Lewandowski: "Nie ma usprawiedliwienia dla chamstwa, ale miastu potrzebne są knajpy" [WYWIAD]

- Jedna osoba powie, że klubokawiarnia jest speluną z lewacką młodzieżą, która pije, pali, przeklina i się narkotyzuje; druga, że Muzeum Narodowe to wielki, obrzydliwy kamienny budynek, w którym trzeba zakładać kapcie. Różnimy się i powinniśmy to docenić, żeby nie zmarnować potencjału Warszawy - opowiada Grzegorz Lewandowski, animator kultury i szef warszawskiej klubokawiarni Chłodna 25.
Kilka miesięcy temu cofnięto koncesję na alkohol znanej warszawskiej klubokawiarni Chłodna 25. Teraz podobny los może spotkać inne modne miejsce na klubowej mapie stolicy Warszawę Powiśle - pisaliśmy wczoraj.

Przypomnijmy: okoliczni mieszkańcy skarżą się na zakłócanie porządku przez jego gości. W ubiegły weekend strażnicy miejscy przeprowadzili kontrolę w okolicach klubokawiarni. Za spożywanie alkoholu, zaśmiecanie terenu czy zakłócanie ładu publicznego ukarano mandatem kilkadziesiąt osób. Teraz straż miejska ma wysłać do urzędu wniosek o cofnięcie koncesji na sprzedaż alkoholu. A to w praktyce może oznaczać śmierć lokalu.

- Niestety, nie my tego wymyśliliśmy, ale bez alkoholu nie ma kultury - komentował Bartek Kraciuk, współzałożyciel Warszawy Powiśle.

Rozmowa z Grzegorzem Lewandowskim, animatorem kultury i szefem klubokawiarni Chłodna 25

Mariusz Wiatrak: Co jest kulturalnego w piciu i przeklinaniu?

- (Cisza... I śmiech)

To najczęstszy argument przeciwników takich miejsc, jak Warszawa Powiśle.

- Wydaje mi się, że mało kto dzisiaj docenia sytuację, w której ludzie chcą się ze sobą po prostu spotykać. Jedni na siłę usprawiedliwiają takie miejsca wątkiem kulturalnym, inni zarzucają im, że pije się w nich tylko alkohol. A dla mnie niesamowitą wartością jest już to, że ludzie chcą się w nich po prostu umówić, porozmawiać i napić piwa czy kawy. Moglibyśmy zacytować niejednego wybitnego socjologa, który twierdzi, jak wielkie znaczenie mają takie przestrzenie dla miasta. Bo tak samo, jak cały czas walczymy o parki, rewitalizujemy ulice i aranżujemy przestrzeń, tak samo miastu potrzebne są klubokawiarnie.

Co oznacza cofnięcie koncesji na sprzedaż alkoholu dla takiego lokalu?

- Niemal zawsze kończy się dla niego śmiercią. Żaden program kulturalny proponowany przez knajpy czy kawiarnie nie jest w stanie sam się sfinansować. Dlatego właściciele mają wybór: albo sprzedawać alkohol, albo ubiegać się o miejską dotację. To ostatnie miastu nie powinno się opłacać.

Awantura o zakłócanie porządku publicznego przez klientów Warszawy Powiśle jest przesadzona?

- Nigdy nie ma i nie będzie obrony dla chamstwa czy pijaństwa. Jedna osoba powie, że klubokawiarnia jest speluną z lewacką młodzieżą, która pije, pali, przeklina i się narkotyzuje; druga, że Muzeum Narodowe jest wielkim, obrzydliwym kamiennym budynkiem, w którym trzeba zakładać kapcie.

I jeszcze płacić!

- Jedno i drugie pewnie jest prawdą, ale wydaje mi się, że dyskusja wokół Warszawy Powiśla schodzi na niewłaściwy tor. Znów spierają się dwie strony, które niespecjalnie się znają i mają ze sobą wiele wspólnego. Jednym przeszkadza hałas, inni narzekają, że w mieście nic się nie dzieje. Tylko zamiast mówić, co jest złe, lepiej pomyśleć nad tym, co sami możemy zrobić - są ludzie, którzy otwierają knajpy z piwem i są ludzie, którzy otwierają kawiarnie dla małych dzieciom. A są też tacy, którzy sadzą drzewa na Kabatach. Niech każdy robi to, co mu się podoba.

A jeśli przeszkadza tym samym komuś innemu?

- Wtedy trzeba poszukać kompromisu. Modne kluby, tłumy młodych ludzi na ulicach, hałas - to wszystko są nowe sytuacje, które musimy przepracować. Nie załatwi tego cofnięcie koncesji czy zamknięcie lokalu. Miasto cały czas dojrzewa, otwiera się na nowe inicjatywy i ja osobiście znacznie bardziej wolę sytuację, w której to nie stary, zasikany dworzec jest problemem, tylko ożywiona, czasami aż za bardzo, przestrzeń. Można się spierać, czy w Warszawie Powiśle jest głośno, brudno i tłoczno, ale to miejsce w dużym stopniu przyczyniło się do rewitalizacji dzielnicy i promuje miasto.

Tylko ile w takim miejsca jest biznesu, a ile faktycznie troski o wspólne dobro?

- Mam nadzieję, i mówię to po moich ośmioletnich doświadczeniach na Chłodnej, że to jest przede wszystkim biznes. Co złego w tym, że kilku młodych ludzi po studiach postanowiło zainwestować własne pieniądze w zaniedbany kawałek miasta i zrobić z niego miejsce, które przywróciło mu życie? Wychowywałem się na Powiślu i nikt mnie nie przekona, że syf, który tam zostawiają goście po imprezie, a w który nie do końca chce mi się wierzyć, jest gorszy od syfu, który kiedyś był tam na co dzień. Pamiętam starą kasę PKP, pamiętam park obok i pamiętam swoje dylematy: czy lepiej iść na piechotę przez zasikany dworzec, czy lepiej wybrać park, który był w jeszcze gorszym stanie? Chciałbym znaleźć podobny przykład rewitalizacji przestrzeni publicznej przez państwową instytucję.

Niemożliwe.

- A właścicielom Warszawy Powiśla się to udało. Oczywiście można się spierać, co jest prawdziwą kulturą. Dla jednych to będą imprezy didżejskie, dla innych dyskusja o architekturze i ładzie przestrzennym, a dla jeszcze innych wykonanie barokowych pieśni albo występ kabaretu Dudek.

A może Warszawa nie potrzebuje takich miejsc, skoro towarzyszą im takie emocje?

- Wtedy codziennie nie odwiedzałyby ich takie tłumy. Warszawa w znacznym stopniu żyje właśnie dzięki ludziom, którym chce się w niej coś organizować.

Tylko właściciele knajp narzekają, że to "polskie społeczeństwo najwidoczniej nie jest gotowe na ulicę, która żyje". A może to bywalcy warszawskich knajp do nich nie dorośli, skoro przemycają swój alkohol, hałasują i sikają w krzakach?

- Chyba wszyscy do nich nie dorośliśmy. Nie dorosło miasto, bo nie wie, jak sobie z nimi zrobić, nie dorośli organizatorzy, bo przygotowują lokal na tysiąc miejsc, a odwiedzają go dwa tysiące i nie dorośli ludzie, bo zachowują się w nich zbyt głośno. Ale tu nie chodzi o to, żeby szukać winnych. Lepiej cieszyć się tym, że mieszkamy w takim mieście, której żyje. Pamiętam, jak 10 lat temu w małym niemieckim miasteczku o godz. 12.30 wstąpiłem do kawiarni. Była godz. 12.30, a w środku tłum. Zastanawiałem się, gdzie ci cholerni Niemcy pracują? To samo zaczyna się u nas dziać, więc fajnie by było, gdyby ludzie potrafili docenić to, że miasto się zmienia i robi się coraz bardziej różnorodne. Znajdźmy w nim swoje miejsca, budujmy swoje małe ojczyzny. Niech miasto spróbuje stworzyć razem z jego mieszkańcami regułę funkcjonowania różnych przestrzeni. Spróbujmy docenić to, że są młodzi ludzie, którzy zamiast robić kariery w korporacjach, otwierają swoje własne sklepy, kawiarnie czy galerie. To jest potencjał, który powinniśmy wykorzystać.

Więcej o: