Primavera 2015. Kobiecy hattrick. Tak dziewczyny zrobiły rebelię [RELACJA]

Mam 46 lat i nadal jestem punkiem - krzyknęła, a potem... zrobiła szpagat. Zespół The Julie Ruin z Kathleen Hanna na czele, wystąpił na festiwalu Primavera obok grup Sleater-Kinney i Ex Hex. To dziś trzy fundamentalne formacje dla feministycznej części alternatywnej sceny muzycznej.
To był pewnie w jakimś sensie przypadek, że te trzy zespoły znalazły się w programie jednego festiwalu, a już na pewno - że wszystkie zagrały jednego dnia, praktycznie zaraz po sobie. Dzięki temu słuchacze mieli możliwość w ciągu kilku godzin przekonać się, co robią dziś dziewczęta, które kilkanaście lat temu skromnymi środkami, oddolnymi działaniami, mocą przyjaźni i niewymuszonej współpracy, zrewolucjonizowały scenę muzyczną.

Dziewczyny robią rebelię

Te trzy zespoły: Ex Hex, The Julie Ruin i Sleater-Kinney, łączy oczywiście feministyczna ideologia, wyraźnie widoczna w ich tekstach, oprawie graficznej ich wydawnictw czy publicznych wypowiedziach ich członkiń, ale łączą je również relacje muzyczne, towarzyskie i czysto prywatne. Te dziewczęta grały wcześniej ze sobą w innych zespołach (Mary Timony zanim założyła zespół Ex Hex grała w grupie Wild Flag z członkiniami Sleater-Kinney), chodziły razem do szkoły (słynnej, ze względu na istniejącą wokół niej scenę artystyczną, uczelni Evergreen State College w miejscowości Olympia), a przede wszystkim prowadziły aktywną działalność polityczno-społeczną pod szyldem Riot Grrrls, nieformalnej organizacji walczącej o prawa kobiet.

Na początku lat 90. grupa młodych dziewczyn ze sceny punkowej rzuciła wyzwanie światu, atakując zarówno społeczne schematy, poniżające kobiety, ale także zinstytucjonalizowany feminizm. Był on wówczas bowiem uwikłany w dość abstrakcyjne działania, mające przynieść strukturalne zmiany, ale jednocześnie - całkowicie oderwany od problemów młodej dziewczyny, narażonej w codziennym życiu na mnóstwo niedogodności i niebezpieczeństw tylko za sprawą swojej płci.

Na płaszczyźnie kulturowej ten oddolny ruch sprowadzał się do kilku prostych postulatów, z których najważniejsze to zwiększenie aktywności dziewcząt na scenie artystycznej, a w tym - muzycznej, a także walka z brutalną zabawą na koncertach, zmuszającą dziewczyny do stania daleko od sceny.

Ruch, który początkowo był tylko przyjacielską inicjatywą kilku studentek, grających w zespołach, tworzących zine'y i pomagających sobie nawzajem w trudnych sytuacjach, okazał się impulsem do prawdziwej rewolucji, która przeorała najpierw amerykańską scenę punkową, a potem sporą cześć sceny alternatywnej na całym świecie. Jej najbardziej widocznym efektem jest znacznie większa niż kiedyś obecność dziewcząt na scenie muzycznej, a poniekąd także fakt, że czysto kobieca formacja gra na największej scenie tegorocznej barcelońskiej Primavery w najlepszym momencie wieczoru.

Panowie, teraz my

Pierwsza w kolejności zaprezentowała się formacja z tych trzech najskromniejsza - Ex Hex. Trzy artystki przez trzy kwadranse zawładnęły jedną z mniejszych festiwalowych scen i zaprezentowały coś, co bez trudu i bez żadnych wątpliwości uznać można było za grę z, a może więc parodię, klasycznego, napędzanego testosteronem rocka, uznawanego dziś za jeden z synonimów prawdziwej męskości.



Otóż nie - zdawały się mówić każdą swoją piosenka i każdym swoim gestem trzy Amerykanki. Otóż przejmujemy waszą męską muzykę i gramy ją po swojemu i na naszych warunkach.

Z jednej strony ze sceny brzmiały więc potężne riffy, z drugiej - celowo uproszczone do granic możliwości, przezabawne w swoim prymitywizmie, gitarowe solówki. Z jednej strony - mocne, iście męskie brzmienia, z drugiej - ładne, piosenkowe melodie. Na dodatek artystki w bezlitosny sposób parodiowały stereotypowe, męskie, rockowe zachowania: trzymały gitary na biodrze, uprawiały zawzięty headbanging, przyjmowały pełne udawanego patosu pozy, a na koniec posunęły się nawet do imitowania stosunku płciowego między gitarami. Brzmi to absurdalnie, wyglądało jeszcze bardziej absurdalnie, ale skoro od lat przechodzi w wykonaniu gitarzystów-mężczyzn, czemu nie może się sprawdzić, kiedy bawią się w ten sposób dziewczyny. To było śmieszne, ale też bardzo znaczące. To było jednoznaczne i skuteczne zaanektowanie przez dziewczyny terenu zarezerwowanego do tej pory wyłącznie dla mężczyzn, a przede wszystkim dla samców alfa.

Sukienki, przeboje i pewność siebie

Panie z zespołu Sleater-Kinney bardzo wyraźnie i skutecznie pokazały natomiast swoim występem na największej festiwalowej scenie, że są dziś na zupełnie innej planecie, że są wielkimi gwiazdami. I ze sporym powodzeniem ogrywały swój świeżo nabyty gwiazdorski status.

