"Wartość ma ten, kto jest pokazywany w TV". Jak Cezary Pazura i Maciej Ślesicki zrobili "Show"

Kto przed piętnastu laty nie rozsiadał się wieczorem wygodnie przed telewizorem po to, by obejrzeć kolejny odcinek "Big Brothera"? Pierwszego polskiego reality show z prawdziwego zdarzenia, stanowiącego dla znudzonego widza zupełnie nowe doświadczenie odbiorcze.


Patrząc na słupki oglądalności, wychodzi na to, że osób, które tego nie robiły, było niewiele. Big Brother stał się fenomenem na skalę kraju, a socjologowie tylko zacierali ręce. Rozmawiano o nim wszędzie - w szkole, w sklepie, na przystanku autobusowym czy w kościele. Można było odnieść wrażenie, że grupa ludzi, która weszła w marcu 2001 roku po raz pierwszy do domu Wielkiego Brata, to bohaterowie na miarę tych wyruszających na jakąś kosmiczną misję. Jednak z czasem to, co u niektórych wzbudzało obsesyjną wręcz ciekawość, innym coraz bardziej zaczynało kojarzyć się z twórczością George'a Orwella czy Franza Kafki. I wydaje się, że te skojarzenia znacznie bliższe były Maciejowi Ślesickiemu, który w 2003 roku postanowił nawiązać do tego telewizyjnego zjawiska w swoim filmie "Show".

Śmierć na żywo

- Media to dzisiaj ogromna siła na całym świecie, także w Polsce. To właśnie media kreują bohaterów. Okazuje się, że wartość ma ten, kto jest pokazywany w TV - gorzko skonstatował Ślesicki na konferencji prasowej po gdyńskim pokazie filmu. By zaraz dodać: "W programach telewizyjnych było już wszystko - płacz, bijatyka, seks na żywo. Co dalej? Myślę, że następnym etapem będzie trup. Telewizja prędzej czy później pokaże śmierć na żywo. Starałem się wyobrazić sobie tego konsekwencje". W jego filmie, a jakże, trup się pojawia, by nie powiedzieć, że ściele się gęsto. "Show" w końcu ujęty jest w konwencję thrillera, choć to, co najbardziej przerażające, paradoksalnie ze zbrodnią nie ma nic wspólnego. A jeśli ma, to raczej tą intelektualną, bowiem w prologu swojego filmu Ślesicki zdecydował się wykorzystać prawdziwe materiały z castingów, które zorganizował tuż przed zdjęciami. Śmiech przez łzy. Z nich dowiadujemy się między innymi kilku ciekawych faktów z życia Czesława Miłosza czy że "psychologiczny film to jest taki, po którym się nie spodziewamy, jakie będzie zakończenie, czymś nas zaskoczy".



Na łasce Wielkiej Siostry

Wychodzi zatem na to, że Maciej Ślesicki wcale nie nakręcił thrillera, a właśnie film psychologiczny, któremu znacznie bliżej - niż do gatunkowej formuły - do największego klasyka kina spod znaku Wielkiego Brata, czyli "Truman Show" Petera Weira. Filmu obsypanego nagrodami (m.in. trzy Złote Globy) i będącego prawdziwą sensacją końca lat 90. Ślesicki zamknął swoich bohaterów, zdanych na łaskę Wielkiej Siostry, w czterech ścianach naszpikowanego kamerami domu, znajdującego się na odciętej od świata wyspie. Z perspektywy czasu wiele radości dostarcza pierwsze spojrzenie na kolejnych "uczestników" show. Bo jest tam i będący na początku swojej kariery Marcin Dorociński w roli tępego osiłka, kiedyś aspirująca aktorka, a obecnie popularna dziennikarka filmowa Anna Wendzikowska, mistrz drugiego planu Lech Dyblik, znakomity Marian Dziędziel, piękna Joanna Orleańska i rzecz jasna odgrywający pierwsze skrzypce Cezary Pazura. Aktor, który jak chyba żaden inny w polskim kinie był wtedy na fali.

Cezary P. u Macieja Ś.

Po rolach w dwóch częściach "Kilera", "Chłopaki nie płaczą" czy "Karierze Nikosia Dyzmy" uznawany był za twarz polskiej komedii, choć mówiąc szczerze, nie zawsze tej najwyższych lotów. Poza tym ze Ślesickim znał się znakomicie, bowiem wystąpił nie tylko w jego wcześniejszych fabułach, filmach "Tato" czy "Sara", ale i w bijącym rekordy popularności farsowym serialu "13 posterunek". Choć jak sam w jednym z wywiadów przekonuje, zadziałało to trochę jak miecz obosieczny, bowiem zasięg i siła rażenia tego serialu były na tyle potężne, że branża filmowa przestała traktować go poważnie.

Nie było jednak tak, że Pazura od zawsze wcielał się w postaci wesołków. Wystarczy wspomnieć role u Władysława Pasikowskiego, w dwóch częściach "Psów", "Krollu", ale i te bardziej dramatyczne, jak chociażby u Andrzeja Wajdy, Marka Koterskiego czy nawet w wymienionych fabułach Ślesickiego.

Co ciekawe, na ten rok przypada 30-lecie pracy twórczej popularnego aktora, który sam mówi o sobie, że powoli staje się dinozaurem. Jednocześnie pracuje właśnie nad serialem opowiadającym o ikonie polskiego kina pragnącej wrócić na szczyt. Brzmi znajomo? Powinno, bo tytuł to "Przypadki Cezarego P.", a za kamerą stoi Maciej Ślesicki. Historia zatoczyła koło. Show must go on!