Lionel Ritchie, Burt Bacharach i Motorhead w Glastonbury: to festiwal także dla starszych ludzi

Grubo ponad sto tysięcy ludzi śpiewających wspólnie nieśmiertelne ?Hello? - w Glastonbury wystąpiło wiele gwiazd, ale to właśnie Lionel Ritchie rzucił na kolana publiczność.
Jak co roku na festiwalu Glastonbury, którego muzyczna część zakończyła się w niedzielę w nocy znakomitym koncertem grupy The Who, adresowany był do rożnych grup wiekowych i świetnie zaspokajał oczekiwania zarówno nastolatków, jak i ich rodziców, a nawet... dziadków.

Zmarszczkami nie mącąc

Będąc na festiwalu w Glastonbury nie sposób nie zauważyć, że to nadal festiwal ze zdecydowanie największą średnią wieku, jeśli chodzi o publiczność. Na każdym kroku dostrzec można osoby starsze, weteranów z siwymi włosami i brodami, dumnie odnoszącymi się z oficjalnymi festiwalowymi koszulkami z zamierzchłych czasów.

Co bardzo ważne: trudno dostrzec tu przejawy dość powszechnego w Polsce w tego typu sytuacjach ageyzmu, dyskryminacji na podstawie wieku. Tu żaden z nastolatków nie patrzy na osoby trzy razy starsze od siebie z uśmiechem politowania, tutaj nikt nie pyta z wyrzutem: "ale ile ty masz właściwie lat". Tu pyta się raczej: "kiedy byłeś na festiwalu pierwszy raz?", "jakie legendy widziałeś na żywo?", albo - nawiązując do jednej ze świętych tradycji tego festiwalu - "czy byłeś na ognisku z Joe Strummerem?".

Starsi ludzie nie są w Glastonbury, jak to bywa dziś w wielu sytuacjach, niepotrzebnymi intruzami, którzy siwizną i zmarszczkami mącą radosny obraz młodzieżowego święta. Są raczej żywymi nośnikami tradycji i historii tego wydarzenia. Nikt nie okazuje im zdziwienia, że są na festiwalu, ale raczej szacunek, że wciąż im się chce w nim uczestniczyć. To jedna z wielu spraw, które czynią festiwal w Glastonbury tak wyjątkowym.

Zmęczona szarlataneria

O obecności seniorów na festiwalu decyduje nie tylko jego wieloletnia tradycja, ale także dzisiejsze działania organizatorów, którzy dużą część programu swojej imprezy poświęcają właśnie starszym słuchaczom. Na poszczególnych scenach co roku występuje mnóstwo wykonawców, którzy szczyt popularności przeżywali dwie, trzy, cztery czy nawet pięć dekad temu. Część z nich na trwałe wpisała się do światowego kanonu muzyki popularnej, inni ulegli zapomnieniu i żyją już tylko w pamięci wiernych fanów sprzed lat. Najciekawsze są oczywiście przypadki tych, którzy po latach przeżywają drugą muzyczną młodość - najmłodsze pokolenie uznaje ich za swoich idoli i zgodnie bawi się na ich koncertach z rówieśnikami muzyków. Nie zabrakło ich w tegorocznym programie.

Już sam początek tegorocznego festiwalu okazał się swego rodzaju ukłonem w stronę czterdziestolatków - koncerty na drugiej co do ważności i wielości scenie rozpocząć mieli "goście specjalni" - niemal do ostatniej chwili nie było wiadomo, komu przypadnie w udziale ten niewątpliwy zaszczyt. Okazało się, że organizatorzy postawili właśnie na weteranów: tegoroczne Glastonbury otworzył zespół The Charlatans. Ci, którzy na początku lat dziewięćdziesiątych ubierali koszulki z psychodelicznymi wzorami i workowate spodnie i rave'owali w rytm gwiazd Mad-chesteru, byli zachwyceni. Nie był to co prawda zbyt udany koncert - mimo wydania zaskakująco udanej płyty i zapowiedzi nowej energii, której nabrali muzycy grupy, na scenie wypadli raczej topornie i ślamazarnie. Ale mało komu to przeszkadzało: nostalgia, charakterystyczna, taka sama jak ćwierć wieku temu, grzywka wokalisty i porywające rytmy "The Only One I Know" okazały się wystarczającymi powodami, żeby czterdziestoletni fani bawili się znakomicie. I wyglądało na to, że równie dobrze bawią się o połowę młodsi obserwatorzy tego koncertu, nawet jeśli w ich przypadku tytuł największego przeboju grupy był jednocześnie bardzo adekwatnym opisem znajomości jej dorobku.