Wszystko było na tym koncercie w wersji "na bogato": brzmienie, scenografia, repertuar. Program występu bez trudu zadowolić mógł zarówno dawnych fanów - panie bardzo skrupulatnie wybrały największe przeboje ze swoich wcześniejszych płyt, jak i tych, którzy poznali grupę dopiero przy okazji płyty wydanej po niedawnej reaktywacji - piosenek pochodzących z tego albumu zabrzmiało w Barcelonie sporo.

W zachowaniu na scenie członkiń zespołu czuć było opanowanie, pewność i moc. Z powodzeniem wzięły na barki brzemię bycia gwiazdami i nie pozwalały sobie na ślad niepewności i zwątpienia. Tak jakby chciały pokazać, że kobiety równie dobrze nadają się headlinerów wielkiego festiwalu, jak te wszystkie zespoły z maskulinistycznej pierwszej rockowej ligi, w których nie ma nawet śladu kobiety. I nawet mimo tego, że koncert był pozbawiony jakichś specjalnych fajerwerków, a wręcz był nieco statyczny, zdecydowanie i pewność artystek robiły znakomite wrażenie.



Na mocną, symboliczną deklarację wyglądały natomiast kreacje, które członkinie zespołu wybrały na ten wieczór. Nie były w żaden sposób wyzywające ani seksowne, nie były też żadną wariacją na klasyczny rockowy temat: t-shirt i jeansy - temat w gruncie rzeczy przecież męski, choć przez ostatnie dekady zupełnie pozbawiony płci. Nic z tych rzeczy, artystki ubrały się w sposób, jaki tradycyjnie określa się jako kobiecy: w eleganckie, dość krótkie sukienki, coś pomiędzy próbą imprezy weselnej a służbową wigilią.

To proste rozwiązanie zdawało się mieć jednak dość wywrotowy wymiar - strój, w którym kobieta tradycyjnie ma być elegancka, grzeczna i ładna, połączony został z graniem mocnego indie rocka z punkowymi korzeniami, muzyki, która w żaden sposób nie chce być ani elegancka, ani grzeczna, ani za żadne skarby ładna. To przedefiniowywało kulturowy wymiar takiej sukienki, a także kulturowy schemat dziewczyny grającej muzykę rockową.

Szpagat z uśmiechem na ustach

W obliczu nieskazitelnego perfekcjonizmu występu Sleater-Kinney, to co pokazała w Barcelonie grupa The Julie Ruin zdaje się być niemal na drugim biegunie. Propozycja najnowszego projektu muzycznego, którego główną postacią jest Kathleen Hanna, jedna z inicjatorek ruchu Riot Grrrls, prawdziwa weteranka sceny alternatywnej, znana wcześniej z zespołów Bikini Kill i Le Tigre, okazała się iście punkowa w swoim duchu, radośnie nieuporządkowana, szorstka, naturalna i szczera.

Pod względem muzycznym znana z debiutanckiej płyty muzyka tego projektu, leżąca gdzieś na skrzyżowaniu między post-punkiem i electro, na żywo sprawdziła się znakomicie. Ale nie o muzykę chodziło w tym przypadku, a przynajmniej nie tylko o muzykę - tak jak zresztą zawsze było w przypadku wszystkich projektów, w których uczestniczyła Kathleen Hanna. Chodziło także o bardzo mocne, czasem polityczne, czasem społeczne, a zawsze osobiste i do bólu szczere teksty piosenek, chodziło też o to, co Hanna mówi między utworami.



Bo wokalistka zrobiła podczas barcelońskiego koncertu coś, co robi od zawsze, coś, co jest normą na koncertach punkowych. Na oficjalnej scenie muzycznej jest to jednak wciąż takie rzadkie, że w kontekście całego festiwalu okazało się zdumiewająco wręcz ożywcze. Otóż zgodnie z punkowym duchem wokalistka grupy natychmiast zburzyła barierę między muzykami a widzami i mimo, że występowała na jednej z większych scen przed sporym tłumem, szybko sprowadziła ten występ do właściwej postaci - zwykłej rozmowy między równymi sobie ludźmi.

Co więcej, przez trzy kwadranse swojego koncertu Kathleen Hanna powiedziała więcej sensownych, ważnych i inspirujących rzeczy, niż można było usłyszeć w telewizji i przeczytać na Facebooku przez cały czas trwania kampanii wyborczej. A nawet jeszcze dłużej. Znacznie dłużej.

Zgodnie z duchem Riot Grrrls promowała alternatywny barceloński festiwal sztuki kobiecej, mówiła o sile wspólnoty i potrzebie współpracy i wspierania się w trudnych chwilach, ale także o tym, jak ważna jest wymiana poglądów, nawet jeśli czasem oznaczać musi kłótnię, odnosiła się do ważnych problemów społecznych, takich jak choćby ageizm, który nie pozwala starszym ludziom robić rzeczy, na które mają ochotę.

- Spójrzcie na mnie, mam 46 lat i nie jestem ani trochę mniej punkowa niż dawniej - powiedziała, po czym... zrobiła na środku sceny gwiazdę i szpagat, całkowicie zaskakując widzów.

Na każdym kroku przekonywała zresztą i przypominała, jak znakomitą sceniczną performerką jest od zawsze: to pogowała, to tańczyła w nader profesjonalny sposób - koniec końców przez jakiś czas rzeczywiście była przecież profesjonalną tancerką. Ani przez moment nie traciła kontaktu z pozostałymi członkami zespołu i z publicznością, a przy tym wszystkim sama bawiła się znakomicie - szeroki uśmiech, który prezentowała przez cały koncert nie pozostawiał co do tego najmniejszych wątpliwości. A spora grupa równie radośnie bawiących się pod samą sceną dziewcząt była jeszcze jednym dowodem na to, że zapoczątkowana przez tę artystkę i jej koleżanki ze szkoły ponad dwie dekady temu rewolucja, przyniosła bardzo konkretne efekty.