Rachel Weisz: angielska róża, która niczego się nie boi

Rachel Weisz to z pewnością jedna z najwszechstronniejszych aktorek swojego pokolenia. Zachwyca zarówno w niszowych dramatach, jak i w kinie typowo rozrywkowym. Filmem ?Agora? udowodniła też, że nie ma problemu z kontrowersyjną tematyką. To zresztą nie dziwi. Zawsze mówi bowiem to, co myśli. To ona kiedyś stwierdziła, że aktorzy powinni mieć zakaz używania botoksu, tak samo jak ma to miejsce ze sterydami u sportowców.


Choć niedawno skończyła 46 lat, wciąż uznawana jest za jedną z najpiękniejszych współczesnych aktorek. Mówi się, że jest idealnym przykładem "angielskiej róży" - jasna, delikatna cera łączy się u niej z wyrazistymi, klasycznymi rysami twarzy. To określenie równie często stosuje się np. w przypadku Kate Middleton czy niegdyś Elizabeth Taylor. Co ciekawe, Weisz, choć urodzona w londyńskim Westminster, wcale nie jest stuprocentową Brytyjką. Jej ojciec pochodził z Węgier (stąd nietypowe, trudne do wymówienia nazwisko - agent aktorki namawiał ją do zmiany, ale ona się nie zgodziła), a matka jest Austriaczką. Od jakiegoś czasu Weisz mieszka zresztą z mężem Danielem Craigiem na Manhattanie i posiada amerykańskie obywatelstwo.

Nie tylko ślicznotka

Uroda pomagała jej od samego początku. Już w wieku 14 lat otrzymała pierwszy kontrakt modelingowy. Wtedy też zwróciła na siebie uwagę producentów filmu "Król Dawid" z Richardem Gerem, którzy chcieli ją do jednej z ról. Ku wielkiemu zaskoczeniu reżysera Bruce'a Beresforda, Rachel nie przyjęła tej propozycji. Ojciec wolał, by skupiła się na nauce, a ona nie polemizowała - w późniejszych latach przyznawała, że występ w tak dużej produkcji w tak młodym wieku z pewnością miałby dla niej negatywne konsekwencje. Nie marzyła zresztą wtedy o byciu aktorką - te plany narodziły się znacznie później.

Grać w teatrze zaczęła na studiach. Potem pojawiły się produkcje telewizyjne (w jednej z nich występowała obok Ewana McGregora), a w 1994 roku pierwszy film. Niskobudżetowa "Maszyna śmierci" nie przyniosła jej co prawda sławy, ale przyczyniła się do tego, że aktorkę zatrudniono przy "Reakcji łańcuchowej" - popularnego wśród publiczności filmu, w którym partnerowała Keanu Reevesowi i Morganowi Freemanowi. Potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Wielki hicior "Mumia" wraz z kontynuacją zarobiły grubo ponad 800 milionów dolarów. Choć łatwo mogła zostać ślicznotką występującą w blockbusterach, Weisz sumiennie dobierała kolejne projekty, broniąc się przed zaszufladkowaniem. Tytuły jak "Wróg u bram", "Przekręt doskonały" czy "Był sobie chłopiec" ugruntowały jej (i tak dość wysoką) pozycję. Nadal jednak mało kto mówił o niej jak o wielkiej gwieździe. Wszystko zmieniło się w 2005 roku, gdy otrzymała Oscara za drugoplanową rolę w "Wiernym ogrodniku".

Po tej nagrodzie nie musiała już nic nikomu udowadniać. Gdy zaproponowano jej udział w trzeciej części "Mumii", odmówiła, tłumacząc, że scenariusz jest na dużo niższym poziomie niż w przypadku poprzednich filmów. Chyba miała rację - choć "Grobowiec Cesarza Smoka" dobrze poradził sobie w kinach, został wprost zmiażdżony przez krytykę. Zamiast tego Weisz wybrała dramat "Nostalgia anioła" oraz przygodową komedię "Niesamowici bracia Bloom". Żaden z nich nie zarobił kokosów, ale jej zależało na czymś innym - po prostu chciała się rozwijać.

Pod prąd

Jej filmografię wyróżnia wszechstronność. Duże produkcje mieszają się u niej z niezależnymi dramatami, kino akcji z awangardą, komedie z horrorami. Wydaje się, że żadna rola jej nie straszna. W końcu w jednym roku wystąpiła w głupawym "Fred Claus - Brat Świętego Mikołaja" oraz lirycznym romansie Wong Kar-Waia, "Jagodowe noce". Aktorka stanowczo sprzeciwia się hollywoodzkiej modzie na metki. W jednym z wywiadów powiedziała: "Wmawiali mi, że aby zostać sławną, trzeba być znanym jako konkretny typ. Jak choćby 'Dziewczyna od komedii romantycznych' albo 'Zdobywczyni Oscara, która coś tam, coś tam'". Ona miała na siebie inny pomysł. Otrzymaną Nagrodę Akademii spożytkowała najlepiej, jak się dało. Zamiast po prostu podbić swoją stawkę i występować w czym popadnie, postanowiła wybierać projekty zróżnicowane, wśród których przeważają ambitne i nietypowe. Zeszłoroczny "Lobster" oraz "Młodość" Paolo Sorrentino są na to najlepszym dowodem. Nawet gdy Weisz zdecydowała się wystąpić w kinie historycznym, które to uważane jest przecież za gatunek bardzo konwencjonalny, okazało się, że filmowi daleko do sztampy.

"Agora" wymyka się kliszom powielanym przez typowe filmy kostiumowe. Choć budżet był wysoki (75 milionów dolarów), daleko w niej do pustego hollywoodzkiego przepychu. To w całości hiszpańska produkcja - po angielsku, przeznaczona dla międzynarodowego widza, ale jednak bliższa europejskiej przestrzeni kulturowej. "Agora" jest w pewnym sensie opowieścią wręcz kameralną, skupioną na emocjach i bohaterach. Wielu krytyków uważa ten film za jeden z lepszych przykładów kina historycznego ostatnich lat. O ile w przeszłości mieliśmy bowiem sporo wybitnych produkcji z tego gatunku (z "Gladiatorem" i "Lawrencem z Arabii" na czele), tak ostatnie lata to raczej słabszy okres dla ich wielbicieli. "Pompeje" czy niedawni "Bogowie Egiptu" z pewnością nie zapiszą się złotymi zgłoskami w historii kinematografii. Nawet Ridley Scott, ekspert od wielkich widowisk, swoim "Exodus: Bogowie i królowie" nie zebrał dobrych recenzji.

Nietypowe kino kostiumowe

Film wyreżyserował Alejandro Amenábar, twórca choćby nagrodzonego Oscarem dramatu "W stronę morza" z przejmującą rolą Javiera Bardema. Mówił: "Kiedy kręciłem tamten film, co było dla mnie bardzo osobistym doświadczeniem, nie mogłem sobie nawet wyobrazić, że moja kolejna produkcja będzie opowiadać o Rzymianach i chrześcijanach w starożytnym Egipcie. Ale na tym przecież polega piękno mojego zawodu: możesz uwolnić swoją ciekawość i zbadać tak fascynujący świat, jak Aleksandria na przełomie IV i V wieku naszej ery. Można sobie wyobrazić świątynie, ulice, ludzi. I powołać to wszystko do życia na ekranie". Reżyser najpierw postanowił zrealizować film rozgrywający się w tamtym okresie, a dopiero później wybrał konkretny temat. Po długich rozważaniach zdecydował się na historię Hypatii - filozofki i matematyczki, która bardzo mocno przyczyniła się do rozwoju astronomii. Badacze nazywają ją dziś "męczennicą nauki". To nie tylko opowieść o tej wyjątkowej kobiecie, ale też o samej Aleksandrii, rozsadzanej przez różne frakcje i dążenia, zwłaszcza religijne. Niektórzy twierdzą, że wydarzenia związane z życiem Hypatii, jak choćby zburzenie Serapejonu, były symbolem granicy dzielącej cywilizację starożytną od średniowiecza. Choć to bardzo ciekawy okres historii, kino go do te pory omijało. Amenábar postanowił to zmienić.



Zdjęcia poprzedziły lata przygotowań. Nie były one łatwe - dzieła Hypatii zostały zniszczone, a o jej życiu powstało niewiele publikacji (jedną z nielicznych jest polska książka autorstwa Marii Dzielskiej). Prowadzone były więc konsultacje z dziesiątkami ekspertów. Na potrzeby narracji wprowadzono oczywiście kilka wątków całkowicie fikcyjnych, ale reżyserowi bardzo zależało na realizmie - w filmie pojawia się minimalna ilość CGI, zwracano uwagę na detale. Dzięki pomocy NASA udało się nawet odtworzyć wygląd ówczesnego nieba. Mimo to, Amenábar uważał, aby kostiumy i scenografia nie przysłoniły tego, co w tej historii najważniejsze. Chciał, aby były one dodatkiem uwiarygodniającym opowieść, a nie stanowiły wartość samą w sobie. "Ten film to połączenie dyscypliny i widowiskowości. Pragnąłem zdecydowanie oddalić się od często martwej formalnej perfekcji, charakterystycznej dla tego typu produkcji. Nie chodziło o to, by podkreślać przepych inscenizacji, eksponować efektowne ujęcia, podkreślane patetyczną muzyką" - przekonywał w jednym z wywiadów. Mimo że "Agora" opowiada historię z dalekiej przeszłości, może ona stanowić lustro dla dzisiejszych problemów. Aby widz mógł to dostrzec, potrzeba było uniwersalności przesłania oraz pewnej nowoczesności w realizacji. Według większości recenzentów reżyser podołał temu zadaniu.

***

Film miał premierę na festiwalu w Cannes, gdzie zebrał dobre recenzje, a następnie wprowadzono go do kin w Hiszpanii - pobił tam wszelkie rekordy i został najpopularniejszym tytułem całego 2009 roku. "Agora" otrzymała aż 13 nominacji do krajowych nagród Goya, z których siedem zamieniło się na statuetki. Poza Hiszpanią film nie był jednak aż tak popularny - wiele krajów zwlekało z decyzją o dystrybucji, głównie z powodu kontrowersji, jakie wywołała tematyka. Organizacje katolickie protestowały, twierdząc, że "Agora" promuje krzywdzący wizerunek chrześcijan (chodziło przede wszystkim o postaci parabolanów, wykorzystywanych jako polityczne bojówki biskupów). Choć twórcy odpierali ataki, tłumacząc, że mieli na myśli fundamentalizm w sensie ogólnym, mało kogo to przekonywało. Usta niektórym krytykantom zamknął dopiero ksiądz Philip Grey w swojej naukowej publikacji na temat prezentowania chrześcijaństwa w mediach. Napisał on wprost: "Jeśli jacyś chrześcijanie widzą siebie w fanatycznych mordercach przedstawionych w filmie i czują się przez to urażeni, powinni chyba głęboko zastanowić się nad swoją wiarą".