Kiedy hipsterzy uprawiają wrestling, a gwiazdy alternatywy grają... Tak, to oni będą headlinerami w przyszłym roku

Chvrches, Grimes, Chromeo, Odesza - to wykonawcy, którzy urzekli publiczność festiwalu Fun Fun Fun. Ich znakomite występy powinny być dla nich biletem wstępu na największe sceny w przyszłym sezonie.
W Austin w Teksasie zakończył się Fun Fun Fun Fest, trzydniowa impreza z muzyką brzmiącą na dużych plenerowych scenach i w kameralnych klubach, z których słynie to miasto. Jubileuszowa, dziesiąta, edycja festiwalu wypadła nader okazale i przyniosła sporo ciekawych odkryć muzycznych. Sporo wskazuje na to, że mogą one mocno zaowocować w przyszłym sezonie festiwalowym w Europie.

Muzyka ponad powodzią

Choć klimat Austin sprzyja odbywającym się na wolnym powietrzu festiwalom o wiele bardziej niż pogoda w którymkolwiek z krajów królującej w festiwalowym świecie północnej Europy, w tym roku wydawało się, że aura może mocno pokrzyżować plany organizatorom, uczestnikom, a nawet niektórym artystom. Tydzień przed festiwalem Austin nawiedziła potężna burza, której wynikiem było podtopienie części miasta. Pech chciał, że ucierpiała także wieża sterowania ruchem na lokalnym lotnisku, co w połączeniu z kolejnymi, kilkudniowymi opadami, spowodowało lotniczy paraliż sporej części Teksasu - nie można było tam dolecieć z zachodniej części kraju.

Na szczęście, mimo że teren festiwalu mieści się w dolinie nad rzeką, nie ucierpiał z powodu podtopień i impreza mogła się tam odbyć. A mimo wcześniejszych zapowiedzi - deszczowe chmury przez weekend w zasadzie omijały miasto.

To możliwe jest tylko w Ameryce

Choć mogłoby się wydawać, że Fun Fun Fun Fest to festiwal taki, jak wiele innych, a jego termin - impreza odbywa się wszak na zakończenie sezonu, a w kontekście europejskim wręcz długo po jego finałowych akcentach - skłania do wniosku, że jest tylko kolejną wariacją na dobrze przećwiczony przez poprzednie miesiące temat. Nic z tych rzeczy. Jasne: w Austin stają większe i mniejsze sceny, grają większe i mniejsze gwiazdy, ale program tego festiwalu jest naprawdę wyjątkowy: autorski, oryginalny i tworzący bardzo rozpoznawalną, spójną i konsekwentną narrację. To nie jest - jak w przypadku sporej ilości festiwali - zestaw wykonawców wybranych z pakietu na dany rok. To jest ciekawa opowieść o tym, co się dzieje obecnie na scenie muzycznej, o ważnych, choć czasem nieco zapomnianych momentach z jej przeszłości i o istotnych kwestiach, które poruszają dziś w swej twórczości jej uczestnicy.

Charakter tej narracji jest bardzo tradycyjny, choć jednocześnie - nieco alternatywny, a przy tym - mocno amerykański. Na pierwszym miejscu na tym festiwalu są więc wykonawcy rockowi, a instrumentem, który bezdyskusyjnie króluje na wszystkich scenach jest, bez najmniejszych wątpliwości, gitara elektryczna. Obok reprezentantów mniej lub bardziej klasycznego rocka, w programie znaleźć można zawsze spory zestaw zespołów punkowych, hardcore'owych i metalowych.

To oczywiście nie znaczy, że organizatorzy zapominają o innych gatunkach, choć ewidentnie traktują je tylko jako dodatek i uzupełnienie programu - chodzi głównie o taneczną elektronikę, trochę folku i hip-hop, raczej w tym mniej komercyjnym, a bardziej alternatywnym wydaniu.

W programie zdecydowanie dominują wykonawcy amerykańscy i kanadyjscy, zespoły z Europy policzyć można zwykle na palcach jednej ręki, przy czym na festiwalu pojawia się zwykle niewiele mniej wykonawców z Ameryki Południowej czy strefy Pacyfiku.

Budowany w ten sposób program imprezy jest mocno symptomatyczny i symboliczny - to wyrazisty manifest iście amerykańskiego podejścia do szeroko rozumianej sceny alternatywnej, bardzo odległego od wizji promowanej w Europie, gdzie absolutną dominację narzucił dziś nasączony elektronika, przystępny pod względem brzmienia, łagodny i bezpieczny indie pop. W Ameryce jednak gitary wciąż trzymają się mocno.

Żeby się przekonać, jak bardzo program festiwalu odpowiada przeciętnemu gustowi amerykańskiego fana muzyki, wystarczy włączyć którąkolwiek z niezliczonych tamtejszych niekomercyjnych rozgłośni radiowych - w ciągu godziny usłyszeć można tyle rockowych piosenek, ile w polskim radiu nie pojawia się przez tydzień.

Tanie sztuczki ciągle w cenie

Organizatorzy festiwalu co roku mocno podkreślają międzypokoleniową łączność między fanami muzyki i znaczenie rockowej historii dla współczesnego kształtu sceny muzycznej. Stąd obecność w programie każdej edycji imprezy wielkich gwiazd z przeszłości. Rok temu w tej roli znakomicie spełnił się King Diamond, którego występ ucieszył dawnych fanów i z pewnością zapewnił mu niemało nowych wielbicieli - nawet jeśli spora część młodej publiczności odczytywała jego mocno steatralizowany występ na poziomie czysto ironicznym.

W tym roku organizatorzy próbowali osiągnąć podobny efekt, zapraszając muzyków grupy Cheap Trick. W Europie cieszy się ona co najwyżej umiarkowaną popularnością, w Stanach jest prawdziwą legendą: zespołem, którego z dużym prawdopodobieństwem słuchali rodzice wszystkich uczestników festiwalu, zespołem, który nie znika z playlist rozgłośni radiowych, zespołem, który w swoim rodzinnym Illinois ma swoje oficjalne święto stanowe, przypadające... 1 kwietnia, zespołem, którego piosenki są coverowane przez wszystkich, od Foo Fighters do Anthraxu, od Green Daya do Mylene Farmer, od Lindsay Lohan do Chrisa Isaaka.



Oczekiwania wobec tego koncertu były ogromne - niemal czuć to było w powietrzu - efekt okazał się jednak tylko co najwyżej przyzwoity: ot, kilku mocno już podstarzałych muzyków poprawnie i rzetelnie zagrało zestaw swoich gigantycznych przebojów. Żeby ten koncert był wielki zabrakło jednak trochę charyzmy, energii i dystansu. Co prawda występ zaczął się w sposób, który wskazywał i obiecywał sporą autoironię: z głośników rozległy się fragmenty japońskiego reportażu o zespole i żartobliwa zapowiedź występu "najlepszej grupy na świecie", niestety potem obiecujący pomysł wpisania tego koncertu w metatekstualne ramy nie został w żaden sposób kontynuowany.

Nowi headlinerzy

Obok zabytków z przeszłości muzyki, ważne miejsce w festiwalowym programie zajmowali oczywiście ciekawi wykonawcy współcześni. Organizatorom udało się stworzyć bardzo interesującą muzyczną mozaikę gatunków i konwencji, prezentującą publiczności zarówno przedsięwzięcia doskonale znane i uznane, jak i widowiska absolutnie premierowe.

Taki właśnie charakter miał pokazywany w Austin jako w jednym z pierwszych miejsc na świecie, iście olśniewający, na wskroś oryginalny i odważny program Grimes, towarzyszący promocji jej najnowszego, wydanego prawie dokładnie w czasie festiwalu, albumu "Art Angels".

Godzinny występ godny był dużej sceny, na której się odbywał. Był multimedialnym, barwnym, pełnym zaskakujących elementów widowiskiem, w którym muzykę znakomicie wspomagały układy taneczne kilkuosobowego zespołu, scenografia, światła, wizualizacje, kostiumy. W tym spójnym dziele nie było żadnego przypadkowego elementu, widać było bardzo wyraźnie, że Kanadyjka zyskała możliwość zrealizowania w pełni swoich artystycznych ambicji i wykorzystania twórczych możliwości. A przy okazji pokazała, że znakomicie radzi sobie jako sceniczna performerka, sprawnie łącząc kontrolowanie sporego zestawu instrumentów elektronicznych, samplerów i komputerów, śpiewanie, taniec i podtrzymywanie między utworami kontaktu z publicznością. Zostawało w tym wszystkim na dodatek sporo miejsca na żarliwe emocje - choćby podczas wykonywania nowego utworu "Scream", w którym - zgodnie z tytułem - artystka, klęcząc na scenie, wydobywała z siebie krzyk iście nieludzki i poruszający do głębi. Krzyk, który zdawał się być przepełniony rozpaczą, przerażeniem i desperacją.



Grimes pokazała swoim występem bardzo dobitnie coś, co można było zauważyć już wcześniej: że jest bez dwóch zdań jedną z najciekawszych artystek na współczesnej scenie elektronicznej. W bardzo oryginalny sposób łączy mądrą przebojowość z ambitnymi eksperymentami i dba o spójność swojej twórczości na wielu poziomach: dźwiękowym, wizualnym, wizerunkowym. Teraz to wszystko znalazło znakomitą realizację w postaci zapierającego dech w piersi multimedialnego widowiska. I jeśli nie wydarzy się coś nieprzewidzianego, można być pewnym, że w przyszłym sezonie festiwalowym wiele europejskich festiwali będzie się biło, żeby móc je pokazać swojej publiczności.

Z równie mocnej strony zaprezentował się w Austin szkocki zespół Chvrches. Muzycy tej grupy, jak gdyby nigdy nic, wydali właśnie drugą płytę, w niczym nie ustępującą przełomowemu debiutowi i właśnie zaczynają ją promować występami na żywo - ten w Austin był zakończeniem amerykańskiej trasy koncertowej.

Nowe piosenki znakomicie zgrywały się w repertuarze festiwalowego występu ze starszymi, energia ze sceny emanowała w ogromnych dawkach, a wokalistka zespołu co i rusz udowadniała jak wielka jest jej naturalna charyzma.

Ten występ to także bez wątpienia - podobnie jak w przypadku widowiska Grimes - zapowiedź i wskazówka na przyszły rok: nie można mieć żadnych wątpliwości, że Chvrches będzie jednym z najważniejszych graczy w kolejnym sezonie festiwalowym.

Pokazuje to jednocześnie, że spośród sporego grona młodych zespołów, które - często z żałosnymi rezultatami - branża festiwalowa próbuje wypromować jako nowe pokolenie headlinerów, Chvrches wydaje się propozycją najbardziej spełnioną i udaną.



Mocne zwieńczenie festiwalowego sezonu

Za bardzo udany uznać mogą swój występ muzycy duetu Chromeo, ostatnio jakby trochę mniej widoczni i mniej obecni na festiwalach, a nadal prezentujący bardzo wysoki poziom i tworzący widowisko sprawdzające się nawet na największych scenach. Na poziomie scenicznej produkcji niewiele się w nim zmieniło od lat: nadal ważnym elementem scenografii są nogi kobiecych manekinów, nadal muzycy sprawnie lawirują pomiędzy graniem na żywo, a bazowaniem na gotowych podkładach, nadal świetnie rozumieją, jak bardzo atmosferę występu opartego na dyskotekowej muzyce podkreślić mogą odpowiednio użyte światła. I choć wszystkie te elementy znane są od dawna, w połączeniu z nową muzyką zespołu i charyzmą jego członków, złożyły się w Austin na porywający występ.

