Tu kaci stają się ofiarami. Kontrowersyjny serial "Nasze matki, nasi ojcowie" znów w TV

Dawno żadna telewizyjna produkcja nie wzbudziła tylu emocji i kontrowersji co "Nasze matki, nasi ojcowie". I to nie tyle na lokalnym poletku, co na forum międzynarodowym, bo kolejne komentarze pojawiały się tak w niemieckiej, jak i polskiej czy amerykańskiej prasie. Od "Bilda" przez "Gazetę Wyborczą" po samego "New York Timesa".


Zresztą na tym się nie skończyło, a cała sprawa otarła się także o bardziej oficjalną ścieżkę dyplomatyczną. Głos zabierali politycy, historycy, publicyści, a końca tej gorącej dyskusji nie było widać. Bo wyprodukowany w 2013 roku przez niemiecką telewizję publiczną ZDF trzyodcinkowy miniserial rozpalił do czerwoności. Bynajmniej nie za sprawą filmowego rzemiosła, a niemal wyłącznie prezentowanych w nim treści.

Prawda historyczna czy "akceptowalna"?

To opowieść wojenna, której akcja rozpoczyna się, to ciekawe, nie w 1939 roku, a dwa lata później (w przeddzień niemieckiego ataku na ZSRR); co zresztą było powodem wielu przytyków. Wojenna pożoga przedstawiona jest tu z perspektywy piątki niemieckich przyjaciół, dla których los zgotował zupełnie inne scenariusze. Bracia Wilhelm i Friedhelm walczyć mieli na pierwszej linii frontu, a "towarzyszyła" im Charlotte, pełniąca służbę jako sanitariuszka w polowym lazarecie.

W Berlinie z kolei została Greta, która niedługo później pod nazwiskiem Del Torres stać się miała słodkim głosem nazistowskich Niemiec. Został także jej ukochany Viktor, tyle że żydowskie pochodzenie zmusiło go do szybkiej ucieczki. I właśnie historia mężczyzny, który po licznych perypetiach trafił do oddziału Armii Krajowej, wzbudziła w Polsce wielkie poruszenie. A może nie tyle sama jego historia, co przedstawiony w niej wizerunek naszych rodaków, robiących rzeczy wręcz potworne.



Argumenty o próbie zafałszowania historii, czemu zresztą nie można się dziwić, nadchodziły zewsząd, ale na ciekawą rzecz w swoim tekście zwrócił uwagę Tomasz Lis. Pisał on, że w jego odczuciu "celem twórców filmu nie było przede wszystkim pokazanie historycznej prawdy. Ich celem było pokazanie prawdy akceptowalnej przez Niemców". Trudno się z tym nie zgodzić, bo w tym serialu to kaci stają się ofiarami. Scenarzyści tak nakreślili postaci, że pewnie niejeden widz łapie się na tym, iż w którymś momencie zaczyna z nimi sympatyzować. Bo to nie fanatyczni naziści czy antysemici (ci raczej są na drugim planie), a młodzi ludzie mający szereg wątpliwości, wewnętrznych rozterek, wykorzystani przez reżim, którym wojna zabrała beztroską młodość. Tak jednoznaczny punkt widzenia wzbudzał sporo obiekcji. Pojawiały się opinie, że to próba usprawiedliwiania się oraz zrzucenia odpowiedzialności za haniebne karty historii.

Solidny i kontrowersyjny

Trudno ten spór jednoznacznie rozstrzygnąć, co jednak nie przeszkodziło w tym, by produkcja "Nasze matki, nasi ojcowie" zgarnęła w 2014 roku jedną z ważniejszych telewizyjnych nagród, czyli Emmy. I to w prestiżowej kategorii "najlepszy film/miniserial telewizyjny".

Bo rzeczywiście, co zresztą w miarę zgodnie podkreślają krytycy, pod względem filmowej roboty to serial bardzo solidny. Dobrze skonstruowany, interesująco poprowadzony i najzwyczajniej wciągający, biorąc też pod uwagę metraż. Nie pozostaje to bez znaczenia, bowiem każdy z trzech odcinków trwa mniej więcej tyle, co przeciętny film fabularny, czyli około 90 minut. Potwierdzeniem tych słów mogą być liczby, bowiem kiedy "Nasze matki, nasi ojcowie" po raz pierwszy wyświetlony został w Niemczech i Austrii, zgromadził przed telewizorami blisko 7 milionów widzów (w Polsce sam pierwszy odcinek zobaczyło ponad 3 miliony widzów).

Kino wojenne jako gatunek zawsze wzbudzało wiele kontrowersji. Bo nie trzymało się kurczowo faktów, bo trywializowało przemoc i ludzkie cierpienie, bo - jak w przypadku produkcji hollywoodzkich - efektowna fabuła potrafiła górować nad znanymi z lekcji historii prawdami. Innymi słowy, bo zawsze stanowiło czyjś punkt widzenia. Przykłady można mnożyć. Wiedzą coś o tym Steven Spielberg, Terrence Malick, Oliver Stone czy Clint Eastwood. Teraz na własnej skórze przekonał się także reżyser niemieckiego serialu Philipp Kadelbach. W takich momentach zawsze powraca pytanie o intencje, bo to wydaje się sprawą kluczową. A o nich w przypadku "Naszych matek, naszych ojców" niech każdy najlepiej rozsądzi sam.