Lemmy i jego koledzy z piekła

Już kilka godzin później na głównej festiwalowej scenie stanęli muzycy o co najmniej dwa pokolenia starsi i co najmniej pięć poziomów głośniejsi niż członkowie The Charlatans. I doprawdy trudno było uwierzyć, kiedy lider grupy na dzień dobry oświadczył, że zaraz zagra w Glastonbury po raz pierwszy - wydawać by się przecież mogło, że do tej pory zespół Motorhead zagrał już wszędzie.

To był znakomity koncert, godzina godna mistrzów rock'n'rolla z piekła, muzyków, w przypadku których "wszystko jest głośniejsze niż cokolwiek innego". Trójka - było nie było - seniorów przejechała się po widzach zestawem swoich ciężkich, brudnych piosenek niczym ciężkim czołgiem. W repertuarze nie mogło oczywiście zabraknąć ikonicznego "Ace Of Spades" i wielu innych klasycznych kompozycji.

I nawet jeśli nieśmiertelny Lemmy zdradzał pewne objawy tego, że organizm zaczyna się mścić za całe dekady traktowania go bez śladu litości i tak był o niebo - czy raczej: o piekło - bardziej rock'n'rollowy niż jakikolwiek z jego rówieśników.

Muzyka to jedno, ale równie ważne było podczas tego koncertu przewrotne, pokręcone poczucie humoru muzyków: przez cały występ przezabawnie kłócili się ze sobą i z publicznością, a po zawrotnej, kilkuminutowej solówce perkusisty, gitarzysta zespołu wyszedł na scenę w koszulce z wielkim napisem "I Fucking Hate Drummers". Oglądanie tych starszych panów, dogryzających sobie jak nastolatki z buzującymi hormonami, było naprawdę zabawne.

Jeden Starszy Pan

Bardzo wzruszający, staroświecki do cna, ale jednocześnie ciekawy pod względem muzycznym, okazał się występ, którego gwiazdą był Burt Bacharach. Stary mistrz był bardzo dystyngowany i elegancki: usiadł przy fortepianie, jakby rzecz miała miejsce w jakimś stylowym klubie wieczorowym, a nie na wielkiej scenie, przed placem, na którym w błocie walały się puste puszki po piwie, resztki jedzenia i zużyte prezerwatywy.

Żywy klasyk nic sobie z tego nie robił, jakby chciał pokazać, że dobra muzyka poradzi sobie w każdych okolicznościach. I tak rzeczywiście było. Kilkoro młodych wokalistów śpiewało kolejne piosenki, uświadamiając w bardzo spektakularny sposób ile utworów, które zna każdy, czasem nawet nie zdając sobie do końca sprawy, wyszło spod pióra tego skromnego, skupionego nad klawiaturą, ale cały czas uśmiechającego się niemal zalotnie, siwego jak gołąb staruszka. Ten piękny, sentymentalny koncert, budzący takie uczucia jak oglądanie z rodzicami w święta wszystkich ulubionych musicali z dzieciństwa (w polskiej wersji jedynym sensownym odpowiednikiem mogłoby być chyba tylko słuchanie piosenek Starszych Panów), był znakomitym pomysłem organizatorów festiwalu.

Halo, to jego szukaliście

Te wszystkie występy wypadły okazale, czasem imponująco, pokazując, że starzy mistrzowie nadal ma w sobie to coś, co sprawiło, że są mistrzami.

Ale to wszystko jeszcze nic w porównaniu z tym, co w Glastonbury pokazał Lionel Ritchie. Organizatorzy znów idealnie trafili z obsadą tradycyjnie bardzo ważnego slotu w programie: niedzielnego popołudnia na głównej festiwalowej arenie, Pyramid Stage. To czas zarezerwowany co roku dla którejś z żywych legend sceny muzycznej, koncert przyciągający zwykle więcej publiczności niż występy headlinerów. Wyzwanie jest więc niebłahe, tym bardziej, że Dolly Parton swoim pamiętnym występem sprzed roku umieściła poprzeczkę bardzo wysoko. Ale amerykański wokalista tak zaczarował gigantyczną publiczność, że nie było złudzeń - jego koncert także przejdzie do historii.



Muzyk nawet nie wszedł, a raczej dziarsko wbiegł na scenę, z miejsca ustalając reguły gry: najbliższa godzina to nie będą sentymentalne wspomnienia podstarzałego gwiazdora, to będzie występ pełen życia, energii i radości. I tak rzeczywiście było - repertuar tego koncertu składał się właściwie z samych przebojów i arcyprzebojów, które Ritchie i jego spory zespół grali w wersjach nieco unowocześnionych, ale oddających klimat oryginałów, w wersjach wydłużonych, poszerzonych o zaskakujące części-niespodzianki: cytaty z innych znanych nagrań czy momenty przeznaczone do śpiewania przez widzów.

