Jowita Budnik, filmowa Papusza: Długo szukali romskiej dziewiczyny, aż przyszli do mnie

Nigdy w życiu nie stałam przed takim wyzwaniem: skonstruować postać, która jest do mnie niepodobna w żadnym calu, ani fizycznie, ani mentalnie, ani w sposobie bycia - mówi Jowita Budnik, odtwórczyni głównej roli w ? Papuszy?.
W piątek wchodzi do kin "Papusza", najnowszy film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego o Bronisławie Wajs, romskiej poetce, której wiersze zostały opublikowane po polsku.

Ukazuje bogatą kulturę i historię Romów polskich, którą poznajemy poprzez dramatyczne losy bohaterki. W roli tytułowej wystąpiła Jowita Budnik, jedna z ulubionych aktorek reżyserskiego duetu, laureatka Złotych Lwów za rolę w głośnym filmie " Plac Zbawiciela".

Anna Szawiel: Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze z tematem Papuszy nosili się sześć lat. Od razu wiedzieli, że pani ją zagra?

Jowita Budnik: Bardzo długo szukali romskiej dziewczyny, później były castingi wśród aktorek. Do mnie przyszli na samym końcu.

I musieli panią przekonać.

- Trudno sobie wyobrazić kogoś, kto byłby do mnie mniej podobny niż prawdziwa Cyganka: klasyczne rysy, ciemna oprawa oczu. Cały film gram w zmienionym nosie - mój osobisty się nie nadawał. Na szczęście niewiele osób wie, jak wyglądała Papusza, więc to nie było tak jak z Elżbietą II, Lechem Wałęsą czy Lady D, że aktor musiał być bardzo podobny. Uznaliśmy, że jeśli będę po prostu wiarygodną Cyganką, wystarczy. Ale gdzie ja i poetka, wrażliwa dusza? Nigdy w życiu nie stałam przed takim wyzwaniem: skonstruować postać, która jest do mnie niepodobna w żadnym calu, ani fizycznie, ani mentalnie, ani w sposobie bycia.



Udało się? Jest pani Cyganką?

- Byłam, chyba już nie jestem. Podczas zdjęć, kiedy stałam z Cygankami w grupie, to mnie nie mógł znaleźć kierownik planu, mimo że stałam jako pierwsza. Albo dzieciaki romskie się cieszyły, że mówię po polsku, tak jak one. Wołały: powiedz tak jeszcze raz!

Wszystkie romskie postaci, oprócz Papuszy i jej męża, którego gra Zbigniew Waleryś, to Romowie z okolic Olsztyna, spędziliście razem na planie wiele dni.

- Moim zdaniem to oni "robią" ten film. Przyjeżdżali rano, otwierały się drzwi od autokaru, wchodzili na plan, w tę scenografię i już: za chwilę mieli ugotowane zupy, porąbane drewno. Ani jedna scena taborowej codzienności nie była reżyserowana. Trudno jest zrobić zbiorowe ujęcia: "pani tam przechodzi, a pan wtedy się obraca". A oni tam po prostu byli. Prowadziliśmy życie taborowe, naprawdę się to czuło.

W filmie siada pani po cygańsku, ciężko, z rozstawionymi nogami.

- Dużo takich gestów przejęłam, to siadanie też. Te spódnice, fartuchy, w których się wszystko nosi po kieszeniach, bo wtedy Cyganki przecież nie nosiły torebek.

A papierosy?

- Nie paliłam przez osiem lat, na potrzeby filmu wróciłam, bo Papusza paliła. Obserwowałam też trochę te dziewczyny na planie. Czy ma dziecko na rękach, czy je, czy gotuje: papieros jest nieodłączny. Więc paliliśmy ze Zbyszkiem, który też jest niepalący, oczywiście papierosy bez filtra, ach, czegośmy tam nie palili! Prawdziwy przegląd tytoniowy północnej Polski.



Jaki stosunek do Papuszy mieli romscy aktorzy? Scena sądu nad nią wypadła bardzo autentycznie.

- Każdy z nich wiedział, o czym jest scena, jakiej sprawy w niej broni, ale same dialogi były improwizowane. Reżyserzy, którzy nie znają romskiego nawet się momentami niepokoili, bo nie rozumieli, co aktorzy dokładnie mówią. Tylko Jacek Milewski, nasz nauczyciel i tłumacz, siedział w słuchawkach i kontrolował każde słowo. Myślę, że Papusza dzisiaj jest raczej bohaterką narodową, choć są Romowie, którzy nadal uważają ją za zdrajczynię.

Film zmienił jakoś pani spojrzenie na tę postać?

- Historię znałam dużo wcześniej. Ale przez pracę przy tym filmie zaczęłam się zastanawiać, co bym wolała. To, że jej wiersze zostały opublikowane, a Ficowski wydał swoje książki, to niewątpliwie wielki kamień milowy historii Romów i kultury polskiej. Ale z perspektywy losów Papuszy, postaci, która na tym najwięcej straciła, myślę: a może jednak nie, może wolałabym tego wszystkiego nie wiedzieć i ten jej los ocalić?

Joanna Kos-Krauze powiedziała, że ten film ma wszystkie wady dystrybucyjne: czarno- biały, długi, z napisami

- bez seksu i o Cyganach.

To epopeja o romskiej historii i kulturze, o Zagładzie, powojennych represjach, przymusowym osiedlaniu. Ale to także film o kobiecie

-...której życie było jednym wielkim niespełnieniem. Nagle pojawia się w jej życiu Jerzy Ficowski, który jest uosobieniem tego wszystkiego, czego pragnęła - wiedzy, wykształcenia, wielkiego świata.

Jest pani aktorką, a jednocześnie pracuje pani w biurze, w agencji aktorskiej.

- No wiem, to nie jest normalne. Ale lubię tę równowagę. Gram wtedy, kiedy dostaję ciekawą propozycję, jednocześnie nie zamartwiając się czekaniem na rolę. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, co zawsze pracują. Reszta gra, a potem kilkanaście miesięcy nie robi nic, zwariować można. Denerwuje mnie też brak możliwości decydowania o sobie. Człowiek idzie na casting, stara się, a potem i tak go nie wezmą, bo jest za niski, za blond, za gruby. Choćby zagrał najlepiej w życiu.



Zasłynęła pani przejmującą rolą Beaty w "Placu Zbawiciela". "Papusza" to zupełnie inne kino, wypieszczone kadry jak ze starych fotografii, zero zbliżeń, mało "organicznego" aktorstwa.

- To jakby przeciwieństwo "Placu Zbawiciela", który był kameralny, bardzo blisko bohaterów. Ale ci reżyserzy zawsze szukają czegoś zupełnie innego. Krzysztof powiedział, że teraz myślą o filmie o Czesławie Niemenie.

Ciekawe, czy Niemena też umiałaby pani zagrać?

- No, śmiejemy się, że po tym jak przyszli do mnie z "Papuszą", to chyba nieuniknione.

Papusza - reż. i scenariusz: Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze, zdjęcia: Krzysztof Ptak, Wojciech Staroń, muzyka: Jan Kanty-Pawluśkiewicz, występują m.in.: Jowita Budnik, Zbigniew Waleryś, Antoni Pawlicki, Artur Steranko, Paloma Mirga, Andrzej Walden.