Stefan Wesołowski: muzyka klasyczna i elektroniczna to nie są dwa odległe bieguny

Gra muzykę, którą zachwycają się fani na całym świecie, wydaje w zagranicznych wytwórniach, komponuje na potrzeby amerykańskich filmów. Gdański twórca, Stefan Wesołowski, właśnie przygotowuje nową płytę i krótką trasę po Polsce.
Przemysław Gulda: Wielkimi krokami zbliża się moment premiery twojej najnowszej płyty, albumu "Rite of the End". Kto wyda ten materiał i kiedy będzie można go usłyszeć?

Stefan Wesołowski: Nowy album wychodzi jako współpraca francuskiej wytwórni Ici D'ailleurs i mojego publishera Mute Song. Ici D'ailleurs już w zeszłym roku wznawiała "Kompletę" - mój debiut płytowy z 2008 roku, który w zremasterowanej i przeprojektowanej graficznie odsłonie został wprowadzony do międzynarodowego obiegu w formie albumu CD i płyty winylowej. Współpraca była bardzo udana, stąd pomysł na wypuszczenie w tym katalogu także zupełnie nowego materiału.



Twoja poprzednia płyta, "Liebestod", także nie ukazała się za sprawą żadnej z polskich oficyn. Wydała ją bardzo ceniona firma, Important Records. Jak się układa i co ci w praktyce daje współpraca z zagranicznymi wytwórniami? Jakie to do tej pory przyniosło efekty?

- Och, daje mi ogromnie dużo! Właściwie od momentu kiedy John Brien z Important Records zdecydował się trzy lata temu na wydanie "Liebestod", wszystko diametralnie się zmieniło. Posiadanie wsparcia w postaci wpływowego wydawcy pozwala dotrzeć do większej ilości odbiorców, zwraca uwagę recenzentów i organizatorów festiwali. To zrozumiałe, bo muzyki powstaje bardzo dużo i codziennie wychodzą nowe albumy. To fizycznie niemożliwe, żeby posłuchać wszystkiego. Ale jeśli uda się, że z jakiegoś powodu ktoś taki jak John Brien nie wyrzuci twojego maila do kosza, choć był to dla niego setny mail z materiałem demo w ciągu dnia i na dodatek stwierdzi, że widzi to u siebie w katalogu, gdzie są już tacy wykonawcy jak np.: Coil, Merzbow czy kompozytorka Eliane Radigue, to udaje się przeskoczyć ważny próg, za którym na twoją muzykę na pewno ktoś dalej również zwróci uwagę. Na "Liebestod", oprócz dziennikarzy muzycznych i organizatorów koncertów, zwrócili też uwagę Stephane Gregoire i Simon Ballard. Stephane jest szefem Ici D'ailleurs które wydało reedycję "Komplety" i teraz wydaje "Rite Of The End", a teraz przylatuje do Polski na moje najbliższe koncerty. Simon natomiast pracuje w Mute Song, które reprezentuje takich artystów jak: Nick Cave, Swans, Underworld czy Jóhann Jóhannsson. Napisał mi, że przedstawi moją muzykę reszcie ekipy Mute, z Danielem Millerem, głównym szefem wytwórni, na czele i zobaczymy co dalej. Po dwóch tygodniach zaproponowali mi kontrakt publishingowy i chwilę potem siedziałem z nimi w siedzibie Mute na Hammersmith w Londynie, gdzie ten kontrakt faktycznie podpisałem. Dzięki działalności Mute miałem chociażby okazję napisać muzykę do nominowanego do nagrody BAFTA filmu dokumentalnego "Listen To Me Marlon", w reżyserii Stevana Rileya. W odpowiednim momencie w rękach Stevana po prostu znalazła się moja płyta, spodobała mu się i zaproponował mi zrobienie muzyki do swojego filmu. O to, żeby w jego rękach ta płyta się znalazła, zadbało właśnie Mute. Mam w tej chwili ogromne wsparcie ze strony wydawcy i publishera, moją rzeczą jest to, żeby tego nie zmarnować. A postaram się raczej to dobrze wykorzystać.



Wróćmy do nowej płyty. Kiedy ma się ukazać, kiedy będzie można posłuchać twojej nowej muzyki?

- Pierwotnie album miał ukazać się już w kwietniu, ale końcówka pracy bardzo mi się przedłużyła, to dla mnie najgorszy i potwornie wyczerpujący moment. Trzeba było przesunąć też datę premiery. Ostatecznie będzie to pewnie albo bezpośrednio przed wakacjami albo bezpośrednio po wakacjach. Ale materiał z płyty usłyszeć można już teraz, 8 kwietnia na Dniach Muzyki Nowej w Gdańsku i następnego dnia w Cafe Kulturalnej w Warszawie. Z kolei 11 czerwca zagram w tyskiej Mediatece, w ramach nowego cyklu koncertowego, którego kuratorem jest Filip Berkowicz, a organizatorem Orkiestra Aukso.

Tytuł płyty jest wyraźnym nawiązaniem do słynnego, głośnego i kontrowersyjnego "Święta Wiosny" Strawińskiego. Czy poza tytułem będzie można odnaleźć na twojej płycie jakieś inne związki z tym utworem: pod względem kompozycji, harmonii czy klimatu?

