Polscy filmowcy rozbierają się przed Saudkiem

Jan Saudek to jeden z najbardziej znanych czeskich fotografów, słynny głównie za sprawą swoich charakterystycznych, wystylizowanych aktów. W najbliższy piątek w Sopocie będzie można zobaczyć poświęcony mu film dokumentalny. Jego autor, Sławomir Pultyn, opowiada czytelnikom ?Gazety? o kulisach jego powstania.
Przemysław Gulda: Skąd się wzięło Pana zainteresowanie twórczością Jana Saudka i pomysł na to, żeby nakręcić o nim film dokumentalny?

Sławomir Pultyn: Oprócz tego, że jestem filmowcem, jestem także fotografem, interesowałem się więc twórczością innych fotografów. To, co robił Saudek spodobało mi się już dawno, jeszcze bardziej zainteresowałem się jego twórczością kiedy dostałem jego album, opatrzony krótką autobiografią tego twórcy. Zainteresowała mnie na tyle, że chciałem go poznać osobiście i nakręcić o nim film. Co okazało się bardzo trudne.

Dlaczego? Tak bardzo bronił do siebie dostępu?

- Rzecz działa się już kilka lat temu, kiedy internet nie był jeszcze tak rozpowszechniony. Jedyną formą kontaktu z Saudkiem był wówczas faks - zdobycie jego numeru już samo w sobie było sporym problemem, ale jakoś mi się udało, dzięki mieszkającej w Czechach przyjaciółce. Na dodatek kontakt z nim na początku z reguły polegał na tym, że wysyłałem pytania, czekałem bardzo długo na odpowiedzi, które najczęściej w ogóle nie przychodziły. Wynikało to chyba głównie z tego, że Saudek, wiedząc że w swej ojczyźnie odbierany jest raczej niechętnie, był bardzo nieufny wobec mediów czy filmowców. Po kilku faksach z pytaniami, postanowiłem zmienić taktykę i wysłać mu fragment scenariusza planowanego projektu. Okazało się, że to znakomity pomysł - Saudek w odpowiedzi wysłał numer telefonu, rozmowa była krótka i niezbyt obiecująca, ale to i tak był postęp: stwierdził, że nie jest do końca przekonany i że chciałby zobaczyć cały scenariusz. Dla mnie to było straszne wyzwanie - chciałem pisać po poznaniu Saudka, a w obliczu jego prośby musiałem stworzyć scenariusz nie znając go zupełnie. Napisałem, wysłałem i czekałem z wielką niecierpliwością. Wreszcie nadszedł faks z jednym tylko słowem: "ano", czyli po czesku "tak". Wtedy mogliśmy zacząć rozmawiać o konkretach dotyczących filmu. Saudek postawił kilka warunków. Jeden był szczególnie osobliwy: poprosił o to, żeby cała ekipa dała mu się sfotografować w jego charakterystycznym stylu, a więc w ubraniu i nago. Nie byłem do końca pewien, czy mogę podjąć taką decyzję w imieniu wszystkich pracowników technicznych, ale zaryzykowałem. I rzeczywiście, podczas pracy nad filmem Saudek zorganizował nam sesję zdjęciową.

POLECAMY - Solidarność na dotyk i telefon. Wystała stała w siedzibie ECS



Jaki okazał się Saudek przy bliższym poznaniu? Taki, jak się Pan spodziewał, znając go tylko za sprawą jego twórczości?

- Z jednej strony okazał się zupełnie inną osobą niż go sobie wyobrażałem, z drugiej - po jego poznaniu zrozumiałem, jak bardzo jego fotografie są emanacją tego kim jest i jaki jest jego stosunek do rzeczywistości. A warto wiedzieć, że na jego spojrzeniu na świat zaważył bardzo mocno epizod z dzieciństwa: trafił do obozu koncentracyjnego ze swoim bratem bliźniakiem i obaj stali się obiektami eksperymentów medycznych doktora Mengele. Na szczęście działo się to tuż przed wyzwoleniem obozu, więc przyszły artysta niemal cudem przeżył. Takie przeżycia z pewnością musiały wpłynąć na jego sposób patrzenia na świat. I widać to znakomicie w jego zdjęciach.

Film "Życie, miłość, śmierć i inne błahostki czyli Jan Saudek - czeski fotograf" Sławomira Pultyna będzie można obejrzeć w piątek, 21 września o godz. 20 w Instytucie Spraw Wszelakich (Sopot, ul. 3 Maja 69b). Bilety: 10 zł.