"Detektyw" - nowy sezon niestety zawodzi? To nadal niezła telewizja, ale premiera drugiej serii nie dorównuje pierwszej [RECENZJA]

Twórcy drugiej odsłony "Detektywa" ("True Detective") naprawdę się starają - zatrudnili wielkie nazwiska, próbują budować odpowiedni klimat... Jednak za bardzo się napięli. Co nie znaczy, że nie warto śledzić sprawy prowadzonej przez zupełnie nowych bohaterów (premiera w HBO). Nowy sezon zapowiada się przyzwoicie, ale... tylko tyle.
Chociaż można mieć zastrzeżenia do odrobinę zbyt schematycznego, niedopracowanego zakończenia pierwszego sezonu "Detektywa", nikt chyba nie zaprzeczy, że był to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, nowy serial zeszłego roku (pięć statuetek Emmy na koncie). Teraz w HBO będzie można zobaczyć produkcję pod tym samym tytułem, ale to już zupełnie inny serial.

"Detektyw" - nowy sezon, inna formuła

Woody Harrelson i - przede wszystkim - Matthew McConaughey stworzyli w pierwszej serii fantastyczne, złożone postaci uwikłane w trudne relacje. Nic Pizzolatto, który wymyślił "Detektywa", umożliwił widzom obserwowanie śledztwa dotyczącego niezwykle interesującej, mrocznej, prawie do samego końca interesująco i zaskakująco rozwijającej się sprawy kryminalnej. Luizjana została pokazana tak, że niemal czuło się ciężkie powietrze, tę lepkość, pot spływający po karkach tamtejszych mieszkańców... Wisienką na torcie był sposób, w jaki twórcy pokazali te wszystkie elementy - przesłuchania po latach i powroty do przeszłości sprawiły, że pierwszy sezon "Detektywa" wyróżnił się na tle innych sensacyjnych produkcji telewizyjnych.



Ci, którzy teraz spodziewają się podobnych zagrań, rozczarują się. W pierwszym odcinku co prawda twórcy przez chwilę sugerują, że można spodziewać się przeskoków czasowych, ale szybko wyprowadzają widzów z błędu. Przesłuchanie jednego z głównych bohaterów i związane z nim wspomnienie to tylko ułamek opowiadanej historii. Tym razem scenarzyści skupiają się bardziej na tym, co dzieje się "tu i teraz", choć każda ważna postać "Detektywa" ma za sobą skomplikowaną przeszłość, która ją ukształtowała.

Nowy sezon "Detektywa" przenosi nas do Kalifornii, która nie przypomina jednak tej znanej z większości filmów i seriali. Jest tam co prawda sporo słońca, co uwypuklają niemal prześwietlone kadry, ale dużo tu także cienia, mroku. Nie robi to jednak aż takiego wrażenia jak duszna Luizjana w poprzednich odcinkach.

Co za dużo...

Tytułowi policjanci to nie szlachetni, zadbani stróże prawa, ale ludzie z problemami. Na pierwszy plan w premierze wybija się Colin Farrell. To jego wybór wzbudził wśród fanów pierwszej serii najwięcej kontrowersji. Ten znany m.in. z "Telefonu" oraz "Aleksandra" aktor ma na koncie Złoty Glob za "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", ale także kilka zawodowych wpadek. Niektórzy twierdzą nawet, że jego kariera rozwija się głownie dzięki portalom plotkarskim, donoszącym o jego ekscesach i romansach... W "Detektywie" gra poturbowanego przez życie Raya Velcoro, który musi lawirować między wymaganiami skorumpowanych przełożonych i gangstera, z którym jest powiązany (w tej roli nieźle wypada Vince Vaughn). Walczy również z żoną o opiekę nad synem, pije i nie do końca radzi sobie z opanowaniem agresji. Ilu już podobnych gliniarzy w historii kina i telewizji oglądaliśmy?

Nietypowe morderstwo doprowadzi do spotkania Velcoro z młodym weteranem, funkcjonariuszem drogówki, który próbuje okiełznać własne traumy (Taylor Kitsch) i na razie najciekawiej prezentującą się detektyw z problemami i nietypowymi rodzinnymi układami - Ani Bezzerides (Rachel McAdams).



Podwojenie liczby głównych bohaterów postawiło przed twórcami nowe wyzwanie - w ciągu pierwszej godziny musieli wprowadzić widzów w świat nie dwójki, a czwórki równorzędnych postaci, które połączy sprawa kryminalna. Na tej ostatniej skupili się więc najmniej, poświęcając w pierwszym odcinku większość czasu ekranowego na budowanie postaci. To także odróżnia nową odsłonę "Detektywa" od pierwszej serii, gdzie Rusta i Marty'ego poznawaliśmy powoli, w dużej mierze właśnie dzięki sprawie Dory Lange.

Tylu pierwszoplanowych bohaterów wpłynęło niestety negatywnie na drugi plan. Na razie chyba najgorzej, momentami groteskowo, wypada Kelly Reilly grająca zmysłową i inteligentną żonę próbującego zalegalizować swoje interesy Franka Semyona.

Chcieli dobrze

HBO proponuje, by tę odsłonę "Detektywa" traktować jako nowy, a nie drugi sezon, by próbować nie porównywać kalifornijskiej opowieści do tej, której główni bohaterowie działali w Luizjanie. To niestety praktycznie niewykonalne, nawet jeśli premiera tej serii w wielu elementach stara się różnić od tamtego "Detektywa". Bo to się nie udaje.

Oglądając pierwszy odcinek z Farrelem i spółką nie trzeba się nawet specjalnie wysilać, by wyobrazić sobie, co się działo w głowie Pizzolatto i jego ekipy, która za wszelką cenę chciała udowodnić, że potrafią nakręcić przynajmniej tak samo dobre kolejne odcinki jak rok temu. Każda scena tu jest tak ważna, wszystko sprawia wrażenie, że ma ukryte znaczenie... W każdym elemencie miało być lepiej, ale takie nawarstwienie oczekiwań i próba sprostania presji zaowocowało tym, że pierwsze spotkanie trójki detektywów zamiast potęgowania napięcia wywołało w końcu... śmiech na sali. Bańka pompowana przez prawie godzinę musiała pęknąć.

To nie jest zła telewizja, po tym, co na ekranie pokazali McConaughey i Harrelson, oczekiwałabym czegoś lepszego. Więcej nie zawsze znaczy lepiej. Na szczęście sama sprawa, choć w pierwszym odcinku jedynie lekko zarysowana, może zainteresować.

A piosenkę "This Is My Least Favorite Life" ("To moje najmniej ulubione życie"), którą śpiewa w serialu Lera Lynn, będziecie nucić długo po napisach końcowych.

"Detektyw" - nowy sezon dziś o 22:00 w HBO, już teraz dostępny w HBO GO (pierwszy odcinek bez abonamentu).