Jak pokochałem Audioriver i przestałem nienawidzić d'n'b. Zmęczył was Open'er? Jedźcie do Płocka!

Jeżeli należysz do ludzi, którzy chodzą do kina, a nie na film i jeżdżą na festiwale, a nie festiwalowe koncerty - Audioriver jest dla ciebie najlepszą letnią imprezową opcją.
Niedawno Przemysław Gulda postawił celną diagnozę: dzisiaj Open'er jest festiwalem dla publiczności do lat 20 i dla publiczności od lat 40 - nastolatkom bardzo drogie karnety kupią rodzice, dobrze sytuowani czterdziestolatkowie kupią je sobie sami. Przedziału wiekowego spomiędzy tych widełek na Open'era najzwyczajniej w świecie nie stać.

Rozumiem koncepcję wspólnego podróżowania na festiwal, a nie na konkretne koncerty, zawsze jednak wydawała mi się ona ekonomicznie kłopotliwa. Planujesz wypad z przyjaciółmi na muzyczną imprezę, niezależnie od granej tam muzyki (a może nawet - w ekstremalnym przypadku - pomimo muzyki)? Wśród największych biletowanych festiwali numerem jeden w Polsce jest dzisiaj Audioriver. Bilety są o połowę tańsze niż na Open'era i w podobnej cenie jak na Off Festival, więc nawet umiarkowani zwolennicy elektroniki, do których sam się zaliczam, wycisną z płockiej imprezy maksimum zabawy. I najważniejsze: tu jest po prostu fajnie. To festiwal "na luzie". Ale po kolei.



Roisin Murphy nie była "alcohol free"

Zaczęło się od... dzikiego pola namiotowego. Pewnie pierwszego i ostatniego w mojej karierze - myślałem w drodze na festiwal. Nic z tego. Wielką przewagą Audioriver jest właśnie to, że "miasteczko" i teren festiwalu znajdują się tuż przy płockim rynku, stanowiącym niejako naturalne przedłużenie festiwalowej strefy. Imprezowy klimat nie ogranicza się tutaj tylko i wyłącznie do ściśle określonej przez organizatorów przestrzeni. Rozlewa się na całe miasto.

Pierwsze chwile na Audioriver, pierwsze spotkanie z przyjaciółmi i od razu pytania graniczne: czy napiję się drinka? "Jednego, może dwa...". W końcu do wywiadu z Roisin Murphy mam jeszcze kilka godzin, zdążę się w pełni zregenerować. Po chwili telefon: Roisin dotrze odrobinę później, wywiady troszkę się przesuną. "OK, a zatem dwa...".

Wkraczamy na teren festiwalu. Spotkanie z Murphy. Do przyczepy wchodzę uzbrojony w piwo bezalkoholowe - puszką manewruję tak, żeby wyraźnie było widać napis "alcohol free". Tymczasem artystka powitała mnie z plastikowym kubkiem w ręku, który zdecydowanie nie wyglądał na "alcohol free".

Seria pytań i seria odpowiedzi, po czym Roisin wybiega z pokoju bez pożegnania. Aha, można i tak... Dopiero na nagraniu usłyszałem, jak Irlandka rzuca na odchodne: "Wybacz, jestem spóźniona! Muszę się przygotować do występu".

Co było wcześniej - przeczytacie tutaj. Co później? Koncert byłej wokalistki Moloko wzbudzi największe kontrowersje. Tylko jej najwierniejsi fani (i to nie wszyscy) będą twierdzić, że "było nieźle". Większość uzna, że wręcz przeciwnie - koszmarnie nudno. Materiał z jej świeżo wydanej płyty być może rzeczywiście nie pasował na Audioriver, ale gdzie Roisin przestrzeliła muzycznie, tam nadrobiła kostiumami, maskami i przede wszystkim świetnym show.



Zresztą, błyskawicznie można było się zorientować, że Main Stage jest sceną główną tylko z nazwy. Może i grały na niej największe gwiazdy, może to tam miały dziać się - przynajmniej z założenia - najciekawsze rzeczy, ale dotarcie pod barierki nie stanowiło większego problemu. Festiwalowicze ciągnęli głównie tam, gdzie muzyka była najcięższa, uderzenie mocniejsze.

Audioriver - kraina łagodności

I teraz dochodzimy do sedna: to, co odróżnia Audioriver od szeregu innych letnich festiwali, to właśnie atmosfera. Niezwykła, spontaniczna, unosząca się przez cały weekend nad Starym Miastem. Zewsząd płynęły dźwięki muzyki, ludzie tańczyli na placach, we wnętrzu miejskiej fontanny komuś udało się zorganizować... piana party (mam nadzieję, że fontanna bardzo na tym nie ucierpiała). Cała najbliższa okolica na te kilka dni zamieniła się w wielką strefę niczym nieskrępowanej zabawy, luzu, a nawet cichego przyzwolenia na korzystanie ze słabszych używek. I UWAGA: nikomu nie stała się z tego powodu krzywda.

Audioriver okazał się festiwalem, na którym ludzie mają dla siebie najwięcej sympatii i uśmiechu - niczym na Przystanku Woodstock, z tą różnicą, że w towarzystwie zupełnie innego zestawu muzyki. O ile Open'er wydaje się wiecznym pokazem mody, o tyle Audioriver jawi się niczym kraina łagodności, gdzie wszyscy są dla siebie mili, życzliwi, gdzie nie ma znaczenia, co masz na sobie, tylko czy dobrze się bawisz.



"Ja i ty, skarbie, jesteśmy ssakami"

Inne szczególne momenty festiwalu? Najpierw koncert Tigi z oczekiwanymi "Sunglasses at Night" i finałowym "You Gonna Want Me", później znakomita zabawa rozkręcona przez Roni Size Reprazent i największą gwiazdę festiwalu - Underworld. Zakrzywione wizualizacje i dzika orgia barw, którą buchnęła scena przy okazji "Born Slippy", sprawiły, że zacząłem się zastanawiać, czy aby przez pomyłkę nie wrzuciłem sobie czegoś do drinka.

Tej nocy straciłem już wszelkie uprzedzenia, jakie wcześniej żywiłem do "techno-tłumów". Jasne, z zewnątrz ich hulanka nadal może przypominać podejrzanie ożywioną hordę zombie, ale gdy człowiek staje się jej częścią... Kiedyś Bloodhound Gang słusznie zauważyli: "Ja i ty, skarbie, nie jesteśmy niczym innym niż ssakami". Chwała Bogu, może nieco bardziej skomplikowanymi ssakami, ale jednak zwierzętami, które od czasu do czasu pragną oddać się pierwotnym instynktom i znów poczuć kompletną jedność z naturą. Kto nigdy nie chciał uczestniczyć w dzikim, indiańskim obrzędzie, niech pierwszy rzuci kamieniem.