Przeciwko sensowi [RECENZJA]

W krótkim czasie Szczepan Twardoch wyrósł na prozaika numer jeden swojego pokolenia i zarazem postać budzącą ogromne - jak na pisarza w Polsce - emocje. ?Wieloryby i ćmy? potwierdzają, że nie ma w tym przypadku.
Twardoch jest dziś jednym z niewielu rodzimych pisarzy, których kojarzy szersza publiczność. Niestety, nie dzięki książkom, ale przez głośne "Pierdol się Polsko" (w związku z wyrokiem Sądu Najwyższego, który stwierdził, że Ślązaków nie można uznać za odrębny naród) i przez to, że autor "Dracha" został ambasadorem Mercedesa. Pisarzowi trudno zresztą dziś zaistnieć w mediach samymi książkami, o ile w ogóle to jeszcze możliwe. Na żywo nie transmituje się przecież już nawet - jeszcze dekadę temu było to standardem - gali najbardziej prestiżowych nagród literackich, a autorów pokroju Michała Witkowskiego kojarzy się raczej z występami u Kuby Wojewódzkiego czy czapkami z runami SS niż z ich dziełami. Szczęśliwie Twardoch drogą Witkowskiego nie kroczy. Jego kariera pisarska jest wprawdzie dobrze przemyślana, ale to wciąż kariera pisarza, a nie celebryty. Dlatego też w dziennikach, które się właśnie ukazały, nie znajdziemy tego, na co być może niektórzy liczyli - właściwie nie ma tu wzmianek o życiu osobistym pisarza, brak światopoglądowych deklaracji i sporów z adwersarzami. Jeśli pojawiają się przyjaciele (w tym pisarze Łukasz Orbitowski i Wit Szostak) czy najbliżsi (najczęściej synowie), to w sytuacjach dalekich od intymności. "Wieloryby i ćmy" na plotkarskich portalach z pewnością nie zagoszczą.

Być może to anegdoty, dykteryjki i wyznania prowokujące środowiskowe skandale winny być solą pisarskich dzienników, ale trudno nie uszanować wyboru Twardocha, by pisać o własnym krajobrazie intelektualnym (z Jüngerem i Mara~m w roli patronów), a przede wszystkim oddać pole impresjom z dnia codziennego. Trudno też nie odnieść wrażenia (a może i pozazdrościć), że śląski prozaik bardzo wiele zyskał na zerwaniu z polską prawicą ("nie mam światopoglądu", czytamy tu) i odcięciu się od doraźnych sporów między lewą a prawą stroną polskiej sceny polityczno-społecznej. Co takiego zyskał? Choćby to, że może dziś oddawać się autorefleksji i zapisywać takie zdania, jak "Trzeba być osobnym", "Nic nie rozumiem. Nie muszę" czy "Po nic. Było wspaniale". Możliwe, że ceną za to jest sympatia części mediów, ale chyba warto taką cenę zapłacić, bo dzięki temu pisarz może pozwolić sobie na tyle wolności, na ile człowieka stać. I tę drogę ku wolności - drogę przeciwko sensowi! - w "Wielorybach i ćmach" dobrze widać.

W dziennikach znajdziemy też charakterystyczne dla Twardocha przywiązanie do szczegółu (jak wtedy, gdy opowiada o świetnej "Drzazdze" Zazubrina, wikłając się w rozważania nad tym, o jakiej broni mowa w pierwszym zdaniu tej noweli), zapiski związane z "Wiecznym Grunwaldem", "Morfiną" i "Drachem" ("z każdą skończoną książką rekonwalescencja po skończeniu pisania jest jeszcze trudniejsza"), wzruszające, ważne obrazki z synem, trochę metafizycznych wycieczek (w stronę Eliadego i Jüngera i ich koncepcji czasu przede wszystkim), wreszcie - kilka zagranicznych wypraw i krajowych alkoholowych eskapad. Dużo tu umiaru (także redakcyjnego, bo to przecież ledwie 270 stron z dziewięciu lat), jeszcze więcej cytatów z kultury i popkultury. A ponieważ w ostatnich miesiącach mieliśmy prawdziwy wysyp dzienników pisarzy wciąż młodych, to trzeba powiedzieć, że "Wieloryby i ćmy" się na tym tle zdecydowanie wyróżniają. Warto czytać Twardocha. Powieści i felietony bardziej niż dzienniki, ale i te ostatnie nie powinny czytelnika rozczarować.

"Wieloryby i ćmy"
Szczepan Twardoch
wyd. Wydawnictwo Literackie
Ebook dostępny na publio.pl >>