"Na wyciągnięcie ręki miały to, o czym miliony Polaków mogły tylko marzyć" [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

Polskie stewardesy. Piękne i zadbane, korzystające z życia, świetnie ubrane, mające dostęp do towarów, których próżno było szukać za żelazną kurtyną. Czy jednak ich życie polegało głównie na pławieniu się w luksusie? Czy to nie jeden z mitów PRL-u? Na to pytanie odpowiada w swojej książce "Wniebowiżete" Anna Sulińska. Poniżej publikujemy jej fragmenty.
Książka w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl >>

"Przemyt", "wyjazdy" i "uroda dziewcząt" - te słowa przewijają się jak mantra, bez względu na to, czy rozmawiam z Grażyną Hase, czy ze statystycznymi Kowalskimi, których pytam o stewardesy w PRL-u. Wszyscy dodają także, że dziewczyny były wyróżnione, bo na wyciągnięcie ręki miały to, o czym miliony Polaków mogły tylko marzyć. Stewardesy nie zaprzeczają, że żyły inaczej niż większość. (...)

- Stewardesy po locie wychodziły poza kolejnością - to już pan Wojciech mówi do mnie. - Bały się celników, bo zawsze czymś handlowały. To był ich dodatkowy zarobek, bo samej płacy nie miały wysokiej. Nawet gdy po latach Czesia została szefową pokładu i dostawała prowizję ze sprzedaży Baltony w czasie lotu, musiała dorabiać. W Supersamie przy placu Unii Lubelskiej, w skupie towarów zachodnich, sprzedawaliśmy brandy, koniaki czy soki, które przywoziła z rejsów. No i kupa dobrych rzeczy zawsze była w domu. Sery holenderskie albo francuskie, kawior, różne wędliny. Cała rodzina przychodziła i próbowała.

Te smakołyki to jedzenie, które stewardesy wyniosły z pokładu. Wynosiły, ale nie zabierały pasażerom. To ważne. Przed lotem catering zapewniał zawsze tyle posiłków, ile było miejsc w samolocie, bez względu na to, ile osób rzeczywiście leciało. Często zdarzało się, że w siedemdziesięcioosobowej maszynie podróżowało pięćdziesięciu pasażerów. Po każdym locie wszystko, co nie zostało zjedzone, należało wyrzucić, bo port, do którego się docierało, zapewniał posiłki na kolejny rejs, a przepisy mówiły jasno, że żaden posiłek nie może zostać powtórnie podany. Straszne marnotrawstwo w komunistycznym kraju, gdzie są ciągłe braki w zaopatrzeniu. Tym bardziej że każdy "lunch box", taki przygotowany zestaw, wypełniony był serem, szynką pokrojoną w plasterki, zrazikami wołowymi. To z Polski. Bukareszt dawał tłuste, pikantne wędliny, Ateny sałatki z serem feta, Moskwa kawior, a w pierwszej klasie nawet sarninę i łososia. Stewardesy brały więc rzygałki (torebki papierowe wyścielone folią, przygotowane na wypadek, gdyby pasażerowie mieli problemy żołądkowe) i pakowały to, czego podróżni nie zjedli. A potem zabierały do domu lub dzieliły się z celnikami, bo prezenty zapewniały ich przychylność.

- Wędlin u nas w domu nigdy się nie kupowało.

- Ulubiona szynka mojego synka to była szynka lotowska.

- Cola i jakiś tonik zawsze stały w szafce.

Tak mówią dziewczyny, wspominając lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte. I dodają, że w ich domach często był także kawior, przywożony z trasy z Nowego Jorku lub z Moskwy.

Pozyskanie kawioru wymagało strategii. Jedna dziewczyna była oddelegowywana do service space, czyli specjalnej kabiny, w której stały wózki z jedzeniem. Brała plastikowe kubki. Zawsze pięć, bo tyle stewardes latało na ile-62, i z każdej porcji łyżeczką zbierała trochę kawioru, tak żeby nikt nie zauważył. W ten sposób uzyskiwała pięć dużych porcji, które zabierało się do domu. Tego, co zostało, pasażerowie i tak nie zjedli, bo większość w ogóle nie wiedziała, czym jest kawior.

- To nie była kradzież. To było wynoszenie tego, co zostało. Gdybyśmy my nie wzięły, zabrałby catering - podkreśla Anna Solewska, a wszystkie pozostałe dziewczyny mówią dokładnie to samo. - Zresztą nie tylko Polki zabierały nietknięte resztki z pokładu - dodaje Solewska. - Na lotach do Frankfurtu załoga była mieszana, nad pasażerami czuwały i Polki, i Niemki. Któregoś dnia robię odprawę na okoliczność tego wspólnego latania i mówię dziewczynom, że nie ma pakowania. Żadnych serów (a te trójkątne, niemieckie, zawsze się brało). Nic. Nawet banana. "Jak to, wszystko do śmieci?", nie mogą uwierzyć. "Tak, wszystko do śmieci. Najwyżej ludzie z cateringu wezmą. Nie chcę, żeby Niemry wiedziały, co my tu robimy. Zachowajcie godność!" Po jakimś czasie sama lecę takim wspólnym rejsem. Wracamy z Frankfurtu do Warszawy. Stewardesy to dwie Niemki i dwie Polki. Dziewczyny zaczynają sprzątać. To, czego nie zjedli pasażerowie, wyrzucają do kontenerów, a Niemka zbiera wszystko do swojej reklamówki. "Co robisz?!", pytam ją. "Jak to co? Pakuję. Przecież to jest czyste, nietknięte przez nikogo jedzenie. To się nie może zmarnować". Załamałam się wtedy. One robiły dokładnie to samo co my, choć mogły to wszystko w sklepie kupić. Ta Niemka była z RFN, nie z NRD. Prawdziwa, bogata Niemka, a serek też zabierała. Myślę więc, że to jest takie przywiązane do zawodu. Widzisz, że coś się marnuje, to bierzesz. Dopóki się czegoś ekstra nie wynosiło, było OK.

*

- We wtorki i piątki był bazar obok podparyskiego lotniska Le Bourget. Walczyło się, żeby lecieć w ten dzień, żeby wyjść na chwilę na targ, do miasta - opowiada jedna ze stewardes. - Zawsze jedna dziewczyna musiała zostać w samolocie, ale mówiła pozostałym, co mają jej przynieść. To były bardzo przyziemne sprawy, ale wtedy bardzo ważne. Podpaski się kupowało, bo w Polsce nie było. Pudła podpasek woziłam. Wymieniałyśmy się podpaskami, dyskutowałyśmy, które są lepsze, obdarowywałyśmy znajome podpaskami. Podpaski to był luksus. Pani sobie wyobraża, godzinny postój w Zurychu, a my zdążyłyśmy wyskoczyć do sklepu w mieście, zrobić zakupy i wrócić. Biegiem, spocone, ale dawałyśmy radę. A wszystko dlatego, że w mieście było taniej niż na lotnisku.

Po jakimś czasie dziewczyny doskonale wiedzą, gdzie co można dostać. Kosmetyki Max Factora i kawę nescę kupują w Londynie, buty i złoto w Kairze. Pieniądze wymieniają w Wiedniu. W Brukseli jest strasznie drogo, tam nie kupują nic. We Frankfurcie zaopatrują się w leki.

Reportaż "Wniebowzięte" jest dostępny w formie ebooka w Publio.pl >>