"Głód" nie próbuje wpędzać nas w poczucie winy. "Głód" budzi gniew

Amerykanie w rozmiarze XXL i głodujący w Nigrze czy Bangladeszu to dwie strony tego samego medalu - dowodzi w reportażu "Głód" Martin Caparrós.
Fragment artykułu pochodzi z marcowego numeru "Książek. Magazynu do Czytania".

Są słowa, których nie należy używać. Zbyt duże jest ryzyko, że odłożycie tekst na potem (czytaj: na zawsze). Przecież wszystko na ten temat już wiemy. Przede wszystkim to, że nic się nie da zrobić. Poza tym - zakładamy poniekąd słusznie - nie ma sensu poddawać się emocjonalnemu szantażowi ani ulegać panice moralnej. Przecież czytelnik nie musi być specjalistą od zbawiania ludzkości.

Dlatego reporterzy boją się tych słów jak ognia. Nakombinują się, jak tu nimi złomotać czytelnika, jak go spoliczkować, jak rozbudzić w nim gniew albo współczucie wygasłe pod wpływem masowej produkcji obrazów cierpienia, i nic. Czasami udaje się im obudzić empatię. Ale najwyżej pięciominutową.

Poprosiłem Mariusza Szczygła o listę tych "zakazanych" słów. Przysłał: "Gospodarka, bezrobocie, niepełnosprawność, wolontariat. To słowa, w których skupia się cała nuda świata".

Powinienem dopisać do tej listy jeszcze jedno pojęcie. Ale jest ono kłopotliwe nawet dla ludzi, którzy zajmują się nim zawodowo. Wolą omijać je szerokim łukiem i pisać o "problemie systemowym", "braku bezpieczeństwa", ewentualnie o "ostrym braku bezpieczeństwa". Wszystko, żeby odebrać słowu jego obraźliwą dla rozumu jednoznaczność. I fizjologiczną dosłowność. Żeby zza liter nie można już było dostrzec żadnej twarzy.

(...)

Ale czy uczłowieczenie problemu to już powód, żeby jakąkolwiek książkę nazwać arcydziełem literatury faktu? Przecież każdy reporter ożywia abstrakcyjne problemy, pochyla się nad Innym i podaje go nam na tacy do zrozumienia i współczucia. Jednak książka Martina Caparrósa jest wyjątkiem, i to dość perwersyjnym. Bo czy wypada napisać książkę, która sprawia, że ekscytuję się litaniami danych i zamęczam przypadkowo spotkanych ludzi zaczerpniętymi z niej dowcipami ("Jakie jest największe marzenie hinduskiego chłopa? Zostać w kolejnym wcieleniu europejską krową"), skoro jej tematem jest zabójca, który ma na koncie więcej ofiar niż wszystkie wojny XX stulecia? Który nawet dziś zabija częściej niż AIDS, malaria i gruźlica razem wzięte?

Reportaż "Głód" w formie elektronicznej jest dostępny w Publio.pl >>

Żyj grubo. Umrzyj młodo

W Polsce ukazała się dotąd tylko jedna książka Martina Caparrósa. Sensacyjna powieść osnuta wokół słynnej kradzieży "Mony Lisy" z paryskiego Luwru i człowieka, który rzekomo miał ją zorganizować. Tytuł: "Tajemnica markiza de Valfierno". Premio Planeta dla najlepszej książki hiszpańskojęzycznej. U nas cztery gwiazdki na Lubimyczytać.pl. Rzecz dla smakoszy.

Jego najnowsza książka odbiera apetyt. Sam Caparrós napisał o niej, że jest zapisem klęski. (...)

Problem z głodem nie polega na tym - pisze Caparrós, i jest to jeden z dziesiątków mitów, z którymi rozprawia się na 723 stronach swojej książki - że świat bogatej Północy obżera się tym, czego brakuje głodującym na Południu. Zbyt długo żyliśmy w przekonaniu, że źródłem głodu jest brak żywności. Problemem - powiedzmy sobie od razu - jest jej (kolejne zakazane słowo, proszę, nie odwracajcie wzroku) dystrybucja. (...) Ubodzy trzeciego czy - jak woli Caparrós - gorszego świata jedzą za mało, więc ich ciała i umysły nie rozwijają się prawidłowo. Ubodzy w krajach bogatych jedzą za to nasączone tłuszczem, cukrem i solą śmieciowe żarcie, a potem tyją do monstrualnych rozmiarów. Ale nie są przeciwieństwem głodujących. "Są drugą stroną tego samego medalu".

Sprawca ich nieszczęść jest ten sam. Ale żeby wyjaśnić, kim jest, jak działa i jak zabija, Caparrós przejechał Indie, Bangladesz, Niger, Kenię, Sudan, Madagaskar, Argentynę, Stany Zjednoczone i Hiszpanię. Wędrował po slumsach i węszył w siedzibie giełdy w Chicago. Jednak jego podróż do źródeł głodu naprawdę zaczęła się gdzie indziej.

Warszawa, 1942 r.

Głód jest bronią niemal doskonałą. Potrafi rozłożyć każdą społeczność. Zanim zabije - odczłowiecza. Zmienia żywych ludzi w agresywne, a potem coraz bardziej bierne monstra. Jak dokonuje się ta metamorfoza? Co dzieje się w naszym ciele, kiedy zaczyna się żywić same sobą, a potem nie wystarcza mu własnych tkanek, żeby przetrwać? Wiemy to bardzo dokładnie.

Doskonałe warunki, żeby poznać z bliska chorobę głodową, przydarzyły się zimą 1942 r. w Warszawie. Grupa lekarzy w dwóch szpitalach zaczęła obserwować i szczegółowo opisywać ofiary głodu. Ich raport został opublikowany w 1946 r. Znaczna większość zarówno uczestników badań, jak i naukowców, którzy je prowadzili, nie żyła.

To, że książka, którą przygotowali, przetrwała, to prawdziwy cud. Terenem "eksperymentu" było bowiem warszawskie getto, badaczami - żydowscy lekarze, którzy uznali, że w ten sposób dadzą najbardziej kompetentne z ich strony świadectwo Zagłady. Jednocześnie badania nad głodem były ich bronią przeciwko upokorzeniu. Niech zabrzmi to patetycznie, trudno, ale naprawdę chodziło im o wiedzę i dobro ludzkości.

Badania w getcie zostały przerwane 22 lipca 1942 r., gdy z Umschlagplatz wyruszył pierwszy transport do komór gazowych Treblinki. W jednym z kolejnych znalazła się prababka Martina Caparrósa. Ale czy ten autobiograficzny wątek warto traktować jako klucz do "Głodu"? Tak, choć sam Caparrós twierdzi inaczej. - W ciągu ostatnich lat zajmowałem się wieloma tematami - opowiadał w jednym z wywiadów. - Migracje, zmiany klimatyczne, kryzys ekonomiczny. Jednak zza każdego z nich w końcu jak zza zasłony wyłaniał się głód.

Nawet arabską wiosnę da się nim wyjaśnić. Nie mówiąc o fali emigrantów, którzy próbują mniej lub bardziej skutecznie przedrzeć się do Europy.

- Nie miałem wyjścia, musiałem się nim zająć. Od początku - mówi Caparrós.

Jedzenie to prawo człowieka

Nie, Martin Caparrós nie szantażuje cierpieniem. Nie próbuje nas wpędzać w poczucie winy. Budzi za to...

Oburzenie to za słabe słowo. "Głód" budzi gniew. Ale nie wyciąga na ulice, nie wywołuje moralnej paniki skłaniającej do gestów bez znaczenia. Zmusza za to do gruntownego przemyślenia własnego miejsca w świecie rozdartym nierównościami.

Jednak Caparrós ma rację, pisząc, że jego książka jest zapisem klęski. Musi nim być, tak jak każde dzieło, które wzywa do natychmiastowej, głębokiej, globalnej zmiany. Do zburzenia świata opartego na rosnących gwałtownie nierównościach i budowania rzeczywistości, w której dostęp do żywności - zdrowej, takiej, która pozwala dziecku się rozwijać, a nie wegetować - to uniwersalne prawo. Gdzie realizacja tego prawa nie jest uzależniona od "wolnej gry rynkowej" ani czyjejkolwiek arbitralnej decyzji. Tylko kto ma to prawo wyegzekwować, skoro ani rządy, ani organizacje międzynarodowe, a nawet wielkie religie nie potrafią się upomnieć o ubogich i głodujących? A zamiast tego konserwują system ignorancji i lęku przed zadawaniem pytań?

Argentyńczyk swoje pisanie doprowadził do granicy: po przeczytaniu "Głodu" nie da się uciec przed powtarzanym w książce jak refren pytaniem: "Jak, do diabła, dajemy radę żyć, wiedząc?". Nie da się prowadzić uwalniającej od odpowiedzialności gry w nieprzejrzysty, niezrozumiały świat, którego nie sposób naprawić. Nie da się pielęgnować bezkrytycznej wiary w świat liberalnej gospodarki, najlepszy z możliwych. Nie da się nie uwierzyć w konieczność gruntownych ekonomicznych, politycznych i społecznych zmian, których busolą powinny być w większym stopniu prawa człowieka niż prawa narodów. Nawet jeśli wciąż nie wiemy, dokąd nas te zmiany zaprowadzą, jeśli "nowym paradygmatem jest to, co nie do pomyślenia".

Zmienić to, co nie do pomyślenia, w rzeczywistość. To nie utopia. To zadanie. I wskazówka: temu powinna służyć współczesna zaangażowana literatura faktu.

Pełen tekst artykułu znajdziesz w marcowym numerze "Książek. Magazynu do Czytania"

"Głód"
Martin Caparrós
Wydawnictwo Literackie
Ebook jest dostępny tylko w Publio.pl >>