Takiego filmu w kinach nie było. "Między nami dobrze jest" otwiera nowy rozdział

Film "Między nami dobrze jest" to bardzo udane przeniesienie na ekran spektaklu. To nie jedyna taka próba. Był musical Teatru Muzycznego w Gdyni, Słobodzianek w telewizji, czy wbijająca w fotel "Walentyna" w Teatrze Telewizji. Ale to Jarzyna otworzył, w imponujący sposób, nową drogę teatrowi do kin. I może inspirować kolejnych twórców.
Na ekrany polskich kin trafił właśnie film "Między nami dobrze jest", nietypowa, zaskakująca, a może i inspirującą dla innych twórców, ale przede wszystkim - bardzo udana próba przeniesienia na ekran spektaklu teatralnego. Kolejny etap odbywającej się w ciągu ostatnich kilku lat ewolucji swatania teatru z kinem.

Genialny tekst Masłowskiej, świetna sztuka i... film

Historia tej realizacji ma kilka etapów. Najpierw był tekst dramatu, napisany przez najbardziej cenioną, najszczodrzej nagradzaną, najczęściej tłumaczoną i zdecydowanie zbyt często imitowaną przez innych twórców polską pisarkę młodego pokolenia, Dorotę Masłowską. Tekst iście genialny zarówno na poziomie samego języka, w typowy dla tej autorki sposób połamanego i powykręcanego, jak i pod względem sposobu opisania polskiej rzeczywistości czasu przemian: Masłowska po mistrzowsku operuje wymyśloną przez siebie na potrzeby tego dramatu poetyką braku, nie-bycia, nie-posiadania, nie-decydowania-o-niczym.



Sztuka, z tytułem zaczerpniętym z post-punkowego hymnu zespołu Siekiera, powstała na zamówienie Teatru Rozmaitości w Warszawie i Schaubühne am Lehniner Platz w Berlinie, a opublikowana została w 2008 roku. Na scenę trafiła rok później, w reżyserii Grzegorza Jarzyny i z miejsca spotkała się z bardzo gorącym przyjęciem publiczności zarówno w Polsce, jak i wielu innych krajach, w których była wystawiana. Na afiszu stołecznych Rozmaitości jest do dziś, choć zobaczyć jej niemal nie sposób - bilety na każdy ze spektakli rozchodzą się błyskawicznie. Po premierze warszawskiej realizacji sztuka doczekała się kilku innych adaptacji teatralnych, a także w formie słuchowiska radiowego. Wreszcie powstał pomysł przeniesienia najsłynniejszej wersji, tej z Rozmaitości, na ekran.

Z teatru do ramówki telewizji

To nie jest pomysł nowy, a w ostatnim czasie - nie jest to pomysł rzadki. Co i rusz ktoś podejmuje się przeniesienia sztuk wystawianych w tradycyjny sposób, na scenie, w przestrzeń kina lub telewizji. Ostatnie lata przyniosły wiele takich prób, które układają się w swoisty ewolucyjny porządek tego zjawiska.

Pierwszym etapem są po prostu rejestracje spektakli - to metoda najprostsza, polegająca z grubsza na tym, że w przestrzeni teatru, który wystawia daną sztukę, ustawia się kamery, przy pomocy których filmuje się spektakl, grany z reguły bez publiczności. Choć ta forma ma liczne wady, na czele z tą, że na scenie gra się jednak zupełnie inaczej niż do kamery, jest prosta i skuteczna. Ostatnie doświadczenia pokazują na dodatek, że przynosi świetne efekty, mierzone przede wszystkim ilością widzów.

Pod tym względem wygrywają zwłaszcza te spektakle, którym udaje się dostać do ramówki któregoś z dwóch głównych programów telewizji publicznej. To choćby niedawny casus "Chłopów", musicalu z Teatru Muzycznego w Gdyni, pokazanego w okresie arcydługich ostatnich ferii świątecznych. Nic to, że w niektórych mediach transmisja była mylnie zapowiadana jako kolejna powtórka filmowej adaptacji powieści Reymonta, nakręconej w połowie lat 70., nic to, że na dość ponury żart czy wręcz złośliwość pracowników telewizji zakrawał emitowany pod koniec transmisji pasek zapowiadający kolejny program w ramówce... "Rolnik szuka żony", najważniejsze, że gdyńskich "Chłopów" obejrzało mnóstwo widzów. I jest to sukces nieporównywalny z poprzednim: "Naszą klasą" Słobodzianka z warszawskiego Teatru Dramatycznego, który na antenie kanału TV Kultura obejrzały 133 tys. widzów, co jak na jego standardy i tak jest ilością imponującą.

Teatr Telewizji znów zachwyca!

Druga z popularnych metod przeniesienia teatru na ekran to oczywiście Teatr Telewizji, gatunek, w którym polska telewizja jest prawdziwym mistrzem, którym szczyci się od lat, a który w ostatnim czasie przeżywa swego rodzaju drugą młodość czy wręcz prawdziwy renesans.

W ostatnich latach powstaje coraz więcej spektakli, realizowanych na różne sposoby: czy to specjalnie z myślą o tej formie czy raczej w wyniku przeniesienia w telewizyjne ramy przedstawień istniejących wcześniej autonomicznie. Jednym z najciekawszych przykładów jak oryginalne efekty może przynieść ta druga formuła, zwłaszcza kiedy nie zatrzyma się na zwykłym ustawieniu kamer koło sceny, jest spektakl "Walentyna", wspólne dzieło Wojciecha Farugi i Julii Kijowskiej (on je wyreżyserował, ona zagrała tytułową rolę, wspólnie pisali scenariusz).

To opowieść oparta na wspomnieniach pierwszej kobiety w kosmosie, Walentyny Tierieszkowej, ale zamiast wikłać się w problemy techniczne okołoziemskiego lotu i ciekawostki życia na orbicie, twórcy skupili się raczej na sile nośnej emocji, strachu wprowadzającym w stan nieważkości i życiu spalonym w krótkim błysku jak galony rakietowego paliwa.

A efekt okazał się wbijający w fotel. Także dlatego, że realizując telewizyjną wersję tego przedstawienia, autorzy zdecydowali się na odważne przekroczenie schematu zwykłej rejestracji. Jego symbolem okazało się postawienie kamery nie obok sceny, ale centymetry od twarzy Kijowskiej. Widz uzyskał w ten sposób bliskość, która w teatrze nie byłaby możliwa, poczucie jakby siedział w lądowniku z umierającą z wysiłku i strachu Kijowska-Tierieszkową. I to była zupełnie nowa jakość jeśli chodzi o kwestię teatru na ekranie.

Film Jarzyny - kontynuacja i nowa jakość

Ekranowa, a dokładniej - kinowa, bo właśnie z myślą raczej o kinie niż o telewizji zdaje się być wymyślona, realizacja "Między nami dobrze jest" wydaje się być kolejnym ogniwem tego łańcucha. Rejestracja spektaklu posługuje się środkami dla teatru niedostępnymi, a znakomicie pogłębiającymi interpretacyjne tropy zastosowane przez autorów. Owszem, w filmie występują ci sami aktorzy, co w spektaklu Teatru Rozmaitości, owszem w ostatnim ujęciu filmu kamera oddala się od sceny, pokazując teatralne "bebechy", ale jednak to, co można zobaczyć podczas seansu "Między nami dobrze jest" trzeba uznać za coś zdecydowanie więcej niż tylko przeniesienie spektaklu ze sceny na ekran, za zupełnie autonomiczny projekt.

Co więcej - nie jest to także zwykły film, to raczej coś pomiędzy kinem a teatrem, bardzo ciekawa i nowatorska forma połączenia tych dwóch rodzajów sztuki. Jarzyna gra w tej realizacji bardzo umiejętnie możliwościami techniki video. Z rozmysłem wykorzystuje telewizyjne tricki i efekty specjalne: rysowanie przez bohaterów elementów świata, które - niczym w popularnej dziecięcej animacji "Zaczarowany ołówek", stają się rzeczywiste albo zastosowanie nietypowych animacji do budowania tła poszczególnych scen.

Świetnym przykładem skutecznego wykorzystania narzędzi, które daje film, jest jedna z postaci, wzorcowo piękna i dopasowana do wyśrubowanych kanonów estetycznych współczesności. Kiedy pojawia się na ekranie, zmienia się on w ekran PhotoShopa z całym zestawem charakterystycznych dla tego programu ikon, uruchamiających narzędzia do modyfikowania i poprawiania obrazu.

Jarzyna otworzył swoim filmem nową drogę, nowy etap w historii przenoszenia spektakli na ekran. Otworzył w sposób spektakularny i imponujący. Oby doczekał się raczej kontynuatorów, którzy jego pomysł będą rozwijać w twórczy sposób, a nie tylko takich, jak większość imitatorów Masłowskiej, którzy próbują zbudować własny język z metafor tylko udających jej niezwykłą językową wyobraźnię.

Przeczytaj też naszą recenzję filmu "Między nami dobrze jest">>

Więcej o: