Baśnie w klimacie noir, czyli popkultura na najwyższym poziomie [ROZMOWA]

Z książkami Jakuba Ćwieka jest jak z filmami Quentina Tarantino. Z jednej strony wpisują się w pewien gatunek, jego ramy i schematy, z drugiej - zachwycają masą odniesień do kontekstów i odwołań z zupełnie innych dzieł. A skoro o bajkach mowa, to właśnie na nich oparta jest najnowsza książka tego autora, ubierająca klasyczne opowieści dla dzieci w klimat czarnego, chandlerowskiego kryminału. W sposób, proszę uwierzyć, wysmakowany i doskonale przemyślany. Z pisarzem, o szeroko pojętej popkulturze, klimacie noir, a także bajkach niekoniecznie dla dzieci rozmawiał Mateusz Uciński.
Książki Jakuba Ćwieka w formie ebooków są dostępne w Publio.pl >>

Mateusz Uciński: Panie Jakubie, przyznam, że hasło "wychodzi nowy Ćwiek" zawsze mnie intryguje. Głównie dlatego, że nie wiem, czego się spodziewać. Jest Pan nieprzewidywalny. Doskonałym tego przykładem jest "Grimm City" . Mam wrażenie, że ciasno Panu w ramach nawet tak pojemnego gatunku jak fantastyka i cały czas potrafi Pan zaskoczyć czytelnika.

Jakub Ćwiek: Och, ja cały czas liczę na to, że w pewnej chwili uda mi się być bardziej przewidywalnym, bo to będzie oznaczało nowy etap w mojej zabawie z czytelnikiem. Na razie ja wędruję sobie po gatunkach, splatając je ze sobą w niekoniecznie typowy sposób i licząc na to, że czytelnik odnajdzie te sploty, że zobaczy owe nietypowe łączenia, podmianki klisz, schematów. Wtedy to będzie zabawa na zasadzie "A to znasz?" "No pewnie, ale opowiedz, bo od Ciebie jeszcze tego nie słyszałem i na bank będzie inne". Kiedyś do tego dojdzie, a póki co jest to zabawa bardziej w budzenie świadomości popkulturowej u masowego odbiorcy. Szerszej niż ta, która dopadła go przypadkiem. I nie, w fantastyce nie jest mi ciasno, ale zdecydowanie nie chciałbym przytrzasnąć sobie czegoś w którejś z konkretnych podgatunkowych szufladek. Dlatego jedynym kryterium, jakie decyduje o tym, co aktualnie piszę jest: to, co teraz mnie kręci. A to się zmienia.

Zauważyłem, że lubi się pan bawić z ludźmi czytającymi pańskie książki. Zawiera w nich pan tak dużo odniesień do szeroko pojętej kultury, także tej "pop", że odnajdywanie tych smaczków to dodatkowa przyjemność.

Ja przede wszystkim odnoszę się do popu. Uważam, że nie ma dla kultury większej nobilitacji niż ta, gdy pozostając sobą, nie idąc na kompromisy, potrafi przebić się do masowej świadomości. Inaczej mówiąc, kiedy staje się popem na własnych warunkach. Uważam, że ludziom odwróciły się pewne pojęcia, zapominają, że kultura jest i powinna być dla ludzi. Dlatego tych, którzy się popu nie wstydzą, staram się docenić właśnie takimi smaczkami. Które, nie ukrywam, i mnie samemu sprawiają ogromną frajdę.

Wspomniana powyżej popkultura jest bardzo obecna w pańskich opowieściach. W opowieściach o Lokim stworzył pan apokryficzną wizję zaświatów, z bohaterem rodem z filmów Luca Bessona, w "Chłopcach" rozprawił się z mitem Piotrusia Pana, tworząc bohaterów rodem z "Dzikiego" Laslo Benedeka", "Dreszcz" to czysta apoteoza rock'n'rolla. Skąd to połączenie z pozoru "gryzących się" elementów.

Z gorącej pasji do poszukiwań czegoś "nowego". Wiem, że niektórych twórców świadomość, że "wszystko już było" blokuje, onieśmiela, zniechęca, ale u mnie jest odwrotnie. Zastanawiam się czasem: OK, może i było, ale czy w taki sposób? I czy to "było" i to "było", gdyby znaleźć dla nich punkt styku, nie zaprowadziłoby nas jeszcze gdzie indziej? Może do trzeciego "było", ale nawet jeśli wszystkie punkty na trasie są znane, świadomość, że szło się tam nieuczęszczaną drogą, jest orzeźwiająca. I daje nielichą satysfakcję.

Powróćmy jednak do "Grimm City", bo jest to kolejny doskonały przykład tego, o czym wspominałem wcześniej. Z jednej strony kryminał noir, momentami czarny jak zad diabła, z drugiej - baśnie braci Grimm. Przyznam, że trochę się obawiałem tego, jak uda się to panu połączyć, bo były już takie próby adaptowania baśniowości, które kończyły się nieszczególnie udanie. Panu udało się znakomicie i co najważniejsze - przekonywująco. Spytam jednak, czemu sięgnął pan właśnie do klasycznych, chociaż nieco już zapomnianych baśni?

Jest kilka znakomitych pomysłów na ogranie baśni, także w konwencji noir. Że przywołam chociażby świetny komiks "Baśnie". Ja jednak szukałem trochę innego klucza. Chciałem opowiedzieć o świecie wyrastającym z baśni, ale żyjącym normalnie. Kto wie, jak wyglądałaby nasza rzeczywistość, gdyby z form pouczających przekazów zachowały się dziś baśnie, a mitologie już nie? Czy jest możliwe, by baśnie odegrały rolę świętych pism? U nas niekoniecznie, w moim świecie tak. I to daje ogromne pole do popisu w kwestii religioznawczych rozważań. Oczywiście prostych, pasujących do noiru, którego tradycja wiąże przecież z powieścią groszową. Ale proste nie znaczy złe. I czasem wystarczy, by dojść do sedna. Ja jeszcze nie doszedłem, ale ta książka, ten cykl, to fajna droga.

Nie ma pan wrażenia, że to były zupełnie inne bajki w porównaniu do tych, jakie są teraz. Czytając teraz braci Grimm czy Andersena, zadziwia, jak okrutne i mroczne były te opowieści. Był owszem morał, ale nie zawsze kończyły się happy endem.

Dzisiejsze baśnie są dla dzieci - dawne niekoniecznie - i często skalkulowane raz, że pod nie, dwa, że pod rodziców, którzy na swoje potomstwo chuchają i dmuchają. Nie konfrontujemy malusińskich ze złem w teorii, wolimy raczej tak ich zabezpieczyć, by udało im się go uniknąć. To różnica podejścia wynikająca z tego, że zmieniły się zagrożenia i ich stopień. Choć nadal uważam, że pozbawiliśmy się świetnego narzędzia do edukacji. No ale cóż, rola i znaczenie opowieści też są dzisiaj inne.

Świat "Grimm City" jest jak przystało na kryminał noir mroczny i duszny. Przyznam, że utrafił pan w moje gusta, bo brakowało mi takiego klimatu, a Chandlera mam "zaczytanego" do granic możliwości. Moim zdaniem udało się panu oddać atmosferę rodem z filmów z Humphreyem Bogartem i Jamesem Cagney'em. Mam wrażenie, że wzorował się Pan właśnie na takich obrazach, jak chociażby "Aniołowie o brudnych twarzach", czyli tej starej, amerykańskiej szkole kryminału.

Trochę tak, choć bardziej Hammet niż Chandler. Ale zarówno noir literacki, jak i filmowy lubię bardzo, cenię sobie tak dokonania klasyków, jak i twórców współczesnych jak Ellroy czy Leonard. No i Miller, bo nie wypada o nim zapomnieć. No, po prostu lubię i już, a teraz dojrzałem, by się z tym, trudnym było nie było subgatunkiem, zmierzyć.

"Grimm City" to jednak nie tylko klimat noir, to miasto zbudowane na ciele olbrzyma, co trochę przypomina mi nordycki mit o Ymirze i wiara w Bajarza. Z drugiej strony sieć powiązań biznesowych i politycznych. Chyba nic tak nie uwiarygodnia tworzonego świata jak religia i polityka .

Tak, to z nich się tworzy kultura, a z całej tej trójki w zasadzie wszystko inne. Być może istnieje inna droga, by się rozwinąć, ale my znamy tę i dlatego jeśli zna się przebieg tych trzech dróg i tego, jak i gdzie się ze sobą splatają, najcięższą robotę z kreacją świata mamy już za sobą.

Mam wrażenie, że pisanie takiej książki jak pańska ostatnia powieść to dla jej autora z jednej strony duże wyzwanie, ale jednocześnie doskonała intelektualna zabawa. Mam trochę racji?

Nawet nie trochę. Fantastycznie się bawiłem, miałem pretekst, by godzinami oglądać zaniedbane od dawna filmy, odświeżyć lekturę i posłuchać wyśmienitej, inspirującej muzyki Billy'ego Joela. Bardzo fajny czas.

Intryguje mnie, co sam pan czyta. Biorąc pod uwagę, jak pan pisze, myślę, że "rozstrzał" gatunkowy jest imponujący.

Tak, jest. Generalnie staram się czytać wszystko, bez jakiegoś trzymania się klucza. Często są to polecajki znajomych, coś z klasyki, którą podobno wypada znać, coś dla frajdy i przyjemności, coś do reasearchu. Blokami tematycznymi czytam tylko wtedy, gdy szykuję się do pisania. A potem znowu dryfuję w inną stronę, by odpocząć. Bardziej jeszcze niż jako pisarz staram się jako czytelnik nie ograniczać. No bo skoro wolno mi wszystko, to po co wybierać?

Zadam panu teraz pytanie z nieco innej bajki, bo nurtuje mnie od dawna. Mam na półce pańską książkę "Krzyż Południa - Rozdroża". To był początek pewnej historii. Kiedy doczekam się jej kontynuacji?

Kilka tygodni temu na moim oficjalnym fanpage'u na Facebooku przeprowadziliśmy małe starcie. Spośród dwóch od lat niedomkniętych cykli jeden mogę domknąć w tym roku, a drugi zapewne w przyszłym. Starcie wygrała "Ofensywa szulerów" i ona zostanie napisana jeszcze w tym roku. A "Krzyż"? Jest w tych nadrabianych zaległościach zaraz po niej.

Czym zatem teraz uraczy nas Jakub Ćwiek, na co mogę czekać czytelnicy?

Przede wszystkim na pełną prawdziwych przygód podróż po Stanach w ramach mojej pierwszej książki podróżniczej. Napisałem ją wraz z grupą przyjaciół, z którymi tę podróż odbyłem i oczywiście nie byłbym sobą, gdybym czegoś w niej nie namieszał. Będzie więc podróż śladami popkultury, masa anegdot, ale i próba wyjaśnienia w przejrzysty sposób, co mnie właściwie w tym popie tak kręci. A że przy okazji nasze przygody zainspirowały mnie do napisania kilku opowiadań, szykuje się książkowy dwupak doprawiony świetnymi zdjęciami, a nawet dokumentalnym filmem.

Grimm City: Wilk!
Jakub Ćwiek
Sine Qua Non
Ebook jest dostępny tutaj >>