Parytety? Tylko po co? Patti Smith udowadniła, że rock'n'roll nie potrzebuje żadnych parytetów [RELACJA]

Patti Smith miała być największą gwiazdą dziesiątej edycji OFF Festivalu. I była. Potwierdził to niespotykanych wcześniej - w tym roku, na tej imprezie - rozmiarów tłum pod sceną, ale przede wszystkim potwierdziła to sama zainteresowana.
"Jezus umarł za czyjeś grzechy, ale nie za moje" - zaśpiewała, otwierając występ z okazji 40. rocznicy wydania debiutanckiego albumu. To legendarny już cytat, ale nigdy nie rozumiałem, dlaczego otacza się go aż taką czcią. W mej głowie zabrzmiały - nieco bardziej intrygujące i pokrewne tematycznie - pierwsze słowa "Six Six Six", najważniejszej piosenki z najnowszej płyty Say Anything: "Wierzę w Boga, ale nie mam powodu, by za nim podążać". To był jednak ostatni raz, gdy w ciągu najbliższej godziny liczyły się cudze słowa i cudza muzyka.



Gitara - "weapon of choice" jej pokolenia

Zacznijmy od kwestii podstawowych: to był naprawdę udany festiwal. Brytyjczycy z Ride, muzycy Kinsky'ego, hardcore'owy hip-hop grupy Ho99o9 zagrany w ramach jednego z kilku "koncertów z zaskoczenia" (świetny pomysł!), intrygujący występ Ann Liv Young, bardziej zainteresowanej dyskusją z publicznością niż śpiewaniem (głównie coverów Beyonce i okolic), zakończony zresztą przez artystkę w stroju Ewy (tylko bez listka figowego) i większość setów elektronicznych - tymi wszystkimi wydarzeniami Artur Rojek trafił w punkt. A jednak nikomu nie udało się to, co udało się Patti Smith. To ona sprawiła, że - jak sama powiedziała - OFF Festival stał się ON.

Na czym polegała siła koncertu Smith? Niespełna 70-letnia artystka dokonała czegoś, czego nie dokonał prawie nikt inny - wywołała w słuchaczach lawinę emocji. Ludzie jeszcze długo po koncercie stali w miejscu, oniemiali, ze łzami w oczach. Wiekowa hipiska sprawiła, że w Katowicach ożyła na chwilę historia rocka. Wykonawcy trzykrotnie od niej młodsi nie mieli takiej energii, co będąca w wyśmienitej formie, charyzmatyczna wokalistka.

Niedługo później, na tej samej scenie, świetną rapową imprezę rozkręcili Run The Jewels, którzy wspominali Smith i powtarzali za nią, by walczyć o równe prawa i zmieniać świat. Co ciekawe: już bez tej siły rażenia, co królowa (czy jak kto woli - matka chrzestna) punk rocka. Może dlatego, że raperzy są już przedstawicielami zupełnie innego pokolenia? Może dlatego, że nic tak dobrze nie łączy się z zaangażowanym tekstem jak muzyka rockowa?

Kiedy Smith unosiła do góry gitarę i mówiła, że oto jest "weapon of choice" jej pokolenia - broń, którą jej rówieśnicy postanowili walczyć o swoje racje - nie pozostawało nic innego, jak wpiąć kwiaty w klapy i ruszyć na barykady.

O początkach kariery Patti Smith, buntowniczej energii rock'n'rolla i Nowym Jorku lat 60. i 70. przeczytasz w dzienniku artystki >>



"Elegy" coraz dłuższa

Tym smutniej wybrzmiała pod koniec koncertu "Elegy", podczas której Smith wymieniała nazwiska swoich zmarłych przyjaciół i bratnich dusz. Niestety, ta część utworu z koncertu na koncert robi się coraz dłuższa - Smith wspomniała Amy Winehouse, niedawno do kompanii poległych dołączył Lou Reed. Świadomość tego, że bliscy odchodzą, musi być szczególnie wstrząsająca i dla Smith, i dla jej fanów, którzy zapewne z przerażeniem myślą o chwili, w której ktoś będzie musiał zadedykować "Elegię" samej autorce.



Przerażająca wizja, ale to właśnie ona uświadamia, jak bardzo Smith "szkodzi" tzw. damskiej sprawie w muzyce rockowej. Spora część amerykańskich mediów i środowisk muzycznych nawołuje w ostatnich miesiącach do parytetów w muzyce - choćby przez kontraktowania większej liczby damskich zespołów rockowych na festiwale. Słuchacze do dziś toczą ze sobą zażarte spory o to, czy jest to walka o sprawiedliwość, czy kolejny objaw chorobliwej poprawności politycznej. Zwolennicy akcji argumentują, że kobiety też chętnie i tłumnie grają rocka, ale są dyskryminowane przez organizatorów. Powstają petycje, maile, toczą się dyskusje, a szefowie festiwali upominani są przez owych bojowników o społeczną sprawiedliwość.

Gdzie są następczyni Smith?

Tylko czy muzyczne parytety nie stanowią jednego z najbardziej karkołomnych pomysłów ostatnich lat na scenie alternatywnej? Patti Smith swoim katowickim koncertem udowodniła, że rock nie rozróżnia płci. Mówiąc kolokwialnie - artystka dała czadu. Na podobny popis stać byłoby niewielu mężczyzn. A co następczyniami Smith? Swego czasu świetnie radziła sobie Shirley Manson, na scenie nadal walczy PJ Harvey, od dawna kibicuję Emily Haines, liderce kapeli Metric.



A nowa fala? Ostatnio na festiwalach obserwujemy coraz więcej kobiecych zespołów gitarowych, które... nieszczególnie zapadają w pamięć. Przypomnijcie sobie koncert i zaangażowanie Smith. A teraz posłuchajcie piosenek zespołów Warpaint czy Haim, objawień sprzed kilku lat - czy wciąż mówimy o artystkach, które grają w tej samej lidze? Nie chodzi tylko o rodzaj ekspresji, charyzmę, a nawet estymę. Chodzi o reprezentowany przez jej młodsze koleżanki po fachu gatunek - zdecydowanie bliższy muzyce pop, nawet jeśli w jej najbardziej alternatywnych odmianach, niż klasycznemu rock'n'rollowi. A w tym ostatnim autorka "Horses" nadal nie ma sobie równych.

Nie widzę wśród młodych rockmanek potencjalnych następczyń Patti Smith, choć wypatruję ich z utęsknieniem. Wiem za to jedno: festiwalowe parytety nie są tu żadnym rozwiązaniem. A co ze Smith, robiącą na scenie piorunujące wrażenie? Cóż, jeśli gitara naprawdę jest przedłużeniem penisa, to magicznie władająca tłumem Smith miała zdecydowanie największe przyrodzenie na OFF Festivalu.



Więcej o: