"Historia pszczół" - najmniej norweska powieść norweska ostatnich lat [FRAGMENTY]

Troje intrygujących bohaterów z Anglii, USA i Chin, walka o przyszłość ludzkości... i historia niezwykłych owadów, ich miejsca w przyrodzie i ludzkiej cywilizacji. "Historia pszczół" to epicka w swoim wymiarze książka, która jeszcze przed wydaniem została zakupiona przez 15 krajów, a w rodzimej Norwegii zgarnęła jedno z najważniejszych wyróżnień - Nagrodę Księgarzy Norweskich. W Polsce właśnie trafia do księgarń, a my prezentujemy jej obszerny przedpremierowy fragment.
"Historia pszczół" w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl. Sprawdź >>

Dystrykt 242, Shirong, Syczuan, 2098

Drzewa mają wiek jednego ludzkiego pokolenia. Gałęzie, kruche niczym cienkie szkło, łamią się pod naszym ciężarem. Odwracam się z największą uwagą, drzewa nie wolno uszkodzić. Prawą nogę ulokowałam na wyższej gałęzi, ostrożnie podciągnęłam lewą. I w końcu znalazłam bezpieczną pozycję do pracy, niewygodną, ale stabilną. Stąd dosięgnę znajdujących się najwyżej kwiatów. Niewielki plastikowy pojemnik pełen jest leciutkiego złota, starannie odważonego i przydzielanego nam na początku dnia, dokładnie tyle samo dla każdej. Jakby w stanie nieważkości próbuję czerpać niewidzialne porcje z pojemnika i przenosić ponad gałęziami. Wszystkie bez wyjątku kwiaty należy zapylić owym małym pędzelkiem z kurzych piór, od kur wyhodowanych specjalnie w tym celu. Żadne pióra ze sztucznych włókien nie okazały się nawet w przybliżeniu tak skuteczne. Testowano je i testowano, bo czasu mieliśmy dość, w moim dystrykcie tradycja liczy sobie ponad sto lat. Tutaj pszczoły zniknęły już w latach osiem dziesiątych dwudziestego wieku, na długo przed Zapaścią. Wyniszczyły je opryski. Po paru latach, gdy zaprzestano stosowania środków chemicznych, pszczoły wróciły, ale wtedy ręczne zapylanie już się upowszechniło. Rezultaty - choć zabiegi wymagają niewiarygodnie dużej liczby ludzi, mnóstwa rąk - okazały się niezłe. I oto, gdy doszło do Zapaści, mój dystrykt znalazł się w czołówce tych, które jakoś sobie radzą. Opłaciło się teraz, że nasze tereny były najbardziej zanieczyszczone. Pod tym względem przodowaliśmy w kraju, dlatego też znaleźliśmy się w czołówce ręcznego zapylania. Uratował nas paradoks.

Wyciągam ręce, jak tylko mogę, ale do najwyższych kwiatów i tak nie sięgam. Już miałam dać za wygraną, wiem jednak, że mogę zostać ukarana, więc próbuję jeszcze raz. Potrącają nam z pensji, jeśli zużywamy zbyt dużo pyłku. Ale potrącają też, jeśli zużywamy go zbyt mało. Rezultaty naszej pracy pozostają niewidoczne. Kiedy pod koniec dnia schodzimy z drzew, o naszym dziennym wkładzie świadczą jedynie krzyżyki na pniach narysowane czerwoną kredą. Najlepiej, żeby codziennie było ich około czterdziestu. Dopiero z nadejściem jesieni, kiedy drzewa uginać się będą pod ciężarem owoców, można będzie powiedzieć, gdzie wykonano dobrą robotę. Do tej pory jednak dawno zapomnimy, kto zapylał które drzewo.

(...)

Każdej wiosny przychodzą nowe dzieci. Ale czy zawsze były takie małe? Czy może przyprowadza się coraz młodsze?

Nie. To ośmiolatki. Tak jak zawsze. Właśnie skończyły szkołę. Chociaż może... Ależ tak, poznały liczby i parę znaków, w ogóle jednak szkoła jest jedynie formą zorganizowanej opieki, przechowalnią dzieci i przygotowaniem do życia tutaj, na polach. Ćwiczy w siedzeniu bez ruchu przez dłuższy czas. "Siedź spokojnie, nie ruszaj się. Właśnie tak". I uczy wykonywania finezyjnych ruchów. Dzieci tkają dywany, jak tylko skończą trzy lata. Ich małe paluszki znakomicie się do tego nadają, potrafią odtwarzać skomplikowane wzory. Tak samo jak te, które właśnie tu przechodzą, świetnie nadają się do perfekcyjnej pracy przy zapylaniu.

Dzieci minęły nas, kierując się w stronę innych drzew. I szły dalej, w kierunku innego pola. Tamten mały chłopiec się potknął, ale wysoka dziewczynka trzymała go mocno, więc nie upadł.

W końcu wszyscy zniknęli w oddali, stopili się z drzewami.

- Dokąd one idą? - spytała jedna z kobiet z mojej brygady.

- Pewnie na czterdzieste dziewiąte lub pięćdziesiąte - odparła inna. - Tam nikt jeszcze nie zaczął zapylać.

Serce mi się ścisnęło. To bez znaczenia, dokąd dzieci idą, na które pole. Chodzi o to, co będą tam...

Od strony baraku znowu dał się słyszeć odgłos fletu. Poruszałam się wolno, mimo to serce biło mi mocno. Bo dzieci nie są młodsze. Więc Wei-Wen Za pięć lat będzie miał osiem. Jeszcze tylko pięć lat i nadejdzie jego kolej. Pracowite ręce są tutaj więcej warte niż w jakimkolwiek innym miejscu. Małe paluszki jakby zostały stworzone do tego typu pracy.

Ośmiolatki na polach, dzień po dniu, zesztywniałe drobne ciałka w koronach drzew. Pozbawione dzieciństwa, takiego jak miałam ja i moi rówieśnicy. My chodziliśmy do szkoły do piętnastego roku życia.

A oni? Takie nie-życie.

Trzęsły mi się ręce, kiedy unosiłam plastikowy pojemnik z drogocennym pyłem. Wszyscy musimy pracować, by zdobywać pożywienie, mówiono nam, musimy sami wyhodować to, co będziemy jeść. Każdy musi wnieść swój wkład, nawet dzieci. Bo na co komu wykształcenie, kiedy magazyny zbożowe świecą pustkami? Kiedy porcje z każdym miesiącem stają się mniejsze i mniejsze? Kiedy człowiek kładzie się spać głodny?

Odwróciłam się, by sięgnąć do kwiatów za moimi plecami, ale tym razem ruch był zbyt gwałtowny. Przesunęłam się obok gałęzi, której nie zauważyłam, straciłam nagle równowagę i opadłam ciężko w drugą stronę.

Właśnie wtedy to się stało. Suchy trzask, którego tak nienawidzimy. Odgłos złamanej gałęzi.

Szybko podbiegła do mnie brygadzistka. Obejrzała drzewo, bez słowa oceniła szkody. Zanim odeszła, zapisała coś w notatniku.

Gałąź nie była ani długa, ani gruba, ale i tak wiedziałam, że w tym miesiącu przepadła już cała nadwyżka. Pieniądze, które miały znaleźć się w ołowianym pojemniku w kuchennej szafce, bo tam odkładamy każdziutkiego juana, jakiego uda nam się zaoszczędzić.

Głęboko zaczerpnęłam powietrza. Nie byłam w stanie o tym myśleć. Mogłam tylko pracować dalej. Unosić rękę, głęboko zanurzać pędzelek w pyłku, ostrożnie zbliżać się do kwiatów, strząsać na nie pyłek, jakbym była pszczołą.

Wolałam nie spoglądać na zegarek. Przekonałam się, że to nie pomaga. Wiedziałam tylko, że z każdym kwiatkiem, nad którym przesuwam pędzelek, odrobinę przybliża się wieczór. I owa jedyna krótka godzina, którą każdego dnia mogę spędzić ze swoim dzieckiem. Ta godzina to wszystko, co mamy, i może podczas niej mogłabym na syna wpłynąć, zasiać ziarno, z którego wykiełkuje szansa, jakiej sama nigdy nie dostałam.

William

Edmund?

- Dzień dobry, ojcze.

Stał przy moim łóżku. Nie miałem pojęcia, od jak dawna znajduje się w pokoju. Bardzo się zmienił, jest wyższy, i nos Kiedy widziałem go po raz ostatni, wydawał mi się zbyt duży. Nosy u młodych rosną we własnym tempie, wyprzedzając resztę ciała, ale teraz nos syna pasuje do jego twarzy. Edmund zrobił się ładny, tą urodą, której zapowiedź zawsze w sobie miał. Elegancki, choć trochę niestarannie ubrany. Szal w kolorze butelkowej zieleni swobodnie otaczał szyję. Nieco zbyt długa grzywka skrywała oczy, ale było mu z nią bardzo do twarzy. Poza tym wydał mi się blady. Czy nie sypia wystarczająco długo?

Edmund jest moim jedynym synem. Jedynym synem Thildy. Nie trzeba było wiele czasu, bym zrozumiał, że on jest jej, jej bez reszty. Od dnia, kiedyśmy się poznali, dawała do zrozumienia, że jej największym pragnieniem w życiu jest urodzić chłopca, i kiedy w rok później on się u nas pojawił, jej życiowe zadanie zostało wypełnione. Dorothea i Charlotte, a później pozostałych pięć dziewcząt to tylko cienie brata. W jakiś sposób mogłem żonę zrozumieć. Tych siedem dziewcząt nieustannie przyprawiało mnie o ból głowy. Ich niekończące się gadanie, hałasowanie, bieganie, płacz, chichoty, kaszel, pociąganie nosem, ale przede wszystkim rozmowy, które takie dziewczynki prowadzą, zlewały się w jedno. Wszystkie te dźwięki otaczają mnie od chwili, gdy wstaję z łóżka, aż do momentu, kiedy kładę się spać. Ale na tym nie koniec, noce też są niespokojne. Zawsze znajdzie się dziecko płaczące przez sen, zawsze ktoś idzie przez pokój w samej nocnej koszuli, we śnie zrzuca buty, a jego bose stopy klapią o podłogę, które wślizguje się do łóżka, wydając jakieś odgłosy, niektóre żałośnie szlochają, inne niemal agresywnie żądają, by mogły położyć się między rodzicami. Zachowanie ciszy jest dla nich niemożliwe, wobec tego dla mnie niemożliwa stała się praca w domu, niemożliwe stało się pisanie. Bo naprawdę próbowałem. Nie zrezygnowałem natychmiast, jak sądzi Rahm. Ale na nic się to nie zdało. Nawet jeśli zamykałem drzwi do swojego pokoju, z jasną i wyraźną informacją dla całej rodziny, że tata musi pracować, więc powinni to uszanować, nawet jeśli obwiązywałem głowę szalem, by stłumić dźwięki lub zatykałem uszy pęczkami wełny, nawet wtedy je słyszałem. Wszystko na nic. Z biegiem lat miałem coraz mniej czasu na własną pracę i wkrótce nie byłem niczym więcej jak tylko pospolitym kupcem, który wypruwa sobie żyły, by nakarmić te wiecznie głodne dziewczęce buzie. Buzie niemające dna. Dobrze zapowiadający się badacz natury musiał ustąpić zmęczonemu, podstarzałemu kupcowi nasiennemu, ze zmęczonymi od stania za ladą nogami, głosem ochrypłym od nieustannych rozmów z klientami i palcami nieustannie liczącymi pieniądze, których nigdy nie starcza. A wszystko to robi przy akompaniamencie zgiełku wzniecanego przez dziewczynki.

Edmund stał całkiem spokojnie. Dawniej jego ciało było niczym morze w pobliżu cypla - wiatr i fale spotykają się tam i uderzają w siebie nawzajem, chaotycznie, bez reguł. Jego niepokój był nie tylko fizyczny, szalał także w jego duszy. Nie było w tym żadnego systemu. W jednej chwili mógł pokazać się z serdecznej, dobrej strony, pomóc nieść wiadro tylko po to, by okazać uprzejmość. W następnej natomiast mógł wylać zawartość wiadra na podłogę, żeby, jak to określił, utworzyć jezioro. Napomnienia do niego nie trafiały. Jeśli podnosiliśmy głos, śmiał się i biegł w swoją stronę. Zawsze w pędzie, tak go zapamiętałem, jego małe stópki nigdy nie zaznawały spokoju, zawsze w drodze dokądś, od tej czy innej małej katastrofy, którą wywołał. Od wywróconego wiadra z wodą, potłuczonej porcelanowej filiżanki, zniszczonej robótki na drutach. Kiedy coś takiego się działo, a działo się często, nie miałem innego wyjścia, jak tylko go złapać, przytrzymać mocno, wyciągając równocześnie pasek ze spodni. Zacząłem nienawidzić świszczącego odgłosu skóry ocierającej się o materiał, brzęczenia sprzączki spadającej na deski podłogi. Przerażenie tym, co nastąpi, było niemal gorsze od rzeczywistych razów. Skórzany pasek w dłoni i sprzączka. Trzymałem ją w ręce, nigdy nie uderzałem tym końcem, nie byłem jak mój ojciec, który zawsze pozwalał, by sprzączka świszczała w powietrzu i boleśnie raniła mój grzbiet. Ja ujmowałem ją w dłonie i trzymałem tak mocno, że zostawały mi po niej ślady. Pasek spadający na nagie plecy, czerwone plamy rozkwitające na białej skórze niczym pnące się liany. U innych dzieci te czerwone rośliny miały za zadanie tłumić niepokój i przekazywać dziecięcej świadomości pamięć kary, tak by następnym razem nie popełniały tego samego błędu. Ale nie u Edmunda. On zdawał się nie rozumieć, że wszystkie jego nieznośne zachowania doprowadzą go ponownie do pasa, że istnieje związek między jeziorem na kuchennej podłodze i bolesnymi razami. Mimo wszystko musiałem reagować, miałem tylko nadzieję, że on w głębi duszy dostrzega też moją miłość, rozumie, że nie mam wyboru. Karzę go, ergo jestem ojcem. Biłem, a płacz dławił mnie w piersi, pot spływał z czoła, a ręce się trzęsły. Pragnąłem bić tak, aby wyrwać z niego niepokój, ale to nigdy nie pomagało.

- Gdzie są inni? - spytałem, bo dom był dziwnie cichy.

Natychmiast pożałowałem. Nie powinienem był pytać o pozostałych. Nie teraz, kiedy on wreszcie do mnie przyszedł. Nie teraz, kiedy w końcu jesteśmy tylko my dwaj.

Edmund zachwiał się lekko, jakby tracił równowagę i nie wiedział, na którą nogę przenieść ciężar ciała.

- W kościele. A zatem to niedziela. Próbowałem usiąść. Uniosłem lekko kołdrę. W nos

uderzyły mnie wonie mojego ciała. Kiedy się ostatnio myłem?

Jeśli Edmund coś zauważył, nie dał tego po sobie poznać.

- A ty? - spytałem. - Dlaczego zostałeś w domu? Zabrzmiało to jak oskarżenie. Chociaż powinno być

podzięką.

Syn nie patrzył na mnie, wbił wzrok w ścianę ponad oparciem łóżka.

- Ja Miałem nadzieję, że będę mógł z tobą porozmawiać - rzekł w końcu.

Wolno skinąłem głową, ale całą siłą woli starałem się nie pokazać, jaką wielką radość sprawiła mi jego wizyta.

- Dobrze - odparłem. Bardzo sobie cenię to, że cię widzę. Od dawna miałem nadzieję, że zechcesz przyjść.

Próbowałem siedzieć wyprostowany, ale kręgosłup nie chciał mnie w tej pozycji utrzymywać, musiałem więc oprzeć się o poduszkę. Już samo to było wysiłkiem. Stłumiłem chęć podciągnięcia kołdry jeszcze wyżej, by ukryć pod nią odór. Sam prawie nie mogłem wytrzymać tego smrodu. Że też nie poczułem go wcześniej! Nie zdawałem sobie sprawy, że tak bardzo potrzebuję kąpieli. Uniosłem rękę do twarzy. Zarost, który nigdy nie był zbyt bujny, zwisał teraz z mojej twarzy w postaci długich na wiele centymetrów nierównych kosmyków. Muszę wyglądać jak jaskiniowiec.

Edmund patrzył na moje palce u nóg wystające spod kołdry. Paznokcie były długie i brudne. Pośpiesznie zakryłem stopy i usiadłem na posłaniu.

- No to powiedz mi teraz, co ci leży na sercu. Nie spojrzał mi w oczy, ale nie było w nim skrępowania, kiedy przedstawiał swoją prośbę.

- Może ojciec mógłby wkrótce wstać? Na moich policzkach pojawiły się rumieńce wstydu.

Thilda mnie prosiła, dziewczynki prosiły, prosił doktor. Ale nigdy przedtem Edmund

- Nieskończenie sobie cenię, że do mnie przyszedłeś - rzekłem łamiącym się głosem. - Chętnie ci wytłumaczę

- Wytłumaczysz? - Odgarnął dłonią grzywkę. - Nie potrzebuję żadnych tłumaczeń. Chciałem cię tylko prosić, byś wstał z łóżka.

Co miałem powiedzieć? Czego on ode mnie oczekiwał? Zapraszającym gestem poklepałem dłonią materac.

- Usiądź tutaj, Edmundzie. Porozmawiajmy. Co robiłeś w ostatnim czasie?

On się nie poruszył.

- Opowiedz mi o szkole. Zakładam, że wszystko idzie gładko.

Mój syn przygotowywał się, żeby jesienią wyjechać do szkoły w stolicy. Od dawna oszczędzaliśmy na jego naukę. I wkrótce będzie gotowy. Nagle poczułem ukłucie w piersi, bo przecież Thilda mogła wydać te pieniądze, podczas kiedy ja tu leżałem.

- Zakładam, że nic się nie zmieniło? Szkolne plany nadal obowiązują? - spytałem pośpiesznie.

On przytaknął, ale bez wyraźnego entuzjazmu.

- Pracuję, kiedy znajduję inspirację.

- Świetnie. Inspiracja to ważna siła napędowa. Wyciągnąłem do niego rękę.

- Chodź i usiądź tutaj. Porozmawiajmy ze sobą szczerze. Dawno tego nie robiliśmy.

On jednak nadal stał.

- Ja muszę iść na dół.

- Tylko kilka minutek. - Próbowałem mówić swobodnym tonem.

Edmund kręcił przecząco głową, nie patrzył na mnie.

- Muszę się uczyć. Cieszyłem się, że syn pracuje, ale jednak, skoro

w końcu przyszedł, mógłby mi poświęcić trochę więcej czasu.

- Chciałem cię zatrzymać jedynie na chwilkę.

Z jego ust wydobyło się niemal niedosłyszalne westchnienie, mimo to podszedł bliżej. Usiadł na krawędzi łóżka, wahał się przez chwilę i podał mi rękę.

- Dziękuję - powiedziałem cicho. Jego dłoń była ciepła i gładka. Promieniała, stanowiła więź między nami, poczułem, jakby przepływała przeze mnie świeża krew. Chciałem tylko tak siedzieć, ale jego wciąż obecny niepokój nie dał się nie zauważyć. Edmund nie mógł usiedzieć bez ruchu, wciąż zmieniał pozycję, drżały mu nogi.

- Przykro mi, ojcze. - Zerwał się gwałtownie.

- Nie! - zawołałem. - Nie musisz niczego żałować. Rozumiem. To jasne, że powinieneś pracować.

Skinął głową. Wpatrywał się w drzwi, chciał po pros tu wyjść, znowu zostawić mnie samego. Zrobił kilka kroków, po czym przystanął, jakby sobie o czymś przypomniał, i się odwrócił.

- Ale ojcze Czy naprawdę nie mógłbyś przynajmniej próbować znaleźć w sobie tyle woli, by wstać?

Przełknąłem ślinę, wiedziałem, że winien mu jestem szczerą odpowiedź.

- To, czego mi brakuje, to nie jest wola. To jest pasja, Edmundzie.

- Pasja? - Uniósł głowę, widocznie to słowo coś w nim obudziło. - Więc musisz ją odnaleźć, ojcze - rzekł pośpiesznie. - I pozwolić, by cię prowadziła.

Musiałem się uśmiechnąć. Takie wielkie słowa w tym niepozornym ciele.

- Bez pasji jesteśmy niczym - zakończył ze stanowczością, jakiej dotychczas nigdy u niego nie zauważyłem.

Nie powiedział nic więcej. Po prostu opuścił pokój, a ostatnie, co do mnie dotarło, to odgłos jego kroków na korytarzu. Słyszałem, że dotarły do schodów, potem zeszły na dół. I gdzieś się rozpłynęły. Ja zaś poczułem, że nigdy wcześniej syn nie był mi tak bliski.

Rahm miał rację, zapomniałem o pasji i pozwoliłem, by otoczyła mnie trywialność. Nie wkładałem w swoją pracę wielkiego zainteresowania, dlatego utraciłem Rahma. Ale Edmund wciąż tu jest. Mógłbym nadal być jego mentorem, działać tak, by był ze mnie dumny. W ten sposób mielibyśmy szansę się do siebie nawzajem zbliżyć. Poprzez honor, jakim otoczyłbym rodzinne nazwisko, nasze stosunki mogłyby rozkwitnąć i przynieść owoce. Niewykluczone, że dzięki temu udałoby mi się odnaleźć także powrotną drogę do Rahma, a wtedy byłoby nas trzech: ojciec, syn i nauczyciel.

Przewróciłem się na bok, zrzuciłem kołdrę z cuchnącego ciała, potem wstałem. Tym razem się to dokonało. W końcu.

George

Stałem w szopie i budowałem drewniane ule. Często się tym zajmuję o tej porze roku. Wiosna się zbliża, przyroda gotowa jest wybuchnąć zielenią, wszyscy mówią o tym, jak jest pięknie, i że chcieliby tylko wyjść na zewnątrz, by się tym rozkoszować. A tymczasem ja przesiaduję w zamknięciu, pod buczącą świetlówką, i hebluję jak szalony. W tym roku pracuję więcej niż kiedykolwiek. Po wyjeździe Toma Emma i ja rozmawialiśmy niewiele. Większość czasu spędzam tu, w szopie. Zresztą, prawdę powiedziawszy, bałbym się wdawać w rozmowę z nią. Jest bardziej wygadana ode mnie, kobiety często takie bywają i nie tak rzadko zdarza się, że osiągają to, co chcą. Chociaż, jak się zastanowić, Emma często miewa też rację. Ale nie tym razem. Tyle to ja wiem.

I właśnie dlatego tkwię w tej szopie. Od rana do wieczora. Reperuję stare ule, buduję nowe. Nie żadne standardowe wyroby, nie w tej rodzinie. Zawsze mieliśmy własny wzorzec. Rysunki techniczne wiszą na ścianie w jadalni, oprawione, za szkłem. To Emma je kiedyś powiesiła. Znalazła te szkice w kufrze na strychu, gdzie sobie po prostu leżały, bo w mojej rodzinie i tak wszyscy znali wymiary na pamięć. Skrzynia, prawdziwy amerykański kufer, mogła zostać sprzedana jakiemuś antykwariuszowi za sporą sumę, ale ja uważałem, że dobrze mieć coś takiego na poddaszu. Niech mi przypomina, skąd pochodzę. Skrzynia przyjechała przez morze z Europy, kiedy pierwszy członek naszej familii postawił stopę na amerykańskiej ziemi. Była to pewna samotna dama. Wszystko pochodzi od niej, z jej skrzyni, od szkiców.

Pożółkły kruchy papier zaczynał się rozpadać, Emma jednak uratowała go za pomocą szkła i solidnych złoconych ram. Postarała się też, by szkice wisiały poza zasięgiem słonecznego światła.

Mnie one w żadnym razie potrzebne nie były. Zbijałem ule już tyle razy, że mógłbym to robić z zamkniętymi oczami. Ludzie śmieją się z nas, że budujemy je sami, żaden inny znajomy pszczelarz tego nie robi. Szkoda im czasu. Ale u nas zawsze tak było. To są nasze ule. Nie mówię o tym głośno, nie chciałbym się przechwalać, ale jestem pewien, że pszczoły czują się lepiej w naszych ulach niż w produkowanych masowo standardowych skrzyniach. Więc niech się ludzie śmieją.

Narzędzia leżały przygotowane w szopie, obok grubych, pachnących desek. Zacząłem od skrzynek. Ciąłem listwy piłą elektryczną i zbijałem deski gumowym młotkiem. Szło mi dobrze, wkrótce widać było rezultaty. Przygotowanie ram wymaga więcej czasu. Dziesięć ram dla każdego ula. Jedyna rzecz, którą kupujemy gotową, to metalowa sieć dla królowej, z otworami szerokości 4,2 milimetra, które sprawiają, że matka nie może się wydostać na zewnątrz, natomiast mniejsze robotnice wychodzą swobodnie. Istnieją granice.

Praca nie dawała mi spać. Tutaj, w zimnej szopie, gdzie trociny unoszą się w powietrzu niczym płatki śniegu, zmęczenie objawia się inaczej niż w domu. Poza tym wściekły zgrzyt elektrycznej piły nie dałby mi zasnąć. Zwykle używam ochraniaczy na uszy wytłumiających dźwięk, ale teraz je zdjąłem, pozwoliłem, by hałas wypełniał mi głowę. Bo wtedy nie ma w niej miejsca na nic innego.

Nie zauważyłem, kiedy weszła Emma. Mogła stać długo i mi się przyglądać, zdążyła w każdym razie włożyć ochraniacze na uszy. Odwróciłem się, by sięgnąć po kolejne listwy, i wtedy ją zobaczyłem. Stała sobie po prostu z tymi wielkimi żółtymi ochraniaczami z plastiku. Uśmiechała się.

Wyłączyłem piłę.

- Hej?

Emma wskazała na swoje ochraniacze i lekko pokręciła głową. W porządku. Nie słyszy, co mówię. Staliśmy tak przez chwilę. Ona nadal się uśmiechała. Nie mogłem się pomylić co do tego uśmiechu. Ostatnio ważnym tematem w naszej okolicy jest okres przejściowy u kobiet. Panie, kiedy sądzą, że nikt ich nie słyszy, szepczą między sobą o uderzeniach gorąca, zatrzymywaniu wody, nocnym poceniu się i no właśnie. My też o tym rozmawialiśmy: obniżonym libido. Emma jednak pozostała taka jak dawniej. I oto teraz, kiedy tak stała z ochraniaczami na uszach, nietrudno było się domyślić, czego pragnie.

Od ostatniego razu minęło dużo czasu. Nie byliśmy ze sobą od przyjazdu Toma. Krępowała nas jego obecność w domu, baliśmy się, że mógłby usłyszeć, jakby nadal był malcem sypiającym w naszym pokoju. Zawsze, kiedy kładliśmy się do łóżka zaczynaliśmy szeptać. Poruszaliśmy się ostrożnie, okrywaliśmy kołdrą i każde po cichu przewracało kartki w swojej książce. I potem, kiedy wyjechał, nie podejmowaliśmy tematu. Ja nawet o tym nie myślałem.

Teraz Emma mnie objęła, pocałowała w usta, oczy miała otwarte.

- Sam nie wiem - bąknąłem. Byłem dziwnie sztywny, niezdarny, nie czułem w sobie energii. - Trochę jestem zmęczony.

Ona uśmiechnęła się tylko i znowu wskazała ochraniacze.

Próbowałem je zdjąć, ale mnie odepchnęła.

Znowu staliśmy tak przez chwilę. Trzymałem ją za rękę. Na jej wargach uśmiech trwał jak przyklejony.

- Okay.

Ja też wyjąłem ochraniacze.

- Tak chciałaś?

I z jakiegoś powodu wstąpiło we mnie życie. Nie było wcale cicho, nigdy nie jest całkiem cicho, kiedy człowiek zostawia wszystko za sobą, szum w mózgu, własny oddech, bicie serca, wszystko naraz.

Całowaliśmy się, język Emmy był miękki, usta uchylone i ciepłe. Posadziłem ją na stolarskim blacie. Jej głowa znalazła się na wysokości mojej. Powietrze było zimne, musiała odczuwać dotyk moich palców jakby to były kawałki lodu. Skuliła się, ale nie cofnęła. Chuchałem na swoje dłonie, choć to chyba niewiele pomogło, bo Emma zadrżała, kiedy spróbowałem wsunąć je pod jej sweter. Położyła się na blacie z nogami zwisającym ku podłodze. Zacząłem całować ją po brzuchu, ale przesunęła moją głowę w dół. Drgnęła pod dotykiem mojego języka. Może nawet jęknęła, ale tego nie mogłem usłyszeć.

Potem leżeliśmy na tym blacie oboje, ona na górze. Wszystko razem nie zabrało nam zbyt wiele czasu, było na to za zimno. I deski stolarskiego blatu boleśnie uwierały mnie w łopatki.

Kiedy skończyliśmy, ona zdjęła ochraniacze z uszu, podciągnęła spodnie i wsunęła w nie brzeg swetra. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, wyszła.

Pozostało jednak ciepło jej ciała, unosiło się w powietrzu nad stolarskim blatem.

Gulf Harbors. Znowu to samo. Gulf Harbors. Słowa nie chciały się ulotnić, nadal tłukły mi się w głowie. Gulf Harbors, lepkie niczym ciasto, Gulf Harbors, mocno potrząsnąłem głową, chciałem się ich pozbyć, ale one trwały tak samo uporczywie: Harb Gulfors, Gulf Borshar, Bors Harbgulf, Harb Forsgulf.

Tam jest teraz ciepło. Wczoraj, w tajemnicy przed Emmą, sprawdziłem pogodę. Nie wiem dlaczego, po prostu włączyłem w telewizorze krajową prognozę pogody, a potem siedziałem i czekałem, aż pojawi się Tampa. Pokazano, że o tej porze roku mogą być niewielkie opady. Tutaj nadal panuje deszczowa wiosna, ale tam już lato jak marzenie. Życie na świeżym powietrzu. Grillowanie. Delfiny. Krowy morskie.

Gulf Harbors.

Słowa tkwiły jak wrośnięte, nie można było się ich pozbyć. Więc niech tak zostanie.

Emma to niezwykła kobieta. Jestem szczęściarzem, że ją mam. Niezależnie od tego, co się stanie, to się nie zmieni. Nawet gdybyśmy przeprowadzili się na Florydę.

Cytowany fragment pochodzi z książki Mai Lunde "Historia pszczół" w przekładzie Anny Marciniakówny. Powieść ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Historia pszczół
Maja Lunde
Wydawnictwo Literackie
Ebook jest dostępny w Publio.pl >>