18+
Uwaga!

Ta strona zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla osób dorosłych

Mam co najmniej 18 lat. Chcę wejść
Nie mam jeszcze 18 lat. Wychodzę

"Gdyby Ingmar Bergman popełnił samobójstwo, trafił do piekła i wrócił na ziemię, nakręciłby pewnie właśnie Antychrysta"

Lars von Trier zażartował kiedyś, że mało co mu wychodzi. Któregoś dnia zapragnął zrobić musical. Powstało "Tańcząc w ciemnościach". Potem zaczął pracę nad horrorem. I tak zrodził się "Antychryst".


Jakież musiało być zdziwienie tych, którzy do kina chodzą nierzadko z doskoku, wybierając film już przed kasą biletową, po tytule, kiedy przekonani, że zobaczą kolejny "Omen" czy chociażby następnego "Egzorcystę", weszli na salę z karmelowym popcornem, nachosami i wodnistą coca colą. Sam reżyser wyznawał później, że chociaż chciał nakręcić horror, i jako taki jego film ze względów marketingowych reklamowano, koncepcja ta upadła już na etapie pisania scenariusza. Bo choć faktycznie w "Antychryście" widać wpływy japońskiego kina grozy (Trier wśród swoich inspiracji wymieniał "The Ring - Krąg" i "Dark Water" Hideo Nakaty), trudno wpasować go w jakikolwiek ramy gatunkowe.

Reżyser i jego ulubieńcy

To eksperymentowanie z formą działa jednak wyłącznie na korzyść Triera; nadaje mu status reżysera nieoczywistego, wymykającego się schematom, indywidualisty o charakterystycznym, trudnym do naśladowania stylu. "Antychrysta", będącego pierwszą częścią "Trylogii Depresji" (kolejne to "Melancholia" i "Nimfomanka"), kręcił tuż po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego, kiedy wciąż jeszcze zmagał się z chorobą. Był sfrustrowany, rozbity, w kiepskiej kondycji zarówno psychicznej, jak i fizycznej. Powie później, że gdyby nie wsparcie ekipy i aktorów, nie udałoby mu się opowiedzieć tej historii tak, jak zaplanował.

Do aktorów Trier ma akurat wyjątkowe szczęście, ale też, nie da się ukryć, potrafi ich sprawnie poprowadzić, zmuszając, by dali z siebie wszystko. "Antychryst" to prawdziwy popis w wykonaniu dwóch silnych osobowości, Willema Dafoe i Charlotte Gainsbourg, i trudno sobie wyobrazić, by ktoś inny mógł zająć ich miejsce. Trier zresztą przywiązuje się do swoich podopiecznych, chętnie zatrudniając tych "sprawdzonych" w kolejnych filmach. Dafoe poznał podczas pracy przy "Manderlay" i choć początkowo bał się, że aktor nie zaakceptuje tak "ekstremalnej" roli, ten bez wahania podpisał kontrakt. Partnerować na planie miała mu Eva Green - francuska piękność była ponoć zainteresowana projektem, ale uległa pod naciskami agenta, stanowczo odradzającego jej udział w filmie. Wybór padł więc na Charlotte, córkę Jane Birkin i Serge'a Gainsbourga; aktorka już na wejściu oznajmiła bowiem, że dla tej roli jest w stanie zrobić wszystko. I wkrótce awansowała na ulubienicę Triera, który zaoferował jej później angaż w "Melancholii" i "Nimfomance".



To oczywiście wcale nie taki rzadki proceder, bo kiedy reżyser znajdzie z aktorem nić porozumienia, rzadko kiedy godzi się, by wypuścić go z rąk. Tim Burton ukochał sobie Johnny'ego Deppa i kiedy obwieszcza, że zamierza nakręcić film, można bez większych obaw obstawiać, kto zagra w nim główną rolę męską. A tam, gdzie Depp, tam i Helena Bonham Carter (zresztą jeszcze do niedawna życiowa partnerka Burtona). Joe Wright nie wyobraża sobie pracy na planie bez Keiry Knightley, nawet jeśli aktorka wydaje się najmniej odpowiednim wyborem do danej roli. Wes Anderson nieustannie upiera się, by zatrudniać Owena Wilsona i Billa Murraya, Ridley Scott uzależnił się od Russella Crowe'a. Martin Scorsese chętnie pokazuje członkom Akademii Filmowej, jak wielki błąd popełniają, kiedy co roku pomijają w nominacjach Leonardo DiCaprio. A Quentin Tarantino jest jedynym reżyserem, który w pełni potrafi pokazać cały seksapil Umy Thurman. I tak dalej.

Porozumienie między aktorem i reżyserem jest szczególnie ważne, gdy aktorska ekipa zmniejszona jest do niezbędnego minimum. "Rzeź" Polańskiego opierała się na doskonałej interakcji między czwórką aktorów zamkniętych na małej przestrzeni. Na podobnej zasadzie działała "Wenus w futrze", "Grawitacja" (Sandra Bullock uwięziona w przestrzeni kosmicznej), "Moon" (Sam Rockwell w bazie na księżycu), "Locke" (Tom Hardy w samochodzie), "Wszystko stracone" (Robert Redford na łódce), "Pogrzebany" (Ryan Reynolds w trumnie), "Cast Away - Poza światem" (Tom Hanks na bezludnej wyspie) czy "127 godzin" (James Franco w skalnej rozpadlinie). I, naturalnie, "Antychryst", o parze wpadającej w odmęty szaleństwa w domku w leśnej głuszy.

Bez protestów się nie obyło

Film Triera podzielił publiczność już podczas festiwalu w Cannes (gdy trafił do dystrybucji, przygotowano dwie wersje, "katolicką", grzeczną, i "protestancką", nieocenzurowaną - lecz nawet to nie uspokoiło co bardziej konserwatywnych widzów). W Polsce doszło do bojkotu filmu, a grupa senatorów, oburzonych tą "skandaliczną, wulgarną i antychrześcijańską produkcją", wysłała nawet pismo do Bogdana Zdrojewskiego, wywołując tym samym ogromne kontrowersje. Nie chodziło zresztą tylko o kwestie religijne; widzów bulwersowały dosadne sceny przemocy, sadomasochizmu, a przede wszystkim, jak twierdzili, bijący z ekranu mizoginizm. Ten ostatni zarzut zabolał Triera najbardziej; tłumaczył później, że kocha kobiety, a pisząc scenariusz, znacznie bardziej identyfikował się ze swoją bohaterką niż jej partnerem.

Protesty protestami, ale fani Triera wiedzieli swoje. W Danii, ojczyźnie reżysera, film okazał się sukcesem, krytyka nazwała go "groteskowym arcydziełem", rozpływając się nad osobistym tonem "Antychrysta", a jego twórca zgarniał kolejne laury. Zresztą nie tylko tam. Sypały się nagrody i nominacje, a John Waters uznał dzieło Triera za najlepszy film 2009 roku, argumentując: "Gdyby Ingmar Bergman popełnił samobójstwo, trafił do piekła i wrócił na ziemię, by wyreżyserować artystyczny, ale eksploatacyjny, przeznaczony do kin samochodowych film, nakręciłby pewnie właśnie Antychrysta".



Więcej o:
Komentarze (4)
"Gdyby Ingmar Bergman popełnił samobójstwo, trafił do piekła i wrócił na ziemię, nakręciłby pewnie właśnie Antychrysta"
Zaloguj się
  • pani_paranoja

    Oceniono 17 razy 5

    Moim zdaniem szalenie pretensjonalna rzecz. Miał być ambitny skandal, a wyszła piramidalna bzdura. I do tego straszny pompon. Cały von Trier.

  • forgod

    0

    ładny, w kraju PIS raczej pochlebnych recenzji nie zbierze

  • cassius769

    Oceniono 10 razy -2

    wyszedlem po seansie z kina wypelniony szambem - nie balem sie nawet raz ale obraz ktory przedstawil sprawia ze do tej pory rzygam

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX