Z punktu widzenia Farera Polska to czytelniczy raj [ROZMOWA]

Ove Logmansbo wychował się na Wyspach Owczych, będąc synem Farera i Polki. Stąd decyzja o napisaniu swojej pierwszej powieści po polsku. Autor przyznaje, że mimo iż w Farerach płynie wikińska krew, ustępuje ona pola w zderzeniu z polską.
"Enklawa" Ove Logmansbo w formie ebooka jest dostępna tutaj >>

Pańską książkę wydało Wydawnictwo Dolnośląskie - to samo, które w Polsce wydaje powieści Jo Nesbo. Okładka "Enklawy" utrzymana jest w podobnym tonie. Wielu czytelnikom może się wydawać, że mają do czynienia z "kolejnym" skandynawskim pisarzem.

Rzeczywiście, pewne podobieństwo w oprawie graficznej jest, ale bardzo mi z tego powodu miło. Wiem też, że wydawca rozmawiał z Jo Nesbo na mój temat i skoro norweski kolega po piórze się nie zżymał, ja tym bardziej nie zamierzam - szczególnie, że to doprawdy wybitny pisarz, do poziomu którego chcę równać. I mam nadzieję, że kiedyś mi się uda.

Tymczasem Pan napisał ją po polsku. Czy mógłby Pan powiedzieć nam coś więcej o swoim pochodzeniu? Skąd decyzja o napisaniu książki po polsku?

Urodziłem się w Tórshavn, mój ojciec jest Farerem, a matka Polką. I to dość... charakterną. Mimo że mieszkała na Owcach już jakiś czas i dobrze znała farerski, nigdy nie zaniedbała mojej nauki polskiego. Ojciec zresztą też na tym skorzystał. Potrafi się porozumiewać, choć wiele spraw gramatycznych mu umyka.

Ja posługuję się polskim właściwie na co dzień, więc decyzja o napisaniu książki w tym języku wydawała się naturalna. Na wyspach pierwsza książka po farersku ukazała się w dziewiętnastym wieku i od tamtej pory dorobiliśmy się ok. 6 600 tytułów. W Polsce rocznie wydaje się ich 27 000, więc decyzja nie była trudna.

Czuje się Pan Polakiem? Czy możemy powiedzieć, że Ove Logmansbo jest polskim pisarzem?

Z całą pewnością. Mimo że w Farerach płynie wikińska krew, ustępuje ona pola w zderzeniu z polską. A może to tylko wynik przebojowego charakteru mojej matki...

Jaka była reakcja wydawców, gdy zgłosił się Pan, pisząc (jak rozumiem) piękną polszczyzną?

Niektórzy byli zdziwieni, inni wiedzieli, że regularnie bywam w Polsce i także tu pracuję. Z późniejszych rozmów wynikło też, że niektórzy założyli, iż sporo czytam po polsku. I muszę przyznać, że mieli rację. W tamtym roku wydano na Farojach raptem sto zagranicznych pozycji, z czego tylko kilkadziesiąt było powieściami. Wybór jest niewielki, w przeciwieństwie do sytuacji w Polsce. Tutaj mamy dostęp właściwie do każdego autora i każdej książki - Jo Nesbo, John le Carré, Leif G. W. Persson, Jorn Lier Horst, Camilla Läckberg... można wymieniać bez końca. Z punktu widzenia Farera to czytelniczy raj.

Podobno na Wyspach Owczych nie wydaje się lokalnych pisarzy? Dlatego, że ich nie ma, czy są jakieś inne powody?

Skąd! Mniej więcej połowa rocznie wydawanych pozycji to dzieła wyspiarskich pisarzy. Wychodzi więc na to, że rocznie publikuje się około stu takich pozycji. Przeważa jednak literatura faktu lub książki dla dzieci i młodzieży. Dlaczego tak jest, trudno mi powiedzieć. Z niejaką zazdrością patrzę na Szwecję, gdzie debiut Camilli Läckberg rozszedł się w czterech milionach egzemplarzy... szczególnie że mieszka tam raptem dziewięć i pół miliona osób.

Mała społeczność, mogłoby się wydawać, daje idealną okazję, by z bohaterów powieści uczynić bohaterów serii. Czy w Pana głowie kiełkują już kolejne pomysły? Czy przeczytamy jeszcze o Hallbjornie Olsenie albo Katrine Ellegaard?

Tak, pracuję już nad kolejną częścią. Kiedy wpadł mi do głowy pomysł związany ze zniknięciem Pouli Lokin, zrozumiałem także, że to tylko kropla w morzu. Od początku zamierzałem stworzyć wielotomowy cykl o Vestmannie i bardzo się cieszę, że mogę to zrobić.

Z powieści dowiadujemy się, że ostatnia zbrodnia na Wyspach Owczych miała miejsce pod koniec lat 80-tych. Czy tłem powieści były jakieś prawdziwe wydarzenia?

Fabularnie książka opiera się wyłącznie na mojej wyobraźni, ale jedną z inspiracji było zniknięcie pewnej dziewczyny. W powieści Hallbjorn opowiada zresztą o tym Katrine. To ciekawa sprawa, bo do dzisiaj nie do końca wyjaśniona. Pewnego dnia mieszkanka Vestmanny wyszła na spacer i zaginęła bez śladu. Szukano jej wszędzie przez wiele godzin, aż w końcu zaczęto tracić nadzieję. Pogoda była taka, jak zawsze na Farojach - wiało, padało, temperatura szybko spadała, a mgła spowijała nagie, surowe wzgórza. Przeszukano wszystkie miejsca, gdzie dziewczyna miałaby szansę przeżyć, ale ostatecznie odnaleziono ją po jakimś czasie na szczycie Loysingarfjall. Twierdziła, że mężczyzna w bieli zaprowadził ją tam za rękę, a potem opiekował się nią, dawał jeść i ogrzewał. Nigdy nie ustalono, kim był.

Czy farerska policja faktycznie nie poradziłaby sobie z bardziej skomplikowanymi sprawami niż potrącenie owcy przez samochód? Wydaje się, że przemyt i narkotyki to przestępstwa, których nie da się uniknąć w żadnym już kraju na świecie?

Rzeczywiście, nie da się. Kilka lat temu zalała nas fala marihuany, ale od kiedy zaczęto sprawdzać transportowane towary przy użyciu psów, praktycznie wyeliminowano problem. Poza tym Wyspy Owcze to naprawdę bezpieczne miejsce. Jeśli dochodzi tu do jakichś przestępstw, to są to głównie występki po obfitej popijawie. Nic, czym powinni przejmować się przyjezdni.

Czy pisząc książkę, konsultował ją Pan na jakimś etapie z policją lub innymi specjalistami z obszaru kryminalistyki?

Rozmawiałem z kilkoma znajomymi policjantami, ale... nasze konwersacje sprowadziły się na dobrą sprawę do omawiania ulubionych powieści kryminalnych. Okazuje się, że stróże prawa bardzo cenią sobie Jorna Liera Horsta. Rzekomo można dowiedzieć się z nich naprawdę sporo na temat pracy funkcjonariuszy. I przyznam, że skwapliwie z tego skorzystałem, choć najbardziej pomocne były pozycje z literatury faktu oraz naukowe opracowania kryminalistyków.

Główny bohater "Enklawy" jest weteranem wojennym. Czy konflikt w dawnej Jugosławii zostawił jakieś piętno na mieszkańcach Wysp Owczych? Skąd pomysł na takiego bohatera?

Mój wuj służył w armii, wyniósł z niej niezbyt pozytywne doświadczenia. Mimo że nie uczestniczył w żadnej misji ani konflikcie, widmo służby wojskowej ciągnęło się za nim przez lata. Przyglądając się temu, nieraz zastanawiałem się, co by było, gdyby rzeczywiście trafił na teren działań wojennych... i tak powstała trauma Hallbjorna z Jugosławii.

Czy ma Pan jakieś szczególne doświadczenia, które sprawiły, że sięgnął Pan po ten właśnie gatunek?

W moim domu zawsze czytało się jedynie kryminały. Jako dziecko najczęściej na półkach, stolikach i szafkach nocnych widywałem wydania le Carrégo, Allana Poe'go, Agathy Christie, Conan Doyle'a. Po latach więc w naturalny sposób sam zacząłem czytać podobne pozycje. Zanurzyłem się w gatunku hardboiled, czyli dziełach takich twórców jak Chandler, James M. Cain czy Jim Thompson. To mroczne, ale jednocześnie zdystansowane pozycje, które sprawiły, że sam zachciałem pisać.

Czy ma Pan jakieś konkretne literackie plany na przyszłość?

Pracuję nad kolejnym tomem cyklu o Vestmannie i tylko na tym chcę się skupić. Historia Hallbjorna i Katrine biegnie dalej, jakkolwiek sprawa jest zupełnie inna. I wydaje mi się, że jeszcze bardziej frapująca.

Skąd biorą się u Pana pomysły, które potem Pan wykorzystuje w książce?

Trochę boję się odpowiadać na to pytanie, bo pomysł napisania "Enklawy" przyszedł mi do głowy po ostrej sprzeczce z żoną. Wyszedłem z domu, poszedłem do portu, usiadłem na pirsie i zacząłem zastanawiać się nad tym, dlaczego tak bardzo wszyscy przejmujemy się błahostkami, kiedy za rogiem może czekać tragedia. Zatokę spowijała mgła, a ja zacząłem myśleć, jakby to było, gdyby ktoś z naszych bliskich nagle znikł w tych oparach na dobre. W ten sposób doszło do zaginięcia Pouli Lokin.

W Polsce niewiele wiemy o Wyspach Owczych. Modnym kierunkiem stała się za to ostatnio Islandia. Przepraszam za porównanie, ale z naszej perspektywy to też "niewielki kraj na końcu świata". A jednocześnie jeszcze mniejszy. W pańskiej książce w pewnym momencie Katrine wychodzi na zewnątrz i czuje, jakby ktoś dał jej kamieniem w twarz. To wiatr. Na mapie Wyspy Owcze wyglądają jak małe wysepki, które cały czas muszą zmagać się z żywiołami. Czy żyje się tam naprawdę ciężko? Surowy klimat kształtuje charaktery?

Klimat jest surowy, ale tylko pod niektórymi względami. Jeśli chodzi o temperaturę, moim zdaniem jest w sam raz. W lecie przeważnie jest około jedenastu stopni, w zimie rzadko spada poniżej trzech. Mroźnych dni jest niewiele, natomiast to prawda, że pada u nas średnio przez dwadzieścia pięć dni w miesiącu. Do statystyk liczy się jednak nawet chwilowy opad, więc nie jest tak źle, jak można by sądzić.

Na przyjezdnych największe wrażenie robią jednak pory dnia. W połowie czerwca słońce wschodzi o w pół do czwartej nad ranem, a zachodzi dopiero pół godziny przed północą. W grudniu słońce wstaje dopiero przed dziesiątą, a chowa się za horyzontem już po piętnastej. Najdłuższy dzień w roku trwa więc prawie dwadzieścia godzin, a najkrótszy - niewiele ponad pięć.

Polacy niewiele wiedzą o Wyspach Owczych, ale jeśli już pada ta nazwa, to skojarzenie jest niekoniecznie pozytywne. Chodzi mi o tradycyjne grindadrap - polowanie na grindwale spokrewnione z delfinami, u nas nazywane rzezią. Mnie też już pytano, czy będę rozmawiał z "barbarzyńcą" z Wysp Owczych. Skąd ten zwyczaj? Czy ludzie na Wyspach Owczych bronią tej tradycji i dlaczego to robią?

Zwyczaj wziął się z potrzeby. Polowało się na grindwale, bo jak inaczej mieliby przeżyć ówcześni osadnicy? Do dziś ma to zresztą podobny wymiar, nie tylko tradycyjny. Całe mięso jest rozdzielane między wioski, nic się nie marnuje. Kiedy ktoś mnie pyta, jak możemy coś takiego robić, zawsze pytam, ile dziennie kurczaków, tuczników i krów zabija się na kontynencie? Oczywiście wszystko odbywa się za zamkniętymi drzwiami, ale zapewniam, że w ubojniach też leje się krew. Nie widać jej tylko w zatokach, tak jak u nas.

Populacja grindwali nie jest zagrożona, nie zmniejsza się, monitorujemy ją na bieżąco, śledzimy ławice. Liczba rocznie złowionych grindwali nie stanowi nawet jednego procenta ich populacji. Zwierzęta giną w humanitarny sposób, choć rzeczywiście kiedyś było inaczej. Do 1993 roku używaliśmy tzw. sóknarongul, narzędzia z hakiem na końcu, który wbijało się w ciało grindwala. Teraz jest to zakazane. Muszą być też spełnione odpowiednie warunki, w tym korzystne prądy - jeśli jest inaczej, grind jest odwoływany. Tak było w 2008 roku, wszyscy rozeszli się do domów, bo nie spełniono parametrów polowania.

Czy nie jest tak, że natura w takim miejscu równie okrutnie rozprawia się z ludźmi, więc ludzie biorą od natury, to co uważają za słuszne, nawet będąc w sprzeczności z tabu?

Wydaje mi się, że pierwsi osadnicy robili to, co musieli, żeby przeżyć. W różnych krajach je się mięso różnego pochodzenia, a kontrowersje zazwyczaj wynikają z nieznajomości kultury. Sam wzdrygam się, kiedy słyszę, że w szeregu afrykańskich krajów je się goryle, i że jest to długoletnia tradycja. We Francji są rzeźnicy, którzy sprzedają wyłącznie koninę. W Azji mięso z psów nie jest niczym dziwnym, a w Kambodży przy niejednej ulicy można kupić usmażonego pająka. Tradycja wynika z dawnego pragmatyzmu, tak mi się wydaje. Ludzie jedzą te zwierzęta, których ich przodkowie mieli w swoim środowisku naturalnym najwięcej. U nas były to grindwale.

Brał Pan kiedyś w tym udział?

Oczywiście. Niewielu jest Farerów, którzy jako dzieci w tym nie uczestniczyli. To buduje poczucie wspólnoty, scala społeczność. Pracujemy razem, ramię w ramię, mając przekonanie, że robimy to samo, co robili nasi przodkowie. I w pewnym sensie dbamy o własny byt, bo, jak wspomniałem, nic się nie marnuje. Oczywiście niektórzy mówią, że przeżylibyśmy bez mięsa grindwali. Owszem, przeżylibyśmy. Zupełnie tak, jak ludzie na kontynencie przeżylibyśmy bez mięsa drobiowego, cielęciny, wołowiny czy wieprzowiny.

Z książki można się dowiedzieć, że Farerowie żyją głównie z turystyki. Jak można dostać się na Wyspy, jeśli chciałoby się je odwiedzić?

Właściwie nie jest to tak skomplikowane, jak się wydaje. Wystarczy dostać się do Kopenhagi - z tamtejszego lotniska dziennie odlatuje od dwóch do czterech samolotów na Wyspy Owcze. Linie to Atlantic Airways. A jeśli chce się zaoszczędzić, można wybrać jakieś tanie połączenie z Polski do jednego z lotnisk, które także obsługują nasze linie. Z Warszawy do Londynu WizzAir lata za około sto złotych, do Bergen jest zazwyczaj jeszcze taniej. Koszt przelotu z Krakowa do Edynburga to wydatek rzędu czterystu złotych. Z tych trzech lotnisk można bez problemu dostać się na nasz wulkaniczny archipelag. A jeśli nie ma się akurat ochoty, zawsze można sięgnąć po książkę, której akcja się tam rozgrywa. To także podróż...

"Enklawa" Ove Logmansbo w formie ebooka jest dostępna tutaj >>