Równie duże wrażenie zrobiło na festiwalu dwóch młodych producentów z Seattle, czyli duet Odesza. Na razie niemal zupełnie niedocenieni w Europie, udowodnili, że potrafią dziś stworzyć widowisko bijące na głowę to, co pokazują niektóre sztucznie kreowane europejskie gwiazdy tanecznej elektroniki. Ich lekko zabarwiona melancholią muzyka sprawdziła się znakomicie w połączeniu z dopasowaną i dopracowaną oprawą wizualną. To nie był przypadek, ani tym bardziej pomyłka organizatorów, że ci młodzi muzycy zamykali występy na jednej ze scen: to dziś bardzo mocny materiał na przyszłego festiwalowego headlinera.



Dużo więcej pytań wzbudził koncert grupy Antemasque. Najnowszy projekt muzyczny Omara Rodrigueza-Lopeza i Cedrika Bixlera-Zavali, artystów znanych z takich grup jak At The Drive-In i Mars Volta, jest już daleko po krótkiej fazie promowania swego rewelacyjnego debiutu. W Austin muzycy zaprezentowali nowy skład grupy - pojawił się w nim perkusista Travis Barker, który do tej pory kojarzony był przede wszystkim ze sceną punkową, od lat gra wszak w zespole Blink 182. I już samo to było zaskoczeniem. Jeszcze większym okazały się nowe piosenki zespołu, z nie wydanej jeszcze płyty, nad którą prace wciąż trwają. Było ich zresztą wyjątkowo dużo: muzycy zagrali tylko dwie kompozycje z pierwszego albumu. Premierowe utwory okazały się zaskakująco proste, niemal rock'n'rollowe, odległe od złożonych struktur rytmicznych i harmonicznych, z których od lat słynie para liderów - z pewnością przyczynił się do tego także zupełnie pozbawiony znanego z pierwszej płyty grupy groove'u sposób gry Barkera. Ten koncert bardzo mocno sugerował, że nowa płyta z logo zespołu może być sporym zaskoczeniem dla dotychczasowych fanów.

Jak zawsze bezbłędni okazali się być muzycy grupy Future Islands, prawdziwego objawienia ostatnich dwóch sezonów festiwalowych, trafiający w punkt każdym dźwiękiem i charakterystyczną ekspresją wokalisty. Duże wrażenie robiło parateatralne widowisko zawsze skorej do prowokacji Peaches, którego głównymi aktorkami były tancerki przebrane za... waginy. Z dobrej strony pokazali się młodzi wykonawcy: lokalny zespół Ringo Deathstarr czy odkrycie tegorocznego, odbywającego się także w Austin, festiwalu South By Southwest, kanadyjska grupa Alvvays. Nie zawiedli publiczności wykonawcy hiphopowi: starzy mistrzowie z Wu-Tang Clan czy debiutanci, o których coraz głośniej: nastoletni duet Rae Sremmurd.

Fun Fun Fun Fest był jednym z nielicznym miejsc, gdzie na - dosłownie - jednej scenie spotkały się dwie reaktywowane niedawno kobiece formacje z lat 90.: Babes In Toyland i L7. Obie wypadły nieźle, choć bez wątpienia większe wrażenie robiła ta druga. Cztery nader dynamiczne panie udowodniły, że ich utwory, brudne i pełne rockowego żywiołu, zestarzały się z wielką godnością i klasą. Brzmią dziś równie dobrze, jak w czasach kiedy ich autorki robiły furorę jako jeden z bardzo nielicznych kobiecych elementów na zmaskulinizowanej do szczętu scenie grunge.

Z głębokiego podziemia

Jednym z charakterystycznych elementów programu teksańskiego festiwalu i częścią jego wyjątkowości jest otwarcie na gatunek i środowisko, które nie ma dla siebie miejsca właściwie na żadnym innym z większych festiwali, zarówno tych europejskich, jak i amerykańskich (małym wyjątkiem jest może niemiecki Hurricane, który jednak nigdy nie sięga w tej dziedzinie tak głęboko, jak Fun Fun Fun Fest).

Chodzi o scenę niezależną i funkcjonujące na niej zespoły, przede wszystkim hardcore'owe, ale i punkowe. I rzecz nawet nie w tych formacjach, którym udało się wyjść z punkowej niszy i zobaczyć je można na wielu festiwalach - w tym roku w Austin znakomite koncerty, pełne punkowej furii, ale i mocnych przemówień na polityczne i społeczne tematy, dały grupy Fucked Up czy Off! Chodzi o reprezentantów jeszcze głębszego podziemia, których organizatorom udaje się namówić na występy przed publicznością niewspółmiernie większą od tej, która na co dzień ogląda ich występy w punkowych klubach.

W tym roku ten gatunek miał w Austin co najmniej dwa wielkie momenty - dwa powroty kultowych zespołów sprzed lat, formacji, bez których scena niezależna nie byłaby tym, czym była. Pierwszy to legendarna grupa Dag Nasty, założona po rozpadzie zespołu Minor Threat przez jego współlidera, Briana Bakera, znanego dziś raczej jako wieloletni gitarzysta grupy Bad Religion. Muzycy od czasu zakończenia regularnej działalności, pod koniec lat 80., skrzykują się od czasu do czasu - koncert w Austin był pierwszym od grudnia 2012 roku. Choć zespół zabrzmiał tym razem raczej metalowo niż punkowo, odwoływał się bowiem bardziej do swego poźniejszego, ostrzejszego wcielenia, a nie punkowych korzeni, publiczność przyjęła go bardzo ciepło. Nie inaczej było na występie innej reaktywowanej legendy sceny niezależnej, kalifornijskiej formacji Chain of Strength. Klasycy straight edge hard core'a zagrali koncert bardzo krótki, ale intensywny, jak ich kanoniczne epki sprzed ponad dwóch dekad.



Ekstremalne riffy, zwierzęca krew

Sporo ciekawego w programie imprezy znaleźć mogli także wielbiciele metalu, nawet tego najbardziej ekstremalnego. Jednym z headlinerów imprezy - choć w przypadku festiwalu w Austin to pojęcie dość mocno się rozmywa i nie oznacza tego samego, co w przypadku wielkich europejskich imprez - był zespół Venom. A dokładniej - jedna z dwóch współczesnych inkarnacji tej klasycznej metalowej formacji, które w tym sezonie koncertują równolegle po dwóch stronach Atlantyku.

Dzień wcześniej fani death metalu mieli natomiast okazję uczestniczyć w wydarzeniu, które bez najmniejszych wątpliwości przekraczało granice konwencji koncertu rockowego i wkraczało w mocno kontrowersyjną strefę między radykalnym performancem a ezoterycznym obrzędem. Oto bowiem muzycy szwedzkiej formacji Watain zaproponowali mroczne widowisko, którego elementami - oprócz dość ekstremalnej muzyki - było m.in. odprawianie tajemniczych rytuałów z wykorzystaniem ludzkich kości, świńskich głów i zwierzęcej krwi. Kulminacją występu było oblanie nią widzów przez wokalistę, szepczącego przy tym jakieś zaklęcia w nieznanym języku. Trudno było w tym przypadku stwierdzić, gdzie kończy się artystyczna kreacja, a zaczyna wciąganie publiczności w swoje praktyki religijne. A zapach zwierzęcej krwi, bardzo intensywnie bijący ze sceny przez cały występ, z pewnością długo jeszcze prześladował niektórych widzów.

Strzelając śmiechem, strzelając taco

Organizatorzy imprezy ani przez moment nie zapominają o jej nazwie i starają się, żeby publiczność bawiła się w Austin trzy razy bardziej niż na innych festiwalach. Sposób, żeby uzyskać taki rezultat wybrali prosty, skuteczny, ale - zadziwiająco - niezbyt mocno obecny na wielu innych festiwalach: poczucie humoru. Na Fun Fun Fun jest naprawdę zabawnie.

Pierwszy, najbardziej oczywisty i konkretny, wymiar uzupełniania festiwalowych przeżyć widzów o element humoru, to stworzenie specjalnej, osobnej sceny dla stand-uperów. Co więcej: nie jest to tylko traktowany po macoszemu dodatek, ale miejsce, gdzie występują naprawdę duże gwiazdy gatunku, artyści, którzy na co dzień na swoje występy przyciągają tłumy, mają własne programy telewizyjne czy pojawiają się w wysokobudżetowych filmach.

W tym roku jednymi z największych gwiazd sceny stand-uperskiej byli: Eugene Mirman i Andrew W.K. Ten pierwszy skupił się na bezlitosnym wykpiwaniu amerykańskich konserwatystów, a zwłaszcza ich przywiązania do kwestii swobody noszenia broni - takie żarty w Teksasie, jednej ze stolic amerykańskiego konserwatyzmu, brzmiały wyjątkowo mocno. Andrew W.K. natomiast zaprezentował dość zaskakującą mowę motywacyjną. Trudno było do końca rozstrzygnąć czy była to bardzo szeroko zakrojona kpina z wszelkich rodzajów coachingu czy raczej rzeczywiste przesłanie do młodych widzów, nawołujące do wyrażania samych siebie - to ostatnie brzmiałoby co najmniej dwuznacznie z ust kogoś, kto od lat buduje sobie reputację mistrza niemal zabójczego imprezowania.



Innym ważnym elementem wprowadzającym na Fun Fun Fun dużą dozę humoru był ring do alternatywnego wrestlingu. Oglądanie brodatych hipsterów w okularach, a czasem ze sporymi brzuszkami, za to kompletnie pozbawionych kulturystycznych mięśni, którzy imitowali ruchy, gesty i miny, znane z walk profesjonalnych wrestlerów, było naprawdę zabawne.

Jeszcze śmieszniej było natomiast podczas dorocznej festiwalowej edycji Air Sex Championship, odbywających się w całych Stanach zawodów w imitowaniu stosunku seksualnego. Cała zabawa polega na tym, że uczestnicy nie poprzestają oczywiście na prostym udawaniu seksu, ale budują całe scenariusze swoich krótkich występów. W tym roku można więc było zobaczyć m.in.: seks z kosmitą czy erotyczne zabawy na pędzącym rollercoasterze. Ale bezapelacyjną zwyciężczynią okazała się pełna entuzjazmu dziewczyna, która przedstawiła scenkę opartą na motywie seksu jako odmładzającej siły: weszła na scenę jako połamana reumatyzmem staruszka, a schodziła tanecznym krokiem.

Fun Fun Fun ma jeszcze jedną zabawną tradycję, na którą czekają uczestnicy: to Taco Cannon, potężna pneumatyczna wyrzutnia pocisków, którymi w tym przypadku są popularne przysmaki lokalnej, teksańsko-meksykańskiej kuchni. Ostrzał jedzeniem odbywa się z festiwalowych scen kilka razy dziennie i anonsowany jest w festiwalowym programie - jest tak widowiskowy i śmieszny, że potrafi zgromadzić większą publiczność niż ta, która wcześniej oglądała występujący zespół.

Te wszystkie pomysły na urozmaicenie festiwalowego programu i nadanie mu humorystycznego charakteru, pomysły raczej proste, trochę - nie ma co tu kryć - mało poważne, żeby nie powiedzieć wręcz: lekko głupie, sprawdzają się znakomicie i zapewniają uczestnikom imprezy dużo szczerego śmiechu. I są jednym z kilku elementów, składających się na to, że teksański festiwal jest jedyny w swoim rodzaju, a przez swą wyjątkowość - bardzo atrakcyjny.