłu: nie leżę w swoim łóżku. Jestem gdzieś na Evereście - nie wiem gdzie. Niewiele widzę, ale wiem, że jestem sam.

Potrzebowałem trochę czasu, żeby odtworzyć w myślach wydarzenia poprzedniego dnia. Gdy w końcu mi się to udało, doszedłem do wniosku, że wszyscy inni zostali uratowani, a mnie z jakiegoś powodu przeoczono, pozostawiono na pastwę losu. Czyżbym powiedział coś niewłaściwego? W głębi duszy wiedziałem, że ratunek nie nadejdzie. Gdyby mieli tu przyjść, zrobiliby to już dawno temu. Zostałem sam.

Wciąż nie wiem, jak to się stało, że nie leżałem już obok Yasuko. Japonka została tam, gdzie tego ranka znaleźli nas Stuart Hutchison i Szerpowie. Kiedy jednak po południu wybudziłem się ze śpiączki, byłem sam, z dala od Yasuko. Mogę tylko przypuszczać, że gdzieś w ciągu dnia częściowo się ocknąłem i półprzytomny przeszedłem jakieś pięćdziesiąt metrów w kierunku obozu IV, nim ponownie wylądowałem w śniegu.

Gdzieś pośrodku całego tego chaosu doznałem kolejnego szoku - mojej epifanii. Nagle ujrzałem w myślach moją rodzinę - Peach, Buba i Meg. Nie był to zbiorowy portret czy jakieś zachowane w pamięci zdjęcie. Moja podświadomość ukazała mi ich tak wyraźnie, jakby w każdej chwili mogli do mnie przemówić. W tym momencie zrozumiałem z całkowitą pewnością, że jeśli natychmiast nie wstanę, spędzę w tym miejscu całą wieczność.

Wydawało mi się, że przywykłem już do myśli o śmierci w górach. Taka śmierć miała nawet w sobie coś romantycznego i szlachetnego. Lecz choć dużo rozmyślałem o śmierci, nie byłem na nią gotów.

Podniosłem się na równe nogi i zdjąłem plecak, porzucając go wraz z czekanem. To miała być jedna prosta próba, wszystko albo nic. Uznałem, że jeśli nie dotrę do obozu, i tak nie będę potrzebował tego sprzętu. Tylko by mnie spowolnił. Przemknęła mi przez głowę myśl, że to być może ostatnie rzeczy, jakie miałem na tym świecie. Uświadomiłem sobie też, że muszę się wysikać. Nie pozostało mi nic innego, jak sikać w kombinezon. To przynajmniej mnie rozgrzało, chociaż na chwilę.

Najpierw postanowiłem chodzić po czymś w rodzaju siatki. Obchodziłem kolejne kwadraty, szukając charakterystycznego punktu, który pozwoliłby mi zorientować się w terenie. Wkrótce zrozumiałem, że to nic nie daje. Potem przypomniałem sobie, że poprzedniego wieczora ktoś krzyknął podczas burzy:

- W którym kierunku wieje wiatr nad obozem?

Odpowiedź brzmiała:

- W górę tego zbocza, przez obóz i przełęcz.

To oznaczało, że jeśli wiatr się nie zmienił, obóz IV leży dokładnie w przeciwnym kierunku. Ruszyłem więc w tę właśnie stronę, świadom, że to wybór równie dobry jak 359 pozostałych. Byłem zdeterminowany. Wiedziałem, że jeśli upadnę, i tak wstanę. Jeśli znów upadnę, znów się podniosę. I nie przestanę, dopóki nie zdołam wstać albo dopóki nie spadnę w przepaść. Obie moje dłonie były zamarznięte na lód. Mróz zmasakrował moją twarz. Byłem wyziębiony. Od trzech dni nie jadłem, od dwóch nie piłem wody. Nie wiedziałem, dokąd iść, i prawie nic nie widziałem.

