Aktor, scenarzysta, reżyser i... strażak. Fenomenalny Steve Buscemi

Pewnego wieczoru przyłapał żonę, jak zaśmiewała się przed komputerem. "Co cię tak rozbawiło?" - zapytał. "Nic takiego". "Ale z czego się śmiejesz?". I zobaczył swoje oczy u disnejowskich księżniczek. "Nie wiem czy to takie zabawne, ale z całą pewnością teraz są bardziej sexy" - powiedział.
Steve Buscemi potrafi zarówno rozbawić widzów do łez, jak i ich zaniepokoić, nawet przestraszyć, zawsze zaintrygować. Z jakiegoś dziwnego powodu nigdy nie był nawet nominowany do Oscara, ale i tak uchodzi za jednego z najważniejszych, najpopularniejszych i najbardziej szanowanych i lubianych hollywoodzkich aktorów charakterystycznych.



To, że bywa bohaterem internetowych memów, świadczy raczej o sympatii wobec jego talentu i osoby, kultowym statusie, niźli jest wyrazem złośliwej kpiny. Przecież oczywistym jest, że "50 twarzy Buscemiego", przedstawione kilka miesięcy temu w parodystycznym trailerze, obejrzanym niemal 5 milionów razy, byłoby o wiele lepszym filmem niż "50 twarzy Greya". "Steve Buscemi jest zawsze odpowiedzią" - piszą w komentarzach internauci.



Od 1985 roku, gdy debiutował, do dziś Buscemi stworzył około 130 kreacji na dużym i małym ekranie, także w dubbingu. Sporadycznie (i z powodzeniem) pisze też scenariusze oraz reżyseruje. Kojarzony jest zarówno z wysokobudżetowymi hitami, jak "Armageddon" Michaela Baya, w którym zagrał szalonego geologa wysadzającego w powietrze asteroidę, czy "Con Air - lot skazańców" Simona Westa, w którym wystąpił jako seryjny zabójca. Uznanie zyskał jednak przede wszystkim dzięki występom w skromnych, błyskotliwych produkcjach niezależnych. - Gdy byłem dzieciakiem, popularność stanowiła zapewne jeden z powodów, dla których zdecydowałem się na ten zawód. Gdy już jednak aktorem zostałem, odkryłem radość tej pracy, o wiele większą niż stanie w blasku jupiterów. Bycie celebrytą nie znaczy absolutnie nic - mówi dziś w wywiadach.

Chłopak z Nowego Jorku

Urodził się w Nowym Jorku w 1957 roku. Jego ojciec, John, miał włoskie korzenie, a matka, Dorothy, irlandzkie, angielskie i duńskie. Aktorstwo zaczęło go już pociągać w szkole, ale zajęcia w kółku teatralnym traktował początkowo tylko jako jedną z aktywności - obok treningów w drużynie zapaśniczej. - Nie wiem, w którym momencie zdecydowałem się na to, żeby zająć się graniem zawodowo. Byłem młody. Zacząłem chodzić na zajęcia aktorskie - wspomina. Gdy decyzja zapadła, zdał do słynnego Lee Strasberg Institute. Zanim zaczął dostawać angaże przed kamerą, zarabiał jako off-broadwayowski komik i . strażak (w latach 1980-1984). Zresztą w 2001 roku, po zamachu na WTC, wrócił do swojej jednostki jako wolontariusz, by pomagać w porządkowaniu gruzowiska.

Jako aktor przebił się dzięki swojej odwadze i gotowości na podjęcie ryzyka. Chętnie przyjmował role u nieznanych i mało znanych wówczas twórców - m.in. braci Joela i Ethana Coenów (zagrał u nich w "Ścieżce strachu", "Bartonie Finku", "Hudsucker Proxy", "Fargo", "Big Lebowskim"), Quentina Tarantino ("Wściekłe psy", "Pulp Fiction"), Roberta Rodrigueza ("Desperado"), Jima Jarmuscha ("Mystery Train", "Kawa i papierosy", "Truposz"), Toma DiCillo ("Filmowy zawrót głowy") czy Terry'ego Zwigoffa ("Ghost World"). Jego talent spostrzegł też Abel Ferrara, który zaangażował go do "Króla Nowego Jorku". Początkowo częściej pojawiał się w kreacjach dziwnych typków spod ciemnej gwiazdy, ale szybko odkryto jego talent komiczny. Ekscentryk, szaleniec, zamknięty w sobie samotnik, cynik, nieudacznik, kombinator - wszystkich grał tak samo wiarygodnie. - Wiele z tych ról napisanych było w taki sposób, że widziało się inne, drugie oblicze bohaterów. Stawali się oni prawdziwymi ludźmi - a gdy już tak ich widz zobaczył, przejmował się nimi, nawet jeżeli robili złe rzeczy - mówi Buscemi w jednej z rozmów.

Pomimo wcześniejszych drobniejszych sukcesów, to dopiero kreacja gangstera Pana Różowego z "Wściekłych psów" (1992) nadała jego karierze szybszego tempa. - Ten film przyciągnął wiele uwagi i otworzył przede mną wiele drzwi - sam komentuje. Zauważony, mógł starać się już nie tylko o kolejne angaże aktorskie, ale i o fotel reżyserski, z czego chętnie i szybko skorzystał.

Buscemi: reżyser

Jeszcze w 1992 roku, trochę dla wprawy, wyreżyserował krótkometrażowy "What Happened to Pete". Cztery lata później jako szef ekipy stanął na planie tragikomedii "Trees Lounge" o nowojorskim kierowcy ciężarówki z lodami - jak sam podkreśla - opowieści o tym, jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie wyrwał się z klasy robotniczej. Przed kamerą postawił m.in. swojego brata Michaela oraz przyjaciół z dzieciństwa.



W 2000 roku udowodnił natomiast, że potrafi odskoczyć od swojej biografii. Krytykę zainteresował rozgrywającym się w więzieniu San Quentin dramatem "Animal Factory" (pol. "Gniazdo os"), do którego zaangażował m.in. Willema Dafoe, Edwarda Furlonga, Danny'ego Trejo i Mickeya Rourke'a. Oparty na powieści Eddiego Bunkera film opowiadał o młodym przestępcy (Furlong), który za kratkami dostaje się pod opiekę starszego skazańca (Dafoe). - "To relacja między tą dwójką sprawia, że film tak przykuwa uwagę" - pisano w "Village Voice". "Może widzieliśmy już wcześniej tego typu Zwierzę, ale gra Furlonga i Dafoe oraz szczere, pełne troski podejście Buscemiego do tej pary wyrzutków sprawiają, że film zdaje się tak świeży" - komentowano w "Entertainment Weekly".

Buscemi podszedł do pracy wyjątkowo śmiało, pracując nie tylko z aktorami, ale i prawdziwymi więźniami. Część zdjęć powstałą zresztą na terenie byłego zakładu penitencjarnego. Premiera odbyła się na festiwalu Sundance, gdzie produkcja bardzo się spodobała. Trafiła też na Międzynarodowy Festiwal Filmowy do Sztokholmu, gdzie Buscemi otrzymał nominację za najlepszą reżyserię.



Z dobrymi recenzjami spotkały się również jego kolejne reżyserskie projekty, w tym komediodramat "Samotny Jim" (2005) z Caseyem Affleckiem w roli cierpiącego na chroniczną depresję początkującego pisarza. Spodobała się też skromna, ale trafiona satyra na show-biznes "Rozmowa z gwiazdą" (2007), przy której stanął po obu stronach kamery. Jako aktor - wścibski dziennikarz - stoczył tu szaleńczy "pojedynek" z Sienną Miller, która zagrała charakterną gwiazdę.

"Tylko pracuję"

Równolegle Buscemi rozwijał swoją karierę w telewizji - to człowiek, który nie potrafi ani na chwilę usiąść, odpuścić, odpocząć. Każdego roku angażuje się w przynajmniej kilka różnych projektów. Wyreżyserował po kilka odcinków "Rodziny Soprano" (w której grał również Tony'ego Blundetto, kuzyna i dziecięcego przyjaciela Tony'ego Soprano), "Siostry Jackie" czy "Rockefeller Plaza 30 ". Gdy wydawało się, że ma już właściwie wszystko i wszystko osiągnął, Martin Scorsese postanowił mu zaproponować główną kreację w serialu "Zakazane imperium". Rola Enocha "Nucky'ego" Thompsona, inspirowana prawdziwą postacią Enocha L. Johnsona, skorumpowanego polityka rządzącego Atlantic City w czasach prohibicji, jak żaden inny jego występ dała mu szansę na ukazanie całego spectrum jego aktorskich umiejętności. Raz jest tu czarujący i inteligentny, zabawny, raz, i to po chwili, przerażająco mroczny. Dziś trudno sobie wyobrazić jakiegokolwiek innego aktora w tej kreacji.



Powodzenie nie sprawiło, że Buscemi porzucił małe projekty. Dla przykładu w maju 2014 rozpoczął - jako producent i gospodarz - realizację sieciowego talk show "Park Bench". Hollywoodzkie przepych i ekstrawagancje chyba go nie pociągają. Od niemal 30 lat ma jedną i tę samą żonę - Jo Andres. Urodzony w 1990 roku syn Lucian podpowiada mu czasem jakie role przyjąć. Gdy nowojorscy strażacy potrzebują pomocy, organizują jakieś protesty, jest pierwszym, który do nich dołączy. Nieustannie się z siebie śmieje - z ról, wyglądu ("Wielu dentystów oferowało mi swoją pomoc" - żartuje. "Ale gdyby naprawili mi zęby, straciłbym pracę"), nazwiska ("Musiałem pojechać na Sycylię, żeby dowiedzieć się, jak prawidłowo się je wymawia"), kariery. Zresztą uważa, że żadnej nie zrobił. - Tylko pracuję - mówi. Oby jak najwięcej!

Więcej o: