Wciąż boimy się inności - mówi Jakub Małecki, autor "Dygotu" [ROZMOWA]

"Dygot" to mądra książka traktująca o losach dwóch wiejskich rodzin dotkniętych fatum. Proza balansująca na granicy jawy i snu, osadzona w poetyce polskiej prowincji minionego półwiecza. A przy tym nienachalny moralitet, w którym czytelnik odnajdzie bardzo wiele z samego siebie. Z autorem powieści o magii polskiej wsi, nietolerancji i pochwale życia rozmawia Mateusz Uciński.
Książka "Dygot" Jakuba Małeckiego jest dostępna w formie ebooka na Publio.pl >>

Panie Jakubie, tak naprawdę pierwszym pytaniem, jakie się nasuwa po przeczytaniu "Dygotu" jest to, czy polska wieś jest rzeczywiście tak magiczna?

Myślę, że magiczna jest często w wyobraźni ludzi, którzy z nią mają niewiele wspólnego, czyli osób przez całe życie mieszkających w mieście, oddalonych od ziemi, przyrody, zwierząt. Pamiętam, jak pracowałem jeszcze w Poznaniu jako analityk finansowy i koleżanka z wypiekami na twarzy opowiadała w biurze, że w weekend widziała kurę. Żywą kurę! Dziewczyna miała około trzydziestki i po raz pierwszy w życiu widziała kurę. To była dla niej egzotyczna, niesamowita sprawa. Ja w dzieciństwie miałem to szczęście, że dużo czasu spędziłem na wsi - czasami pomagaliśmy z braćmi w żniwach i tak dalej - i może właśnie dlatego tkwi we mnie jakaś tęsknota za takimi klimatami. Życie w mieście jest fajne, bo można chodzić do kina, do teatru i do kawiarni, ale jednocześnie brak mu tej naturalnej niesamowitości, którą znaleźć możemy wyłącznie na wsi. To nie jest nic konkretnego, namacalnego, bo przecież z krzaków nie wyłażą elfy ani smoki, ale w takim choćby stąpaniu po ziemi, w którą całymi dekadami wsiąkał pot twojego ojca, a wcześniej dziadka, jest coś magicznego.

Pańska powieść to swoista saga rodzinna. Z jednej strony fantastyczna, z drugiej boleśnie wręcz prawdziwa. Ciekaw jestem, czy to jest wyłącznie licentia poetica, czy w tej opowieści jest ziarno prawdy?

Nie jest to powieść autobiograficzna, ale niektóre z opisanych w niej wydarzeń oparłem na rzeczywistych wycinkach z historii mojej rodziny. Pozmieniałem je, poszatkowałem i posklejałem ze sobą, żeby tworzyły spójną całość i pasowały mi do pomysłu na tę książkę, ale kilka rzeczy zostało. Choćby ta scena z porzuceniem Niemki przez Janka Łabendowicza. Mój dziadek przeżył tę historię naprawdę. I też miał na imię Janek.

Innym prawdziwym elementem w "Dygocie" jest list, który drugi z dziadków, Bronek, zostawia swojemu wnukowi, kiedy jest pewien, że wkrótce oślepnie. Do połowy to jest prawdziwy list, który dostałem od mamy dopiero kilka lat temu. Napisał go do mnie mój dziadek, również Bronek. Fikcyjna jest tylko druga połowa listu.

Tym, co tak naprawdę wyznacza rytm powieści, jest fatum. Z jednej strony przekleństwo skrzywdzonej Niemki, z drugiej - klątwa przegnanej Cyganki. Oba te zdarzenia definiują losy rodzin Łabędowiczów i Geldów. Pan wierzy w takie fatum? Nieodwracalne i nie do oszukania.

Nie, nie wierzę. Wierzę natomiast, że ludzie mogą sobie takimi rzeczami tłumaczyć to, co ich spotyka. Jeśli ktoś z dnia na dzień traci wzrok albo czucie w nogach, to chyba rzadko jest w stanie zaakceptować, że taka potworność przydarzyła mu się przypadkowo. Większość z nas będzie szukała w tym sensu i tłumaczyła sobie, że to na przykład jakaś kara za grzechy.

Bohaterowie "Dygotu" tak właśnie postępują - szukają znaczenia tam, gdzie go nie ma, bo chcą wierzyć, że ich życie ma sens; że nie jest tylko bezsensownym, pozbawionym celu drżeniem.

Mnie osobiście bardzo poruszył los Wiktora Łabędowicza, chłopca, który urodził się jako albinos, co na wsi nie zostało dobrze przyjęte. Zostaje on napiętnowany jako odmieniec, ten, który przynosi nieszczęście, na którego poluje się z widłami. Tak bardzo boimy się inności?

Myślę, że kiedyś baliśmy się bardziej, ale nadal się boimy. Wie pan, mamy 2015 rok, a w Polsce człowiek z wytatuowaną szyją wciąż nie ma właściwie szans na znalezienie pracy w obsłudze klienta, ponieważ wyglądem odbiega od standardów. Ostatnio obejrzałem piękną animację pod tytułem "Jak wytresować smoka", której bohater, kilkunastoletni chłopiec, nie ma nogi. Uświadomiłem sobie, że nigdy wcześniej nie widziałem wysokobudżetowej bajki, w której młody bohater byłby niepełnosprawny. Zmienia się to chyba w dobrą stronę, ale wydaje mi się, że nadal jeszcze zbyt często odwracamy wzrok od odmienności.

Skoro mówimy o odmienności, grzechem by było nie wspomnieć o drugiej bohaterce Pańskiej powieści - Emilce Geldowej, dziewczynie która w dzieciństwie uległa oszpeceniu, a potem na swojej drodze spotkała właśnie Witolda. Przejmująco opisuje Pan ich miłość. Taką, która jest zaprzeczeniem całego zła, które ich spotkało.

To jest dla mnie najważniejszy wątek całej tej powieści. Tym dwojgu odmieńcom, mimo pokrzywdzenia przez los, śmierci bliskich i całej masy nieszczęść po drodze, udało się zaznać normalnego życia. Tylko na chwilę, ale się udało.

W książce pojawia się kilkakrotnie pojęcie "rozmycia" lub "bycia rozmytym". Jak to odbierać? Jako ostrzeżenie przed wszechogarniającą duchową pustką dotykającą każdego?

Wymyśliłem sobie bohatera, który zaczyna widzieć świat inaczej i chciałem, żeby czytelnik doświadczył tej inności. "Rozmycie" miało pokazać, w jaki sposób Wiktor postrzega otaczającą go rzeczywistość. Chciałem, żeby to było niejednoznaczne, trochę niezrozumiałe, tak jak niezrozumiały dla "normalnego" człowieka jest cały Wiktor Łabendowicz.

Nie mówmy jednak tylko o ciemnej stronie ludzkiej natury. "Dygot" tak naprawdę, przynajmniej w moim mniemaniu, jest pochwałą życia i odnajdywania w nim jak najjaśniejszych stron, ale to także ogromna tęsknota za spokojniejszym życiem. Pan też za tym tęskni? Pytam, bo czytając, sam zadawałem sobie podobne pytania.

Jest Pan chyba pierwszą oprócz mnie osobą, która dostrzega w "Dygocie" jasną stronę. Bardzo się cieszę, że jest nas już dwóch. Wie Pan, nigdy nie próbowałem pisać ponurych, pozbawionych nadziei książek i sam się dziwię, że trochę mi takie wychodzą. Ja w ogóle nie należę do ludzi ponurych, przeciwnie - gdyby pan mnie zobaczył gdzieś na parkiecie, pomyślałby pan, że jestem niepoprawnym wesołkiem, który przesadził z ecstasy. A potem siadam do pisania i wychodzą mi takie książki. Jeśli się jednak zastanowić nad tym na chłodno, to przecież pisanie o ludzkim życiu zakłada również konieczność babrania się w nieszczęściach, dramatach, potwornościach i śmierci. Nawet najszczęśliwsi ludzie w końcu umierają. Nawet najbardziej zwariowany facet na parkiecie musi w końcu z niego zejść.

To bardzo ciekawe, co Pan powiedział, że siada Pan i wychodzą takie rzeczy. Notabene, życzę sobie i czytelnikom jak najwięcej takiego siedzenia. Pisanie to dla Pana jakaś forma oczyszczenia? Uwolnienia od cięższych myśli czy po prostu zabawa słowem i opowieścią?

To trudne pytanie, bo nie wiem do końca, czym jest dla mnie pisanie. Kiedyś było pasją, teraz jest czymś więcej. Być może nie warto szukać jakichś wielkich odpowiedzi - ja po prostu zawsze uwielbiałem czytać książki i w pewnym momencie pomyślałem, że napiszę własną. A potem już mi tak zostało.

Pozwolę sobie spytać o inspiracje. Ja osobiście czuje w Pańskiej książce echa "Stu lat samotności" Marqueza i filmów Jana Jakuba Kolskiego. Nie chcę szufladkować, ale ceni Pan sobie nurt realizmu magicznego?

Może to wstyd, ale nie widziałem żadnego filmu Jana Jakuba Kolskiego, a "Sto lat samotności" odłożyłem po jakichś stu stronach, nie wiem w sumie dlaczego. Generalnie jednak ma Pan rację o tyle, że bardzo często szukam w literaturze czegoś więcej niż zwyczajność. I nie chodzi mi tu koniecznie o "niezwykłość" w warstwie fabularnej - może to być niezwykła konstrukcja książki, niezwykły język albo w ogóle inny sposób prowadzenia narracji, jak w wydanej właśnie powieści "Wróżenie z wnętrzności" Wita Szostaka, której bohater przez dwieście czterdzieści stron milczy wśród ludzi, a jednocześnie w samotności szepcze do siebie, więc również i do czytelnika. Takie właśnie rzeczy mnie ruszają.

Mam wielu ulubionych autorów, ale nie chciałbym pisać, jak żaden z nich. Trzymam w głowie własny, wymyślony ideał powieści i będę próbował za nim gonić.

"Dygot" jest Pańską siódmą książką. Zaczynał Pan od flirtu z horrorem w "Błędach" i "Przemytniku cudu", by z czasem przejść do literatury, która chociaż nie pozbawiona wątków fantastycznych, bliższa jest jednak rzeczywistości.

Nadal pociągają mnie historie zwykłych ludzi, ale takie, w których jest coś więcej niż prosta rzeczywistość. Przyznam się Panu, że trudno mi na przykład zmusić się do oglądania filmu sensacyjnego, w którym wszystko jest logiczne, a bohaterowie zachowują się racjonalnie. Ja chcę historii, w których jest odrobina szaleństwa i niejednoznaczności, bo współczesny real oddany jeden do jednego to ja mam w gazetach, na ulicy. Chcę filmów i książek, które zamiast serwować nam jednoznaczne odpowiedzi, zadają pytania, na które odpowiedzi być może w ogóle nie ma.

"Dygot" okazał się sukcesem i zaznaczam - w pełni zasłużonym, bo książka jest naprawdę doskonała. Pozostawia jednak, jak każda dobra opowieść pewien niedosyt. Na co teraz czytelnicy mogą czekać ze strony Jakuba Małeckiego. Nad czym Pan pracuje?

Pracuję nad książką, która konstrukcyjnie będzie bardzo różna od "Dygotu". Lubię powiedzenie, że literatura to sposób, aby żyć nie raz, ale wiele razy, i w następnej książce chcę dać czytelnikowi spójną, zamkniętą wizję świata, a jednocześnie okazję przeżycia więcej niż jednej historii. Mam nadzieję, że będzie to coś pomiędzy powieścią a zbiorem opowiadań. W ogóle uważam, że fajnie jest robić coś, co nie wpada w konkretną szufladkę, ale utrzymuje się w takim właśnie "pomiędzy".

"Dygot"
Jakub Małecki
Sine Qua Non
Ebook jest dostępny w Publio.pl >>