Sprawa dla reportera. Od dziennikarskiego śledztwa do premiery w Hollywood

Utarło się przekonanie, że media są czwartą władzą. Historia dowodzi, w jak wielu przypadkach to właśnie za pośrednictwem gazet, telewizji czy radia na jaw wychodziły sprawy, które nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego.


Dociekliwość, upór i profesjonalizm dziennikarzy niejednokrotnie rozpoczynały prawdziwą polityczną lawinę, by wspomnieć jedynie o najsłynniejszym skandalu, czyli aferze Watergate, która skutkowała dymisją prezydenta Stanów Zjednoczonych Richarda Nixona. Kino od zawsze mocno trzymało rękę na pulsie, bardzo chętnie sięgając po kontrowersyjne tematy. W końcu nie od dziś wiadomo, że najlepsze scenariusze. pisze samo życie.

Najlepsze, choć zarazem obarczone sporym ryzykiem, bo wcale niełatwo przewidzieć, czy wpływy z biletów pokryją ewentualne koszty sądowych procesów. A te w przypadku filmów opartych na autentycznych wydarzeniach nie należą do rzadkości. Sam temat, co ciekawe, na dobrą sprawę schodzi na drugi plan, bo przecież zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony. Tak było chociażby zupełnie niedawno w przypadku dokumentu Asifa Kapadii poświęconego znanej i nieżyjącej już piosenkarce Amy Winehouse. Ojciec artystki po obejrzeniu filmu przez długi czas wygrażał reżyserowi, strasząc go publicznie sądem.

Świetna intryga i popis aktorski

Pod koniec lat 90. z kolei solidnie napocić musieli się prawnicy firmy Brown & Williamson po premierze znakomitego "Informatora" Michaela Manna. Film, który posługując się jednostkowym przykładem, demaskuje niecne praktyki koncernów tytoniowych i krzywoprzysięstwo ich prezesów, sporo kosztować mógł studio Disneya. Koniec końców, jak to zresztą często bywa, skończyło się na groźbach.



Co ciekawe, fabuła "Informatora" oparta jest na artykule prasowym autorstwa Marie Brenner, opublikowanym na łamach magazynu "Vanity Fair". A jednym z dwóch głównych bohaterów jest krewki dziennikarz Lowell Bergman (w tej roli Al Pacino). To właśnie on stanowi koło zamachowe całego zamieszania, prowadząc niemal za rękę do sali sądowej Jeffreya Wiganda (Russell Crowe). Byłego wiceprezesa koncernu, którego najwyraźniej tknęło sumienie.

Nie ma przypadku w tym, że temat ten trafił akurat do Michaela Manna. Reżysera uznawanego w Hollywood za jednego z największych specjalistów od "męskiego kina", a jednocześnie przygotowującego się do każdego projektu właśnie na wzór dziennikarskiego śledztwa. Tak było i w tym przypadku, bowiem jeszcze przed napisaniem scenariusza wraz z Erikiem Rothem dotarł ponoć do absolutnie wszystkich osób, które nawet w niewielkim stopniu zamieszane były w spór pomiędzy bohaterami a koncernem tytoniowym Brown and Williamson. Ważną postacią był zresztą sam Wigand, który poprosił twórców jedynie o dwie rzeczy. By w fabule zmienili imiona jego córek oraz by w filmie nie znalazły się sceny z paleniem papierosów. Co niemalże się udało.

"Informator", moim zdaniem, jeśli nie jest najlepszym, to z pewnością najbardziej niedocenionym filmem amerykańskiego reżysera. Z jednej strony to świetnie poprowadzona intryga wsparta ścieżką dźwiękową autorstwa Lisy Gerrard, Pietera Bourke'a i Gustavo Santaollali, z drugiej prawdziwy popis gry aktorskiej oparty na dwóch mocnych charakterach. To zresztą znak rozpoznawczy Manna, który najczęściej buduje swoje historie właśnie na aktorskiej konfrontacji. Sztandarowym przykładem jest tu zrealizowana kilka lat wcześniej "Gorączka" i chyba najsłynniejszy pojedynek w historii gatunku, pomiędzy Alem Pacino a Robertem De Niro. I choć Pacino oraz Crowe w "Informatorze" są po jednej stronie barykady, trudno oprzeć się wrażeniu, że całość pomyślana jest w podobnym tonie.


"Informator", fot. materiały prasowe

Dziennikarze na pierwszym planie

Konfrontacja to zresztą słowo klucz w filmach podejmujących ważkie, niewygodne tematy. I w gruncie rzeczy trudno się dziwić, że to właśnie dziennikarze wychodzą tam na pierwszy plan. Tak było w znakomitych "Wszystkich ludziach prezydenta" Alana Pakuli (skądinąd kolejny wyborny aktorski duet: Robert Redford i Dustin Hoffman). Filmie opowiadającym o dwóch reporterach "Washington Post", którzy trafili na trop afery Watergate, jednego z największych skandali w historii amerykańskiej demokracji.

Podobnie u Rona Howarda we "Frost/Nixon" (bądź Michael Sheen/Frank Langella), stanowiącym rodzaj epilogu dla dzieła Pakuli. To porywający zapis medialnego starcia brytyjskiego dziennikarza i byłego amerykańskiego prezydenta, ale i rodzaj refleksji nad tym, jak media kształtować mogą opinię publiczną. Swoje trzy grosze w tym temacie wtrącił także znany z politycznych ciągotek (na szczęście tylko na reżyserskim krześle) George Clooney. W nakręconym w ledwie 30 dni "Good Night and Good Luck" opowiedział o legendarnym dziennikarzu stacji CBS Edwardzie R. Murrowie, który rzucił rękawicę senatorowi Josephowi McCarthy'emu.



Diagnoza wypływająca z tych filmów nie jest niestety zbyt optymistyczna, bowiem wychodzi na to, że obraz mediów niewiele przez te lata się zmienił. Podobnie boje do tych, jakie w latach 50. Murrow toczyć musiał o emisję swoich materiałów, były także udziałem Lowella Bergmana w "Informatorze". Co gorsza, z bardzo podobnych pobudek.

Cieszy natomiast fakt, że każdy z tych filmów urasta do rangi wydarzenia. Broni się nie tyle aurą kontrowersji czy zapalczywym tematem, ale przede wszystkim artystyczną wartością. Czego potwierdzeniem są kolejne nagrody, z Oscarami na czele. Te ostatnie akurat wyjątkowo lubią politykę. Pewnie już niedługo przekona się o tym Tom McCarthy, reżyser filmu "Spotlight" (polska premiera w lutym 2016 roku), przybliżającym kulisy kolejnego, mocnego dziennikarskiego śledztwa.