- Żadnych świadomych. "Święto Wiosny" jest genialnym, skończonym dziełem, którego pulsowanie z przyjemnością wyczuwam w swoim krwioobiegu i z całą pewnością ma na mnie wpływ, tak jak wiele innych genialnych i skończonych dzieł. Ale nie jest to raczej wpływ, który przekłada się na konkretne działania kompozycyjne, wszelkie próby tego typu byłyby raczej nie na miejscu i chyba też trochę bez sensu. To jest raczej deklaracja przywiązania do takiej postawy artystycznej, która będąc dzika i intensywna, jest jednocześnie głęboko przemyślana i mądra. To decyduje o duchowym nasyceniu i trwałości i to jest coś, co odróżnia rzeczy miałkie i średnie od rzeczy wielkich i wybitnych. Poprzedni album był o miłości i śmierci i patronował mu Wagner, ten jest o obrzędzie i rytuale i patronuje mu Strawiński. Trzymam się mocno swoich patronów, bo wierzę w konieczność dążenia do nieprzemijalności i wybitności. Pewnie jeszcze przede mną bardzo długa droga do pokonania, ale jest to jedyna postawa która wydaje mi się przekonująca w kontekście tworzenia.

Twoje poczynania to od lat w jakimś sensie łączenie ognia z wodą, czyli muzyki klasycznej i elektroniki. W jakich proporcjach łączysz je w nowych kompozycjach?

- Nie sądzę że są to całkowicie przeciwne bieguny. Éliane Radigue tworzyła w latach 70-tych i 80-tych utwory wyłącznie z użyciem syntezatorów modularnych i są to przepiękne kompozycje, których nikt nie odważyłby się umieścić poza kanonem muzyki klasycznej. To zresztą tylko jeden z wielu przykładów. Jeśli chodzi o "Rite Of The End", element syntetyczny jest tu znacznie bardziej zauważalny niż w przypadku "Liebestod". Ale też wiele z utworów które pojawią się na płycie powstały pierwotnie jako szkice w pełni elektroniczne, które dopiero potem były rozwijane o ścieżki instrumentalne.

Twoja poprzednia płyta, "Liebestod", była utrzymana w bardzo ponurym nastroju. Jak będzie tym razem?

- Często słyszę o tej ponurości. Rozumiem to, ale sam tego tak nie widzę. Jest tam oczywiście sporo smutku, ale to nie jest jakiś autoerotyzm rozpaczy. "Liebestod" było taką estetyczną impresją na temat ostatecznych i podstawowych spraw, takich jak miłość, śmierć, tęsknota. Ale ostateczne rzeczy, właśnie dlatego że są bezwzględne i dotyczą każdego, nie są dla mnie ponure. Ani trochę. Wręcz przeciwnie, to jest taki smutek łamany na radość. Swoją drogą, jakiś czas temu czytałem o badaniach nad nostalgią i okazuje się, że jest to absolutnie ważne i potrzebne uczucie, które reguluje funkcjonowanie i pomaga otworzyć się na rzeczy istotne. W tym artykule padło nawet ładne zdanie, które zapamiętałem: "Nostalgia to przypadłość o trudnej przeszłości, ale i intrygującej przyszłości". Wychodząc z tego samego założenia nie demonizowałbym aż tak tego smutku, który jest w "Liebestod". Natomiast "Rite Of The End" jest rytuałem. Tutaj już nie ma myślenia o rzeczach ostatecznych, tylko ich celebracja i świętowanie. Nie widzę tu miejsca ani na smutek ani na radość, to bardziej organiczne przeżywanie, pierwotna energia. To jest rytualny, obrzędowy materiał.

Zaczynałeś od muzyki liturgicznej. Na ile ta tradycja i taka stylistka nadal jest ci bliska? Czy będzie można doszukać się jej ech na nowej płycie?

- Myślę że ta obrzędowość, o której przed chwilą mówiłem, ma w sobie coś z liturgii. Ale w tym wypadku, podobnie zresztą jak w "Święcie Wiosny", jest to raczej obrzęd pierwotny, pogański. Natomiast to od czego zacząłem jest we mnie wciąż bardzo silne, może nawet coraz silniejsze.

Ilu muzyków będziesz potrzebować, żeby ten materiał mógł w pełni zaistnieć w wersji koncertowej?

- W podstawowej wersji oprócz mnie będzie na scenie trzech muzyków: skrzypaczka, wiolonczelista i harfista. Oprócz operowania elektroniką, sam będę grał na skrzypcach, altówce i fisharmonii. W takim też składzie zagramy najbliższe koncerty. Jeśli będzie możliwość poszerzania tego składu to zapewne z tego skorzystam.

Zwykle pracujesz z instrumentalistami, których zapraszasz na poszczególne koncerty, nie myślałeś nigdy o stworzeniu stałego zespołu?

- Nie mam stałego zespołu, ale mam stałe grono zaufanych i sprawdzonych muzyków, do których dzwonię gdy jest taka potrzeba. W zeszłym roku zagrałem kilka koncertów w dokładnie tym samym składzie i było to bardzo fajne. Co ciekawe, cały zespół był z Wrocławia. Jeśli będę ruszał w trasę, wezmę ze sobą zapewne jeden skład, ale na co dzień nie mam potrzeby grupowania się w zespół, bo i tak nie rozkłada to w żaden sposób odpowiedzialności, która przecież spoczywa na mnie.