Kto wynalazł łóżka? Kiedy zaczęliśmy czyścić sobie zęby? Nie wiesz? To przeczytaj tę książkę [FRAGMENTY]

Czy choć raz zastanawialiście się, jakie rytuały kryją się w naszych codziennych czynnościach i skąd się one wzięły? Greg Jenner w książce "Milion lat w jeden dzień" odkrywa fascynującą historię zwyczajów, które bierzemy dziś za pewnik. Poniżej publikujemy fragmenty książki.
Każdego dnia, od chwili, gdy zadzwoni budzik, po przykrycie się kołdrą na dobranoc, bierzemy udział w rytuałach, które trwają od milionów lat. Skupiająca się na codziennych czynnościach książka "Milion lat w jeden dzień" odkrywa fascynującą historię zwyczajów, które bierzemy dziś za pewnik. Greg Jenner zabiera nas na radosną przejażdżkę po dziejach ludzkości, badając stopniową - i często nieoczekiwaną - ewolucję naszych nawyków.

Książka w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl >>

Fragmenty książki. Zapisane w gwiazdach

Przyglądaliście się kiedyś gwiazdom tuż przed świtem? Jako romantyczny osiemnastolatek wraz z przyjaciółmi postanowiłem zrobić to w pierwszy poranek nowego tysiąclecia. Po całej nocy imprezowania, jakby (dosłownie!) miał się skończyć świat, zygzakiem wdrapaliśmy się na wzgórze w Sevenoaks, by obserwować pierwszy wschód słońca w nowej epoce. Na nasze nieszczęście niebo było zachmurzone, a blask jutrzenki zniknął w świetle sodowych lamp ulicznych, więc powlekliśmy się z powrotem do domu i zajęliśmy jedzeniem pączków. To tyle w kwestii romantycznych uniesień... Gdybyśmy jednak wybrali mniej oświetlone wzgórze i kraj o lepszych warunkach klimatycznych, być może bylibyśmy świadkami zjawiska nazywanego przez astronomów heliakalnym wschodem.

Tuż przed świtem nad wschodnią częścią nieboskłonu błyskają na moment gwiazdy zwane dekanami. Grupa ta składa się z trzydziestu sześciu gwiazdozbiorów, które z każdym dniem przesuwają się o jeden stopień na zachód w stosunku do poprzedniego położenia. Codziennie ukazują się nieco dalej, by wreszcie zniknąć z widnokręgu na cały rok. Niczym ciekawska surykatka nowa gwiazda wychyla się zza horyzontu co dziesięć dni (stąd nazwa tej grupy; dekanoi znaczy po grecku "dziesiątki"), co być może skłoniło Egipcjan do decyzji o podziale tygodnia na dziesięć dni. A co to ma wspólnego z pomiarem czasu? Otóż starożytni uczeni egipscy uwiecznili swoje mapy gwiazd i kalendarze na sarkofagach i ścianach grobowców. Dzięki nim współcześni archeoastronomowie mogli odcyfrować ich zręczny system, pozwalający korzystać ze wschodów heliakalnych jak z gwiezdnego zegara. Egipskie mapy nieba na pierwszy rzut oka - i jeszcze kilka kolejnych - wyglądają jak rozkład jazdy autobusów przetłumaczony na hieroglify za sprawą jakiegoś niefortunnego błędu oprogramowania. Poziomą oś tabeli stanowi trzydzieści sześć tygodni składających się na rok. Pod każdą z tych trzydziestu sześciu kolumn umieszczono symbole oznaczające czas, w jakim w danym tygodniu każdy z dekanów jest widoczny nad horyzontem. Najprościej rzecz ujmując, jeśli znało się aktualną datę, mapa gwiazd pozwalała dopasować pozycję określonego dekanu na niebie do informacji w tabeli, co sugerowało, która mniej więcej jest godzina.

Około roku 1500 p.n.e. system ten zastąpiono jeszcze bardziej skomplikowaną metodą zwaną ramessydzkim zegarem gwiezdnym (brzmi to jak nazwa płyty z lat siedemdziesiątych kapeli grającej progresywnego rocka...). Najważniejszą różnicą było to, że alternatywny system dzielił rok na dwadzieścia cztery miesiące po piętnaście dni i skupiał się na nowej gromadce czterdziestu siedmiu "gwiazd godzinnych". Graficzna forma tablicy - także zachowanej na grobowcach i sarkofagach - przypomina kartę instrukcji jakiejś niemożliwie skomplikowanej gry planszowej. U dołu znajduje się wizerunek klęczącego kapłana w uroczym lnianym kilcie; nad jego głową umieszczono przywodzącą na myśl archaiczną szachownicę siatkę siedmiu przecinających się linii, na której można było zaznaczać ruchy gwiazd.

Dzisiaj sądzimy, że początkujący astronom miał za zadanie usiąść w tej samej pozycji co namalowany kapłan, być może z pionem ciężarkowym w wyciągniętej ręce, i traktując części własnego ciała jako punkty odniesienia, oszacować pozycję gwiazd zaznaczonych na diagramie. Niewykluczone, że musiał przy tym klęczeć nad taflą wody, w której odbijały się gwiazdy wiszące nad jego głową. Dyskusje na ten temat nadal trwają.

Chwiejne godziny

Egipcjanie rozwiązali więc problem mierzenia czasu nocą dzięki śledzeniu ruchów gwiazd, lecz ich godzina nie była ustandaryzowaną jednostką jak nasze sześćdziesiąt minut. Godziny rozciągały się i kurczyły w zależności od pory roku - zimą godzina dnia astronomicznego mogła trwać zaledwie czterdzieści pięć współczesnych minut, a w letnim upale obejmować okres bliższy siedemdziesięciu pięciu minutom. Starożytni tłumaczyli te różnice, teoretyzując, że Słońce orbituje wokół Ziemi nie na wysokości równika, lecz po elipsie, która zimą znajduje się poniżej równika i powoli się wznosi, by latem wylądować powyżej i ponownie rozpocząć wędrówkę w dół. Jeśli ciężko wam się w tym połapać, wyobraźcie sobie hula-hoop nasadzone ukośnie na wielką plażową piłkę, tak że po lewej stronie jest ono bliżej ziemi. Hipoteza ta wyjaśniała, przynajmniej w rozumieniu starożytnych Egipcjan, dlaczego latem Słońce znajduje się wyżej nad horyzontem. Reasumując, egipski dzień zawsze składał się z dziesięciu peł- nych godzin słonecznego światła (i dwóch godzin półmroku), lecz godziny te w lipcu były dłuższe niż w grudniu - dziś zjawisko to można nazwać godzinami sezonowymi. Ale nawet sezonowej godziny nie dawało się odmierzyć za pomocą gwiazd, kiedy nad głowami świeciło słońce. Starożytni uczeni musieli zatem wymyślić jakiś inny sposób prowadzenia obserwacji...

Tyle słońca w całym mieście

Kiedy gwiazdy znikały, a nad horyzontem pojawiało się słońce, metody musiały się zmienić. Herodot - grecki kronikarz nazywany często ojcem historii - twierdził, że to łebscy Babilończycy skonstruowali pierwsze zegary słoneczne, lecz pomysł ten prawdopodobnie pojawił się niezależnie w kilku kulturach, ponieważ z technologicznego punktu widzenia potrzebny był głównie kij wystający z ziemi. Tak czy owak, gdybym kazał wam wymienić słynny starożytny zegar słoneczny, pewnie nie rzucilibyście się opowiadać o Babilonii; jeśli jednak mieszkacie w Paryżu, Londynie lub Nowym Jorku, być może przypomni się wam egipski egzemplarz, koło którego czasami przechodzicie. I nie chodzi o zegar ukryty za szkłem w muzealnej gablocie, lecz prężący się dumnie na świeżym powietrzu. Co mam na myśli? Obeliski nazywane czasami igłami Kleopatry, choć ze słynną królową nie mają nic wspólnego. Liczą one sobie niemal trzy i pół tysiąca lat i w czasach, gdy Kleopatra gziła się z Cezarem, stały już w Heliopolis od tysiąca czterystu lat, oddając niemy hołd bogu słońca. Szczerze mówiąc, archeolodzy nie są pewni, czy obeliski wznoszono z myślą o odmierzaniu czasu, czy też były jedynie wielkimi ozdobami, które przypadkiem rzucały cień. Ale nawet jeśli z założenia miały związek z czasem, przez swoje rozmiary okazały się raczej niepraktyczne w codziennym użytkowaniu, szukano więc mniejszych modeli.

"Milion lat w jeden dzień"
Greg Jenner
Wydawnictwo Naukowe PWN
Książka w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl >>