Stallone krzyknął: "Ja jestem prawem!". I przetarł szlaki komiksowym superbohaterom

Minęły już czasy, kiedy komiks kojarzony był z dziecięcą czytanką czy biblią nerda. Dziś to sztuka jak każda inna.
Po latach poniżeń, pogardliwych uwag i pełnych wyższości spojrzeń komiks wreszcie doczekał się rehabilitacji. Powieści graficzne kosztują zwykle więcej niż niejedna książka, uchodzą za towar luksusowy, zbierają nagrody i, co za tym idzie, coraz częściej stają się obiektem zainteresowania filmowców. I nie mówimy tu o niskobudżetowych, wzbudzających raczej uśmiech zażenowania produkcjach (patrz: niemal wszystkie z drugiej połowy ubiegłego wieku), ale blockbusterach, rodzącym się na naszych oczach nowym uniwersum, na które składają się nierzadko powiązane ze sobą filmy i seriale; ogromnej, doskonale przemyślanej i świetnie pracującej machinie.



Ale komiksy to nie tylko superbohaterowie w pelerynach - choć patrząc na wysyp filmów ze stajni Marvel i DC, które zawzięcie rywalizują ze sobą o palmę pierwszeństwa, pewnie można by tak pomyśleć. Na podstawie liczącej już sto pięćdziesiąt zeszytów serii powstał bijący rekordy popularności serial "The Walking Dead" (fabułę odpowiednio podrasowano, dodając kilka postaci - między innymi Daryla - i zmieniając losy tych istniejących, by nawet czytelnicy nie byli pewni, czy ich ulubieniec nie padnie, nomen omen, trupem w kolejnym odcinku). Sukcesem okazały się ekranizacje "Strażników" i "300"; "Sin City: Miasto grzechu" było swego czasu jedną z najgłośniej dyskutowanych premier, doskonałe opinie zebrał zarówno "Scott Pilgrim kontra świat", jak i "Kick-Ass".

Stalowe pośladki Stallone'a

Jednym z filmów, które przetarły szlaki, był "Sędzia Dredd" (1995 rok) Danny'ego Cannona z Sylvestrem Stallone'em w roli tytułowej. Sly przyjął angaż, nie czytając żadnego komiksu z serii; ba, przyznawał później, że nie miał nawet bladego pojęcia, kim właściwie jest ten cały Dredd. Miał za to jasną wizję, jak film powinien wyglądać, mocną pozycję i niezbyt ugodowy charakter. Po zakończeniu zdjęć Cannon złożył solenną obietnicę, że nie będzie już nigdy więcej pracował z żadną wielką hollywoodzką gwiazdą. Stallone faktycznie dał mu popalić - toczył z reżyserem długie dysputy, żądając wprowadzenia znaczących zmian; ponoć pierwotna wersja scenariusza miała niewiele wspólnego z finalną, którą ostatecznie przeniesiono na ekran. Podczas gdy reżyser i scenarzysta upierali się, by film był bardziej mroczny i niósł ze sobą satyryczny wydźwięk, Sly nalegał, by całość utrzymać w bardziej komediowym tonie i zrobić z tego typowy akcyjniak. Dopiął swego.

Poszło jeszcze o przedział wiekowy widzów, do których skierowany był "Sędzia Dredd". Reżyser nalegał, by film został zaklasyfikowany jako "tylko dla pełnoletnich"; Sly, wspierany przez studio, żądał, by poprzeczkę obniżono do trzynastego roku życia. Nie udało mu się, ale wiele brutalnych scen i tak ostatecznie wycięto. Ze scenariusza wypadły też sceny "nagości". Partnerująca Slyowi Diane Lane wspominała, że reżyser namawiał ją na rozebranie się przed kamerami, ale ona stanowczo odmówiła. Bynajmniej nie przez pruderię. Powód? Nie chciała, by sfilmowano ją nago obok Stallone'a i jego "stalowych pośladków", bo bała się, że wpadnie w prawdziwe kompleksy.



Hełm niezgody

Fabułę filmu oparto luźno na kilku komiksach z serii i wprowadzono zmianę, która niejednego fana doprowadziła do białej gorączki. Podczas gdy papierowy Dredd nigdy nie ściąga swojego hełmu, ten filmowy chętnie paradował z gołą głową. Zabieg podyktowany był względami marketingowymi - w końcu nie po to zatrudniono Stallone'a, by zakryć mu twarz. Nie przypadło to również do gustu twórcy Dredda, Johnowi Wagnerowi, który stwierdził, że chociaż Stallone był wręcz idealnie dobrany do roli, to cała ta historia niewiele ma wspólnego z jego cyklem.

Dla Stallone'a rola w "Sędzim Dreddzie" nie była bynajmniej przełomowa, ale wspominał ją z sentymentem, twierdząc, że uwielbia takie bardziej wyrafinowane, nacechowane politycznie i zaangażowane kino. A (niezasłużoną) nominacją do Złotej Maliny zupełnie się nie przejął - i nic dziwnego, bo już wielokrotnie udowadniał, że ma do siebie ogromny dystans.

Sly wysiada na przystanku Hollywood

Stallone, syn włoskich imigrantów, do Nowego Jorku przejechał bez grosza przy duszy i sypiał na dworcu autobusowym, czekając na swoją życiową szansę. Angaż w "Przyjęciu u Kitty i Studa" z 1970 roku wydawał mu się darem od niebios; nie zraziła go nawet wiadomość, że to film, w którym aktorzy pewną część czasu mają spędzić bez ubrań. I tak przez dwa dni zdjęciowe Włoski Ogier przechadzał się po planie, prezentując swoje atuty. Film furory nie zrobił. Slyowi zaproponowano odkupienie praw autorskich za jedyne sto tysięcy dolarów, ale ten oświadczył producentom, że nie dałby za nie nawet dwóch baksów. Dopiero kiedy siedem lat później Stallone przebił się dzięki "Rocky'emu", sprytni producenci zwęszyli okazję, wygrzebali z szuflady zakurzone "Przyjęcie" i puścili w obieg pod nowym tytułem - "Italian Stallion" (albo... "Bocky").

Mimo upływu lat Stallone o emeryturze nie myśli. W planach ma czwartą część "Niezniszczalnych", a już w styczniu do polskich kin wejdzie zbierający doskonałe recenzje "Creed: Narodziny legendy". Prywatnie Sly jest szczęśliwym mężem i ojcem, choć przyznaje, że z tą drugą rolą nie radzi sobie najlepiej - bo o ile na ekranie bez problemu potrafi spuścić łomot największym twardzielom, tak w domu ledwo może zapanować nad nastoletnią dziewczyną. Ale zapowiedział też, że wie już, jak odpłaci swoim córkom za tę niesubordynację.

- Jest mi żal pierwszego chłopaka, który będzie chciał umówić się z moją córką - mówił. - Podejdę do drzwi w opasce, z nożem rzeźnickim w ręce i powiem: "Przyjdę po ciebie. Jeśli zadzierasz z nimi, zadzierasz też z Rambo!".



Więcej o: