Halloween - strach się bać! Filmowy maraton grozy w Stopklatce TV

Na stoliku pudełko popcornu, cola albo - jak kto woli - chipsy i piwo. Światło przygaszone (może tylko gdzieś na szafce mrok rozprasza światełko z "oczu" wydrążonej dyni). Kotary zasunięte. I wieczór Halloween można zaczynać. Pośród wielu "obyczajów" tego - przede wszystkim - popkulturowego wieczoru dla kinomanów najwspanialszym są zdecydowanie maratony filmowe.


Jak horrory, to tylko w Halloween - wieczór, w który można pozwolić sobie na to, by się bać. W sposób kontrolowany oczywiście, czyli dzięki filmowcom i ich szalonej wyobraźni podsycanej różnego rodzaju legendami, baśniami, zabobonami i miejskimi straszydłami. Wirtualny dreszczyk emocji to jedna z nie tak wstydliwych przyjemności filmowych maniaków, ba!, gigantyczna część przemysłu rozrywkowego.

Strach się sprzedaje

Seriale pokroju "The Walking Dead" czy "American Horror Story" biją rekordy oglądalności w telewizji na całym świecie i mają lojalne grono odbiorców. Cykle "Paranormal Activity", "Piła", "Piątek 13-tego", "Koszmar z ulicy Wiązów", "Amityville", "Halloween", "Krzyk", "The Ring", kolejne ekranizacje prozy Stephena Kinga (jak i ona sama) cieszą się statusem kultowych. Tak samo zresztą, jak i tytuły w stylu "The Blair Witch Project", "Dziecka Rosemary", "Egzorcysty" czy "Psychozy". Z ekranów nie bez powodu atakują nas kolejne hordy zombie, duchów, demonów, wampirów i psychopatycznych morderców. Nie bez powodu regularnie powracają opowieści o nawiedzonych domach, strasznych lalkach, zabójczych samochodach oraz przeklętych kasetach - sequele, prequele, remaki, rebooty itp. Strach sprzedaje się jak ciepłe bułeczki.

Żadne to odkrycie: bać się lubimy. Oczywiście, każdy ma swoje "granice wytrzymałości", ale lęk, gdy siedzimy w wygodnym fotelu, w bezpiecznym otoczeniu, ze świadomością, że to tylko na chwilę, że w świecie, w którym czai się zło i przemoc, spędzimy (myślami) góra kilka godzin, działa na nas wręcz hipnotyzująco. Według psychologów może mieć nawet charakter oczyszczający. Inni eksperci podkreślają, że człowiek po prostu potrzebuje od czasu do czasu silnych bodźców, emocji, zastrzyku adrenaliny. A nudy nikt nie lubi.

Najskuteczniejsze "przerażacze" często żerują na naszych najbardziej pierwotnych, ukrytych gdzieś głęboko w DNA lękach - choćby przed hałasem. Ile razy podskoczyliście w kinowym fotelu, gdy wśród ciszy rozległo się nagle głośne ŁUP ŁUP? Wiedzieliście, że ten huk się rozlegnie, ale Alfred Hichcock powtarzał: "Groza nie kryje się w samym uderzeniu, a w oczekiwaniu nań".

Kino, od swego zarania chętnie funduje nam emocjonalną przejażdżkę rollercoasterem, ale potem pozwala powrócić do naszego bezpiecznego otoczenia. Z koszmaru wychodzimy bez najmniejszego draśnięcia. Chyba że ktoś ma wyjątkowo delikatne usposobienie i po obejrzeniu "Szczęk" będzie się bał wchodzenia do wanny - takie przypadki notowano. Na ogół wytchnienie i duma z faktu, że (prawie samemu) pokonało się zło, przychodzi wraz z ostatnią sceną, czasem jedynie powracając w sennym koszmarze.

Liczy się efekt

Prawie, rzecz jasna, czyni olbrzymią różnicę. Czarną robotę, mówiąc dosadnie, odwala za nas bohater. To on(a) się poci, walczy, miota, krwawi i krzyczy, traci przyjaciół i kolegów, ucieka i zwycięża (na ogół, współcześnie coraz rzadziej, ale przynajmniej my wychodzimy z sali kinowej cali). Jak go lubimy, to mu kibicujemy. Jeśli nie, to się z niego śmiejemy, kpimy, chełpiąc się swoją wyższością. Bo przecież my w takiej sytuacji na pewno postąpilibyśmy mądrzej, roztropniej, skuteczniej! W końcu obejrzeliśmy tyle horrorów, co bohaterowie "Krzyku" zmarłego niedawno Wesa Cravena i wiemy wszystko o losie blondynek z dużym biustem i zabójczych preferencjach morderców w maskach.

Psychologowie, filmoznawcy i krytycy oraz historycy kina już dawno temu rozłożyli na czynniki pierwsze mechanizmy rządzące fascynacją światem ekranowej (i szerzej - popkulturowej) grozy, identyfikacją z postaciami, gatunkowymi schematami. Filmowcy - lepiej lub gorzej je opanowali. Niektórzy rozwinęli, wprowadzając np. modną w ostatnich latach stylistykę found footage ("odnalezionych" zdjęć/filmów), inni do mistrzostwa opanowali postmodernistyczną grę cytatów i mrugnięć okiem. Inni z kolei pławią się - ku radości odbiorców - w kiczu i głupocie. I tu zbliżamy się do sedna sprawy. Dla widza liczy się przede wszystkim efekt - będzie zabawa, odrobina relaksu (choćby i "odmóżdżającego") lub nie.

Trzy filmy na Halloween

W wieczór Halloween w Stopklatce TV otrzymamy konkretną dawkę rozrywkowej grozy. I to w trzech różnych odsłonach. Na widzów czekać będą filmy: "Ręka Boga" (2001), "Halloween" (2007) i "Amityville III: Demon" (1983).



Thriller psychologiczny "Ręka Boga" z 2001 roku w reżyserii Billa Paxtona oraz ze scenariuszem Brenta Hanleya to dość ambitna opowieść o relacji dwóch chłopców i ich fanatycznie religijnego ojca. Mężczyzna głęboko wierzy, że Bóg dał mu misję zabijania demonów udających ludzi "Poprawny, tj. spełniający wymogi gatunku, thriller. Mroczna atmosfera, napięcie i tajemnica, na końcu - niestety - rozwikłana, a (dość zaskakujące) rozwiązanie podano >>na pozłacanej tacy<< ( ). Dobra rola debiutującego również jako reżyser Billa Paxtona, dobre role chłopców" - pisał w recenzji w Stopklatce Łukasz Figielski. "To kino poprawne i przyjemne ( )".

Bardzo pozytywnie o filmie wyrażał się amerykański krytyk Roger Ebert. Serwis Bloody Disgusting umieścił tytuł wśród najlepszych filmów grozy początku XXI wieku. Paxton nie tylko "Rękę Boga" wyreżyserował, ale również wcielił się w głównego bohatera. W produkcji gra także Matthew McConaughey - aktor mrokiem interesował się lata przed swoim występem w "Detektywie".

"Halloween" to z kolei klasyczny horror, a raczej przeróbka kultowego klasyka Johna Carpentera z roku 1978, który zapoczątkował całą serię. Zadania tego podjął się Rob Zombie, reżyser doskonale znany fanom kina grozy, twórca takich tytułów jak "Dom 1000 trupów" czy "Bękarty diabła". Obraz jest zarazem remakiem oryginału, jak i jego prequelem.

Na ekran powraca postać Michaela Myersa (w tej roli Tyler Mane), który jako 10-latek zabija rodzinę i kolegę, a po 16 latach ucieka z zakładu psychiatrycznego. "Wśród licznych filmowych horrorów, które w ostatnich latach nawiedziły nasze kina, nowa wersja >>Halloween<< wydaje się pozycją pod wieloma względami najlepszą. Duża w tym zasługa reżysera Roba Zombiego, który podszedł do tematu odważnie, wiedząc przecież, że mierzy się z legendą" - pisał w recenzji w Stopklatce Krzysztof Spór. "To, co odróżnia nowe >>Halloween<< od innych współcześnie kręconych horrorów, to dbałość o szczegóły, znakomite utrzymywanie tempa akcji oraz świetne operowanie elementami charakteryzującymi gatunek. Zombie kolejny raz udowadnia, że jest świetnym reżyserem, bo dokładnie wie, jak chce opowiedzieć całą historię. Nie ma tutaj żadnej rewolucji, mamy krwawy horror w czystej postaci, a jednak ta wizja przemawia najlepiej".

Przypomnijmy, że w horrorze grają również Malcolm McDowell (jako doktor Sam Loomis) oraz Scout Taylor-Compton (jako Laurie Strode). Realizacja kosztowała około 15 milionów dolarów, wpływy wyniosły ponad pięć razy więcej. W roku 2009 Zombie powrócił do postaci Myersa, ale sequel okazał się jednak słabszy niż "Halloween" z roku 2007.

Noc grozy Stopklatka TV zamknie filmem "Amityville III: Demon" z roku 1983 w reżyserii Richarda Fleischera ("Barabasz", "Dusiciel z Bostonu", "Ostatnia ucieczka", "Conan Niszczyciel", "Czerwona Sonja"). To doskonały pretekst, by powrócić do świata Amityville. Innymi słowy, halloweenowy maraton filmowy nie może się obejść bez nawiedzonego domu. Obraz jest trzecią produkcją w kultowej serii (choć nie bezpośrednim sequelem), którą zapoczątkował "Amityville Horror" Stuarta Rosenberga z 1979 roku (w planach są kolejne realizacje).

Dziennikarz John Baxter (Tony Roberts) wraz z rodziną wprowadza się do nowego domu, by wkrótce zdać sobie sprawę, że była to najgorsza decyzja w jego życiu. W starej studni i piwnicach domu kryje się wiele tajemnic, bardzo niebezpiecznych. Prawdopodobnie nie jest to najgenialniejszy i najbardziej odkrywczy horror, który w życiu oglądaliście, ale - jak wiadomo - nie o oryginalność w tym gatunku idzie. Film za to ma wiele swoich "smaczków". Zrealizowany został w 3D (co później okazało się niezbyt fortunną decyzją - amerykańscy recenzenci narzekali w swoich tekstach na rozmazany obraz i ból głowy). Swoje pierwsze zawodowe kroki stawiała tu późniejsza królowa - nie, nie krzyku - komedii romantycznych: Meg Ryan.

Tych wszystkich, którzy nie mogą się już doczekać filmowego Halloween, zapraszamy do wzięcia udziału w konkursie, w którym wygrać będzie można jedną z pięciu gier "Kholat".

Bu!