Europejski Disney: Polak, który wynalazł film animowany

Władysław Starewicz, "europejski Disney", w ciągu 50 lat nakręcił przeszło 100 obrazów. Pierwszy animowany film lalkowy jego autorstwa "Piękna Lukanida" miał premierę równo 100 lat temu - 26 marca 1912 r. Z tej okazji przypominamy sylwetkę pioniera animowanego filmu lalkowego, którego tradycję kontynuuje łódzkie studio Se-ma-for.
Dawno, dawno temu...

Urodził się w Moskwie w 1882 r. Jako dziecko na marginesach książek rysował postaci, które poruszały się jak żywe, kiedy strony szybko się kartkowało. Zaraził zabawą kolegów i koleżanki, przez co został wyrzucony z gimnazjum w Kownie. Rodzice wysłali go do szkoły na Łotwie. Młody Starewicz wkrótce jednak wrócił na Litwę, gdzie dał się poznać jako rysownik. Tworzył plakaty dla kin, dzięki czemu dostawał darmowe bilety. Najbardziej lubił filmy trickowe.

Kiedy żuki rycerze walczyły o księżniczkę

Sto lat temu Starewicz dzięki miłości do przyrody i eksperymentowi, na który dzisiaj nie pozwoliliby mu obrońcy praw zwierząt, odkrył metodę poklatkową. Zafascynowany życiem żuków jelonków postanowił nakręcić walkę samców o samice. W lesie było za ciemno, więc zebrał kilka owadów i próbował sfilmować je w studiu. Oświetlone reflektorami zwierzątka zamierały, więc Starewicz uśpił je, podzielił ruch na fazy i nakręcił je klatka po klatce. "Ruszają się, ruszają jak żywe! Co za fantastyczne tworzywo, zdolne kreować cuda!" - miał krzyknąć po obejrzeniu efektu. Zachęcony pierwszym sukcesem odłączył żukom odnóża, które zamocował z powrotem za pomocą drucików, ubrał owady w kostiumy, wyposażył w buty z cholewami i rapiery. Wybudował dekorację i stworzył obraz, w którym żuki rycerze walczą o królewnę żukównę. Tak powstał pierwszy film animowany zrealizowany techniką lalkową - "Piękna Lukanida".

Żył mag animacji

Starewicz potrafił obrazy wyobraźni przekształcić w ekranowe. Wykorzystywał efekty specjalne. Tytułowa roślina z "Kwiatu paproci" ukazuje się jako rozświetlony fajerwerk. W "Bożym Narodzeniu" artysta stworzył scenę wyczarowania choinki i obłoczek, który unosi się po rozerwaniu wielkiego cukierka. Mag animacji lubił dowcipy. Pewnego dnia wyświetlił film, który pokazywał scenę palącej się taśmy, co w czasach częstych pożarów kin było ryzykowne. Żart podczas projekcji "Zemsty kinooperatora" wywołał popłoch. Starewicz zaś, kreśląc topiącą się taśmę, odkrył animację rysunkową.

Jak na maga przystało, sprawiał, że bohaterowie jego filmów fruwali. Wyczarował m.in. latającego słonia ("Lew starzeje się") czy postaci pokonujące w powietrzu przeszkody ("Maskotka"). Dbał, żeby lalkom w locie powiewały szaty i włosy. Starewicz posługiwał się także takimi efektami jak "motion blur" i "slow motion". Pierwszy polega na przyspieszeniu ruchu, dzięki któremu postaci skaczą i robią piruety. Drugi minimalnie zwalnia ruch - efekt można zobaczyć w "Koniku polnym i mrówce", kiedy z drzew opadają jesienne liście.

A bili się o niego Litwini, Rosjanie, Polacy i Francuzi

Starewicz - obywatel Europy - był Polakiem, dzieciństwo spędził na Litwie, a jego kariera rozkwitła w Rosji i we Francji. Każdy z tych krajów upomina się o niego, zaznaczając, że przyczynił się do rozwoju tamtejszych kinematografii. - Litwini uznają "Nad Niemnem" Starewicza za pierwszy litewski film - opowiada Zbigniew Żmudzki, prezes Se-ma-fora. - W Moskwie współpracował z producentem Aleksandrem Aleksiejewiczem Chanżonkowem. Tam zdobył popularność i zarobił pieniądze dzięki "Pięknej Lukanidzie".

Starewicz nakręcił też pierwszą animowaną adaptację utworu literackiego. "Konik polny i mrówka" na podstawie bajki Jeana de La Fontaine'a zdobył ogromną popularność. Jednak artysta pragnął niezależności twórczej i zwolnił się z wytwórni Chanżonkowa. Po wybuchu I wojny światowej kręcił groteski polityczne o antywojennej wymowie i obyczajowe parodie.

Okres rosyjski zakończył się w 1919 r. Wtedy filmowiec przeniósł się do Paryża. Charles Ford, przyjaciel artysty: - Starewicz zamieszkał w Fontenay-sous-Bois. Wynajął tam willę, w której założył własne studio filmowe, powracając do realizacji swoich ulubionych filmów lalkowych. Publiczność paryska bardzo szybko poznała i pokochała jego twórczość pełną humoru i lekkiej satyry.

Francja stała się matką sukcesu "Słowiczego głosu" - filmu, po którym Amerykanie chcieli rozpocząć współpracę ze Starewiczem. Ten jednak nie przyjął propozycji. "Ameryka już zna moje plany. Oto recenzje tamtejsze, hymny pochwalne. Mam stamtąd niejedną kuszącą propozycję, ale dobrze mi tutaj, zostaję w Paryżu" - mówił.

I choć może się wydawać, że ojczyznę traktował po macoszemu, to właśnie po polsku mówił w domu i po polsku pisał pamiętnik. Z artysty, który w "Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej" jest wymieniany jako rosyjski animator, nie można było zrobić bohatera pracy socjalistycznej. Dziś Starewicz ma naśladowców na całym świecie; w Polsce filmy animowane realizowane techniką lalkową tworzy m.in. łódzki Se-ma-for.