"Nie możesz się przejmować takimi drobiazgami" - mówiłem sobie. Musisz skupić się na tym, co trzeba zrobić - i zrobić to. Zacząłem się poruszać w tym samym oszczędnym rytmie, który tak dobrze zna moje ciało. Teren był nierówny, poprzecinany bruzdami o głębokości od dwunastu do dwudziestu kilometrów. W nikłym blasku późnego popołudnia w ogóle ich nie widziałem. Za każdym razem, gdy natrafiłem na którąś z ukrytych półek, przewracałem się na śnieg.

Początkowo instynktownie wystawiałem przed siebie ręce, by złagodzić skutki upadku, nie chciałem jednak jeszcze bardziej uszkodzić moich odmrożonych dłoni, starałem się więc trzymać je przy sobie i przy każdym upadku obracać się na bok lub na plecy. Uderzałem w zamarznięty grunt z dużą siłą. Bach! Przy każdym wstrząsie w mojej głowie pojawiał się mały rozbłysk. Potem wstawałem i szedłem dalej.

Jakaś część mojego jestestwa była apatyczna, pogodzona z losem, zupełnie jak poprzedniego popołudnia na Balkonie. Słońce opuszczało się coraz niżej, wiedziałem, że kiedy całkiem się schowa, będzie po mnie. Brak światła oznaczał też gwałtowny spadek temperatury. Myślałem o tym, że być może za chwilę upadnę po raz ostatni i nie będę już mógł wstać, a ostatnią rzeczą, jaką zobaczę w życiu, będzie zachodzące słońce.

Stwierdziłem wtedy z zaskoczeniem, że ta perspektywa wcale mnie nie przeraża. Nie jestem szczególnie odważnym człowiekiem i przypuszczałbym raczej, że w takiej chwili będę czuł paraliżujący strach. Ale było całkiem inaczej. Ogarnął mnie głęboki, przytłaczający smutek. Myśl, że nie pożegnam się ze swoją rodziną, że nigdy więcej nie powiem "kocham cię" do mojej żony, że nigdy już nie przytulę swoich dzieci, była po prostu nie do zniesienia.

"Idź dalej" - powtarzałem sobie raz za razem. Znów miałem halucynacje, byłem przerażająco blisko ostatecznej porażki. Kręciło mi się w głowie. Potem zobaczyłem przed sobą te dwie dziwne niebieskie skały i pomyślałem: To mogą być namioty! Równie szybko skarciłem samego siebie: "Przestań! Jeśli do nich podejdziesz i okaże się, że to rzeczywiście tylko skały, rozczarujesz się i być może się zatrzymasz. Nie wolno ci tego zrobić. Podejdziesz prosto do nich i jeśli trzeba, będzie przejdziesz obok. To bez znaczenia".

Skupiłem się na tych niebieskich plamach. Pragnąłem, by rzeczywiście był to obóz, a jednocześnie obawiałem się, że to tylko przywidzenie. Gdy dzieliło mnie od nich jakieś trzydzieści metrów, nagle pojawiła się jakaś postać!

Był to Todd Burleson, lider innej ekspedycji wspinaczkowej, który nagle zobaczył w półmroku przedziwne stworzenie, zmierzające chwiejnym krokiem w jego stronę. Później, podczas wywiadu telewizyjnego, Burleson opowiadał: "Nie wierzyłem własnym oczom. Ten człowiek nie miał twarzy. Była całkiem czarna, jakby pokryła ją jakaś skorupa. Jego kurtka była rozpięta do pasa, pełna śniegu. Trzymał nad głową zamarzniętą, odkrytą rękę. Nie mogliśmy jej opuścić. Jego skóra wyglądała jak marmur. Biały kamień. Zupełnie pozbawiona krwi".

"Everest. Na pewną śmierć"
Beck Weathers
Agora SA
Książka jest dostępna w formie papierowej na kulturalnysklep.pl i w wersji elektronicznej na Publio.pl