"Say You, Say Me", "Dancing On The Ceiling", z wplecionymi cytatem z "Jump", "Easy" - utwór o którym od tej niedzieli, po tym, jak genialnie wykonał go Ritchie, nie można już mówić, że cover (oczywiście ten w wykonaniu grupy Faith No More, swoją drogą, rzecz jasna, znakomity) przewyższył oryginał. Te wszystkie nieśmiertelne evergreeny, zaśpiewane przez mogącego się pochwalić znakomitą formą artystyczną i fizyczną wokalistę (to było niemal nie do wiary: Ritche, mimo że minęły ponad trzy dekady, wyglądał dokładnie tak samo jak w pamiętnym teledysku do "Hello"), z towarzyszeniem chóru dobrych stu kilkudziesięciu tysięcy widzów, zapierały dech w piersiach.

A to jeszcze nie było wszystko - ostatnie minuty koncertu to bez dwóch zdań jeden z najwspanialszych kwadransów w całej historii festiwalu: już przy zestawie: "Hello" i "All Night Long" napięcie, energia i szaleństwo sięgnęły zenitu, a kiedy na sam koniec Ritchie wykonał piosenkę - było nie było także przecież jego współautorstwa - "We Are The World", tłum absolutnie zwariował. Nie dość, że samo przesłanie utworu było niezwykle poruszające - a wyśpiewane przez dziesiątki tysięcy gardeł prawie rozmywało w autentycznym wzruszeniu swoją naiwność - na dodatek, wykonane niemal co do dnia w kolejną rocznicę jego śmierci, okazało się dodatkowo pięknym hołdem dla drugiego ze współautorów, Michaela Jacksona.

Na tym koncercie świetnie bawili się ze sobą ci, którzy trzy dekady temu umieszczali "Hello" w mixtape'ach nagrywanych dla swoich młodzieńczych miłości i ci, którzy urodzili się w powstałych w ten sposób związkach, ci którzy od dawna mają wszystkie płyty Ritchiego w swoich kolekcjach i ci, którzy nawet nie wiedzieli, że piosenki, które znają od zawsze i nie wiadomo skąd, to utwory z jego repertuaru, ci którzy z dumą wyciągali z dna szaf wysłużone koszulki z wizerunkiem artysty i ci, którzy ironicznie umieszczali na flagach wizerunki jego ikonicznych wąsów. To był ten moment na festiwalu, kiedy tak łatwy do wyśmiania banał, że muzyka łączy, objawił swoja siłę i prawdę z cała bezwględnością.

Seniorzy festiwalowo wykluczeni

Smutną pointę do tej całej sielankowej historii o festiwalu, który jest też dla starych ludzi, dopisuje niestety życie. Przedstawiciel tej angielskiej imprezy opowiadał o tym jeszcze w styczniu, podczas konferencji europejskiej branży muzycznej Eurosonic w Groningen w Holandii, podczas panelu poświęconego najpoważniejszym problemom dużych festiwali. Mówił o czymś, co bardzo niepokoi organizatorów tej imprezy: bardzo mocnej wymianie pokoleniowej. Wszystkie statystyki wskazują bowiem, że Glastonbury zaczyna się dramatycznie odmładzać: coraz większą część publiczności stanowią nastolatki. Ale zmniejszający się udział w festiwalu osób starszych i najstarszych nie wynika bynajmniej z ich niechęci do biegania przez trzy dni między scenami i oglądania występów gwiazd sprzed lat i najciekawszych debiutantów, ale - jak twierdził w Groningen przedstawiciel festiwalu - z cyfrowego wykluczenia starszych pokoleń. System sprzedaży karnetów na imprezę już kilka lat temu został całkowicie przeniesiony do internetu i oparty na dość skomplikowanym, kilkuetapowym algorytmie. Starsi ludzie mają problem z logowaniem się w festiwalowym systemie i korzystaniem z niego, nastolatki, poruszające się w internecie jak ryby w wodzie, wykupują karnety, zanim pięćdziesięciolatkowie zdołają się zorientować, jak to zrobić. Mówiąc językiem gier komputerowych: to nie jest strategia turowa, w której można na spokojnie przemyśleć, co chce się zrobić i zaplanować kolejne działania, to brutalny i szybki RTS (tzw. strategia w czasie rzeczywistym), w którym przeciwnik w mgnieniu oka, bezlitośnie zdobywa wszystkie żmudnie umacniane twierdze. Oby nie stało się przyczynkiem do całkowitej zmiany charakteru festiwalu w Glastonbury i znacznego odmłodzenia tej imprezy.